Wczoraj w Toruniu natknęłam się na takie miejsce. Kto mi wyjaśni, skąd się wzięła kontrowersyjna skądinąd nazwa apteki?
Na razie dowiedziałam się, że liczy kilkaset lat i ma bardzo ciekawy, zwłaszcza w kontekście obecnej nazwy, herb http://www.turystyka.torun.pl/art/688/apteka-radziecka.html
Jesienią wraz z Lawenda.pr i grupą kolegów dziennikarzy polecieliśmy na kilka dni do Mołdawii. Nawał pracy nie pozwolił mi wówczas na relację - teraz nadrabiam zaległości.
Pagórkowaty krajobraz między Prutem a Dniestrem,
pocięty szachownicą pól uprawnych – taki widok wyłania się zza chmur pasażerom
podróżującym samolotem. Mołdawia to praktycznie wieś, ale o tym przekonam się
później. Na razie ląduję na międzynarodowym lotnisku w stolicy kraju,
Kiszyniowie. Kołując do wyznaczonego stanowiska, maszyna z piskiem opon z
trudem wyhamowuje tuż przed niespodziewaną przeszkodą – pełne dziur i wykrotów
pasy są właśnie w remoncie.
Okaże się, że w takim samym, opłakanym stanie jest
większość mołdawskich szos. Budynek hali przylotów chyba nie większy od hangaru
w Modlinie, lśni czystością, a na powitanie uśmiechnięta hostessa zachęca do
degustacji wina rozdawanego w estetycznie wykonanych, acz plastikowych
kieliszkach. Za nią jedyny przed faktyczną granicą sklep – tylko z trunkami.
Celnika podbijającego mi wizę nie interesuje, że popijam przy nim procenty. W
Mołdawii to nie alkohol, a produkt spożywczy, a zarazem najważniejszy narodowy
produkt eksportowy.
Kiszyniów jest reliktem dawnej epoki, czasów Mołdawskiej Socjalistycznej
Republiki Radzieckiej.
Wszechobecna wielka płyta, szara i przygnębiająca,
trolejbusy sunące środkiem zatłoczonej jezdni, zdecydowanie nowocześniejsze
autobusy i tramwaje o żywszych kolorach.
A pośród tego mnóstwo drzew, klombów i
rabatek, tylko częściowo zaniedbanych, odrapane z farby parkany, nieliczne
billboardy reklamujące MacDonalda oraz multum budek prywatnej
przedsiębiorczości i straganów na każdym rogu.
Ze wszystkim: warzywami i
owocami, kawą serwowaną już w papierowych kubkach, czapkami z radziecką gwiazdą
i matrioszkami, które sprzedają obrotne babiny okutane w chusty, w jakichś
mizernych sweterkach robionych domowym sumptem na drutach i kapcio-papuciach na
nogach.
Stolica na pierwszy rzut oka wydaje się wstrząsająco brzydka – jej
centrum to gorsza wersja MDM-u z placem Defilad.
Za czasów ZSRR kreślono
ambitne plany architektoniczne zabudowy: miało powstać metro, kolejka
linowa. Pozostała po nich tylko tzw. Brama Miasta – dwa 24-piętrowe wieżowce o
schodkowej konstrukcji a la’ piramidy przy wjeździe. To miejsce wybiera na pożegnanie
z życiem 5-10 samobójców rocznie.
Czterogwiazdkowy
hotel, w którym nocuję też jest socjalistyczny w formie, acz odnowiony - pokoje przestronne, z szerokimi łóżkami i dobrymi jakościowo materacami.
Przy recepcji dostrzegam plakat – konkurs argentyńskiego tanga. Przez trzy
wieczory z rzędu w sali restauracyjnej wirować będą pary w rytm milongi,
profesjonalnie i z iście południowoamerykańskim żarem w połyskujących cekinami
strojach made in… Russia. Nie mam szans podziwiać ich dłużej, bo już pierwszego wieczoru wychodzimy na kolację i tu, w uroczej restauracji stylizowanej na kuchnię dostatniego, wiejskiego domu poczuję po raz pierwszy siłę tutejszej tradycji.
I spróbuję dania lokalnej kuchni, czując się niczym na uczcie lukullusowej.
W ten sposób przekonam się, jak błędne były moje pierwsze oceny i ... zakocham się w zaułkach Kiszyniowa takich jak ten na zdjęciu:
Zakocham się też Mołdawii, Mołdawianach, ich kuchni i tej może nieco naiwnej, ale chwytającej za serce nadziei na lepsze jutro. Oby ich sen się ziścił (c.d.n.)
Odszedł Generał Jaruzelski. Jego
nazwisko i twarz przez lata wywoływała jedno skojarzenie. Ze stanem wojennym. Z
tym tylekroć pokazywanym potem, czarno-białym kadrem, stop-klatką, gdy skryty
za czarnymi okularami zapowiada coś, czego w tamtym momencie chyba nikt do
końca nie rozumiał. Może poza internowanymi kilka godzin wcześniej w ciemną,
grudniową noc. Pamiętam mój lęk. Lęk dziecka przed niewiadomym, spotęgowany
wizjami z naszej trudnej historii rodzinnej: stalinizm, więzienie Dziadka: „czapa”
zamieniona na dożywocie, a potem pobyt w szpitalu w Tworkach, zamordowanie Ani –
cioci, której nigdy nie poznałam, a po której mam imię. Ale też drugi, paniczny
strach, że oto zamkną się na zawsze granice i już nigdy nie wyrwę się z tej
klatki, nigdy nie wyjadę za granicę. Do Włoch, gdzie zaledwie przed czterema miesiącami
spędzałam bajeczne, bo tak pełne kolorów, zapachów i piękna wakacje. Przede mną
była wtedy tylko noc. Noc Generała, jak trafnie zatytułował potem swoją książkę
Gabriel Meretik. Noc, która zabrała tyle istnień, w tym osobę, dzięki której ją
przetrwałam – ks. Jerzego. Gdyby nie On, nie wiem, jak poradziłabym sobie
emocjonalnie z tym, że zaraz pół roku później zostawiono mnie na drugi rok w
szkole. Oficjalnie za matmę, z której zawsze byłam słaba – nieoficjalnie za to,
że moja Mama była w Solidarności i to na kierowniczym stanowisku w jednym z resortów.
Zresztą obniżono mi wtedy stopnie ze wszystkich przedmiotów, łącznie z polskim –
aby było to możliwe, za ostatnią klasówkę, bodaj z „Lalki” Prusa dostałam nagle
dwóję z komentarzem, że nie na temat (dotąd ze wszystkich wypracowań miałam
czwórki i piątki). Tylko moja nauczycielka od chóru trzepnęła wtedy dziennikiem
na Radzie Pedagogicznej, powiedziała kilka niecenzuralnych mocno słów – jak to
miała zresztą w zwyczaju i zakończyła: „ U mnie Ona ma piątkę”. To była moja
jedyna wtedy bardzo dobra ocena na cenzurze. Reszta nauczycieli po prostu się
bała, więc zgodnie z „prikazem” dyrekcji postawiła gorsze oceny. Na szczęście
wtedy, dzięki ks. Jerzemu zrozumiałam, że są rzeczy i sprawy ważniejsze niż
głupie świadectwo. Istotne, jaką mam wiedzę i „kręgosłup”, a nie jak oceniają
mnie postronni. U Niego odbyłam wielką naukę historii współczesnej, na
wszystkich po kolei Mszach św. za Ojczyznę. To był Czas Wielkiej Rzeźby. Dla
mojej Mamy też, bo ona straciła więcej. Bodaj w listopadzie 1981, została wybrana
przewodniczącą kolejnej sesji w Genewie poświęconej ochronie własności intelektualnej
– na początku lat. 80. Moja Rodzicielka największym specjalistą w tej
dziedzinie w Polsce i jako jedynej Polce przypadł jej ten zaszczyt. Mojemu
krajowi również. Niestety, nastała Noc Generała. Mama nie była w Partii.
Zamiast niej pojechał ktoś inny, co zresztą było skandalem. Zastanawiam się,
jak potoczyły by się nasze losy, gdyby Jaruzelski nie ogłosił stanu wojennego,
bo Rosjanie by przecież nie weszli, skoro de facto byli już u nas od 1944 r.
Mama pojechałaby do Genewy. Niewykluczone, że dostałaby dobrą propozycję pracy
w Szwajcarii, więc tam skończyłabym szkołę. Miałabym inny start w dorosłość.
Tymczasem skończyłam polonistykę na UW, czego zresztą nie żałuję, bo był to
wspaniały wydział pełen wybitnych pedagogów. Ten sam zresztą kończyła wcześniej
córka Generała. I od razu dostała świetną pracę jako stylistka w life stylowym,
choć z modą nie miała nic wspólnego – nota bene ubrałabym ją inaczej, bo
regularnie, nie wiedzieć dlaczego się postarza. Taka stylizacja? Nie jestem
złośliwa. Ma ciekawą urodę – nadałabym jej trochę lekkości. Wracając do
Generała – po latach spotkaliśmy się na dwóch wywiadach. Pamiętam moje
wrażenie, gdy nadchodził, wspierając się o lasce, w okularach, które miały już
nieco jaśniejsze szkła niż 13 grudnia: dziecięcy lęk sprzed lat i zarazem
ogromną niechęć do podania mu ręki. Dziennikarz musi jednak kryć osobiste emocje,
więc naturalnie się z Nim przywitałam. W trakcie rozmowy, przy jednym z
trudnych pytań niespodziewanie „wybuchł” – za co mnie zresztą, muszę przyznać z
niezwykłą elegancją potem przeprosił. Tę wysoką kulturę, klasę wyniósł z domu,
który mu później zabrali Sowieci. Choć w rozmowie z Teresą Torańską, którą
niedawno pokazano w telewizji (już nie pamiętam czy w TVP1 czy innej stacji),
twierdził, że domem stało mu się potem wojsko. Ta rozmowa potwierdziła
wcześniejsze odczucia z wywiadów. On się po prostu bał. Najzwyczajniej, po
ludzku się bał. ZSRR było straszliwą machiną tak łatwo łamiącą kręgosłupy i
charaktery. Na archipelag Gułag jechało się bez biletu tylko w jedną stronę –
tam, jak w czarnej dziurze znikały setki tysięcy. Strach to najgorsze z odczuć.
Trwanie w nim całe życie, to nie życie. To śmierć za życia. Odszedł Generał i
kto inny wystawi mu „rachunki krzywd”, których nic nie przekreśli. Nie mnie to
czynić. Być może rzeczywiście miałabym inny start, inne życie. Jedno jest pewne
– to, co osiągnęłam nie zawdzięczam układom, protekcjom, ustosunkowanym
rodzicom. I wiem, że ja żyję. Za tydzień znów wyjeżdżam do Włoch. Za dwa –
ponownie. Tym razem na wakacje – tak się składa, że do tego samego hoteliku „Erica”
w Lignano Pineta, gdzie gościłyśmy z Mamą w sierpniu 1981 roku.
Właściciele
tego hotelu przysłali nam wówczas na Święta kartkę z życzeniami. Dotarła już w
styczniu, gdy na ulicach stały „czołgi niby cienie, a żołnierze tak niepewni
swego grzali ręce nad płomieniem” koksowników. Widokówka z innego świata,
którego myślałyśmy, że już nie zobaczymy. A teraz czeka na mnie przestronna
dwójka, basen i morze za rogiem, własny parasol, lettino i pyszna kuchnia. Na początek
zaś aperitif dla klientki, która wraca po tylu latach jak do drugiego domu, bo
hotel prowadzi już trzecia generacja tej samej rodziny. (Więcej na temat mojej
historii rodziny można przeczytać w początkowych postach oraz na stronie Anna
Romana opowiada; cytat o czołgach z mojego ulubionego wiersza Ernesta Brylla „Scena
przy ognisku”, który jako pierwszy dotarł do mnie w Stanie Wojennym – jeszcze wtedy
nie podpisany).
Dostałam właśnie informację z
visitBerlin czyli ośrodka informacji turystycznej stolicy Niemiec, że w
listopadzie 2014 r. odbudują tam słynny mur. Tyle, że z 8000 iluminowanych balonów,
które zostaną zainstalowane na trasie, którą ongiś przebiegała granica dzieląca
Berlin wschodni od zachodniego.
9 listopada 2014 r., w 25. rocznicę jego obalenia, balony
poszybują w niebo. Przypomniałam sobie moją pierwszą wizytę w Berlinie.
Zachodnim, gwoli uściślenia, w roku 1988. Pojechałam tam na zorganizowaną przez
polskie biuro podróży wycieczkę wraz z Mamą. Najpierw trzeba było naturalnie
odstać w kolejce po paszporty, potem uzyskać wizę. Każda też wzięła ze sobą
jakieś „środki płatnicze” – ja część przewiozłam w bieliźnie, bo zapomniałyśmy
wcześniej je zgłosić, a taki był w tych „dzikich” czasach obowiązek.
Naturalnie, w czasie wolnym pojechałyśmy pod mur od strony słynnego przejścia
Checkpoint Charlie. Tuż obok już wtedy działało Muzeum Muru – z jednego z
okienek można było zerknąć na sowiecką stronę pod groźbą zarobienia kulki w
głowę. Pokazane w poszczególnych salach sposoby, w jaki berlińczycy próbowali
uciec z radzieckiej strefy, zrobiły na mnie ogromne wrażenie: ukryte skrytki w
samochodach, podkopy, a nawet machiny latające na miarę Leonarda da Vinci.
Jednak najbardziej wstrząsnęła mną ucieczka zreferowana nam nad brzegami
Szprewy, którą właśnie żył cały Berlin. Dosłownie kilka dni wcześniej, grupa
młodych ludzi, nie bacząc na porę roku – wyjątkowo na dodatek mroźny styczeń,
postanowiła wyprawić się po wolność wpław, rzeką. Wśród uciekinierów znajdowała
się dziewczyna w ósmym miesiącu ciąży. Gdyby nie ekipa zachodniej telewizji,
która szczęśliwym trafem znajdowała się na zachodnim brzegu i spontanicznie
zaczęła kręcić całe wydarzenie, młodzi ludzie zostaliby wystrzelani jak kaczki,
ponieważ wschodni mur upstrzony był wieżyczkami ze strażnikami mającymi jeden
rozkaz: zabić każdego zbiega. Naturalnie po dopłynięciu do celu, kobieta wraz z
kolegami została zabrana przez karetki pogotowia prosto do szpitala…
W marcu tego roku znowu znalazłam się pod murem, a raczej jego pozostałościami
na Placu Poczdamskim. Na pamiątkę pozwoliłam sobie wbić okolicznościowe stemple
w paszport, jakie można nabyć za dwa euro od młodego człowieka ubranego w
mundur z epoki. A potem poszłam nad Szprewę, ale nie mogłam znaleźć miejsca,
gdzie zaszły opisane wydarzenia. „Czas zatarł ślad”. Jednak Berlin nigdy nie
przekreśli przeszłości o czym świadczy planowany happening. 156-km, betonowy
pas, który kosztował życie nawet 238 osób był i pozostał raną w sercu
mieszkańców, podziałem nawet dziś nie do końca zniwelowanym, co widać podczas
spaceru przez poszczególne dzielnice miasta. (fot. visitBerlin)