Anna Romana opowiada




Tę stronę poświęcam w całości Cioci Ani. Tej nigdy nie poznanej starszej siostrze mojej Mamy, która zginęła zamordowana przez służby specjalne PRL w 1959 r., na kilka lat przed moimi urodzinami. Gdy umierała – miała zaledwie 25 lat i była studentką ostatniego roku archeologii śródziemnomorskiej UW. Wcześniej przez pięć lat próbowała zdawać na wymarzony wydział – niestety, fakt, że jej Ojciec, a mój Dziadek przebywał w stalinowskim więzieniu, z góry przekreślał jej szanse. Ania przyszła na świat w Rzymie, dlatego na chrzcie Dziadek uparł się, aby dać jej również imię Romana. Historię Ani opisuję w dwóch postach: Wszystkie drogi prowadziły nas zawsze do Rzymu (maj 2013) i Anna Maria Romana – piękniejsza niż Marylin Monroe (lipiec 2013). Niżej publikuję wybrane opowiadania Ani, powstałe podczas jej jedynej podróży do Włoch. Są bezcenne nie tylko dlatego, że stanowią jedną z nielicznych po niej pamiątek, ale dokumentują Italię, jaka była przed pół wiekiem, w roku 1958.


Ingeborga jeździ autostopem w rytmie „Banana Boat”*     
Ania była podobno miła, uśmiechnięta, dobrze wychowana, lecz są pewne braki, które działają jak bromek srebra i nawet z najświętszych osób wywołują negatywy. Wśród marmurów, uśmiechów i przyjaciół  jedyna ciemną plamą w słońcu Południa był brak pieniędzy. Mój skromny zapasik 3 tys. lirów topniał szybko. Sytuacja zaczynała się robić coraz bardziej tragiczna. Tramwaje kosztowały drogo, na gapę nie udawało się jeździć ani rusz. Ostia Antica wzywała mnie ustami maszkar sprzed teatru, Villa Hadriana w Tivoli – nęciła romantyzmem. Ulice Wiecznego Miasta przemierzałam wzdłuż i wszerz pieszo, robiąc dziesiątki kilometrów dziennie. Przechodząc  koło wonnych wystaw Pasticerii zamykałam oczy, ma się tę słabość do słodkości!
 Negatywem Ani stała się Ingeborga. Ach, no tak, Anię bierzcie do bogatych restauracji, lecz proszę was – Ingebordze zaśpiewajcie piosenkę za 2 soldy, których nie posiada.     Ingeborga urodziła się w któreś październikowe popołudnie. Szłam zmęczona, głodna na pocztę główną i krążąc uliczkami starej Romy nie mogłam trafić na Piazza di San Silvestro. Na zaczepki mężczyzn nie odpowiadałam, ach jak ja ich nienawidziłam za tę ich  p ł e ć.
Przystojny ragazzo zaofiarował się zaprowadzić mnie do szukanego celu. Miał ciemne oczy i zwichrzoną czuprynę. Czyż ten szczeniak szuka  przygody? Chciałam już jak zwykle  przejść na duga stronę ulicy, kiedy szatańska myśl zaświtała mi w głowie. - Bene! – powiedziałam posyłając urzekające spojrzenie.  – Alfredo.  - Ingeborga – rzekłam bez namysłu. Ze swobodą swych 17 lat (ujęło się co nieco!) paplałam wszystko.  - Ach, tak, studentka architektury z Oslo. Czy zimno? W Oslo bardzo zimno. Tak, tak. Kocham śnieg i narty. W Rzymie, u kuzynów. Rodzice? Przyjeżdżają za kilka dni. Do kina? Chętnie, ale  nie dziś. Kawa? Nie, źle działa na serce. Ciastka? Benone! Ciastka! Haczyk chwycił, myślałam opychając się ciastkami w przytulnej Pasticerii. Alfredo patrzył z niepokojem, jak ta mała Norweżka zjada z apetytem trzecie ciastko.  - Chyba Cię źle żywią u kuzynów? Ingeborga uśmiechnęła się niewinnie, zaś Ania myślała w duchu, masz osiołku nauczkę za te wszystkie zaczepki, jak cię uderzę po kieszeni nie prędko zaczepisz młodą dziewczynę, która będzie szukała nieznanej ulicy w obcym mieście.      Lecz Alfredo nie zraził się szybko. Przez kilka tygodni gosposia Amabile ze zdziwieniem słuchała, jak młody głos pytał przez telefon o signorinę Norvegese. Nie kojarzyła tego z Polką Anią.      Ingeborga odżyła znów po tygodniu. Była niedziela, stukając szpilkami po żwirze Pincio szłam do Villa Borghese. Po długim porannym spacerze byłam już „ molto zmęczonissima”. Wspaniała limuzyna zatrzymała się przede mną. Uroczy starszy pan uśmiechem wskazał mi miejsce obok. Mówił czystą francuszczyzną. Na tylnym siedzeniu szczerzyły zęby dwa młode wilczki. Kocham ryzyko! Za chwilę siedziałam obok.      - Villa Borghese! – rzuciłam pańskim tonem.      - Tak blisko- zmartwił się właściciel Consula. Lecz Ingeborga była bezwzględna, z miną snobki z dalekiego Oslo wysiadła przed Galleria Borghese. Uścisk dłoni.      - Ingeborga Kellerman. –      Nie, naprawdę nie wiedziałam, że Kellerman spłodził taka powieść. Ingeborga była całkowicie moim tworem. Pusta portmonetka nauczyła mnie życiowego sprytu. Odległości przestały istnieć.     Jeszcze tylko ostatnie spojrzenie w lusterko, wyszczotkowane włosy lśnią w słońcu, na horyzoncie pojawia się auto, rośnie, rośnie, narasta i …nie, nie przemknie obok. Opalona ręka zatrzymuje zakłopotanego kierowcę. \     - A Ostia Antica! –      Który z Włochów może się oprzeć jasnowłosej stranierce?      - Di dove?      - Di Oslo – odpowiadałam niezmiennie. Po co kompromitować własną Ojczyznę?      Autostop, tak popularne na Zachodzie, jest w Italii mało praktykowane. Chłopców na ogół wcale się nie bierze, zaś dziewczęta jeżdżące na autostop cieszą się złą reputacją. - Nigdy nie wiadomo, co chce takie dziewczę zatrzymujące samochód - mówili mi znajomi Włosi. Oczywiście nie uświadamiałam ich, że ja właśnie praktykuję ten rodzaj sportu i to nie aby przeżyć przygodę, lecz z powodu braku pieniędzy.      Starałam się zawsze zatrzymywać auta wiozące parę małżeńską, ryzyko wówczas było małe. Lecz czasami słońce świeciło w oczy i hamująca limuzyna ukazywała zadowolone oblicze przedstawiciela płaci brzydkiej. Czułam zawsze, że serce zamiera mi ze strachu.. Oceniając to teraz z perspektywy czasu i odległości kilometrów, musze przyznać, że miałam piekielne szczęście. Żadna przykra przygoda mnie nie spotkała. A dzięki systemowi autostop przeprowadziłam potrzebne studia w Ostii Antycznej, zwiedziłam uroczą willę Hadriana w Tivoli i cmentarzysko na Wyspie Umarłych.  Pewien łysawy Pino taką zapałał miłością do jasnowłosej Norweżki, że obcałowywał ja po rękach wyznając swą wielką amore. Czułam, że atmosfera zaczyna się robić gorąca, jak po winie z Frascati, kiedy jego ręka pokryta czarnym włosem spoczęła na mym karku, szybko wyślizgnęłam się  spod tego uścisku zapewniając, że tak, oczywiście umówię się z nim. Pójdziemy na dansing, ale nie dziś… Dałam nawet numer telefonu. Fałszywy! Kiedyś, jakiś nachalny młodzian zaczął się wypytywać… - Fidanzata? - Si – pomyślałam, że tak może lepiej. Ciemne oczy zasnuły się mgłą smutku.      - Gdzie narzeczony?   - W Warszawie! – warknęłam. Młodzian spojrzał ze zdziwieniem. - Dlaczego tak daleko? Signorina w Oslo, fidanzato w Warszawie.      - Dyplomata! – wypaliłam bez wahania. Najdziwniejsza przygoda w Italii? Ach, no tak. To ta, gdy wracałam z Fiumicino z dwoma przystojnymi Włochami w wieku poborowym. Całą drogę przebyliśmy bez słowa.  Bez słowa też wysadzono mnie na rzymskiej ulicy. Byłam tym nieco zaskoczona. A w ogóle to nie było łatwo. Przejeżdżały nieraz dziesiątki aut. Ręka bolała od machania. Słońce prażyło. Asfalt przylepiał się do sandałów i trzeba było w końcu jechać ciężarówką, której kierowca miał bardziej litościwe serce niż właściciele mknących obok cudnych Cadillaców, Fiatów i Consuli.  W tramwajach, autobusach, filobusach ludzie są bardzo ciekawi i rozmowni.   - Da dove, Signorina?  - Da Oslo. I tak Ingeborga krok w krok szła z Anią przez Rzym. Anią opiekowali się włoscy przyjaciele : Manuela, Kika, Lovi, Roberto, Maria Teresa, Francesco. Ingeborga była osamotniona. Szła różowymi uliczkami Awentynu, a za nią gromadka papagalli wyśpiewywała Banana Boat. Amerykańskie calipso  wyparło francuskie: Que sera, sera… Śpiewał je kelner w trattorii, gwizdał czyściciel obuwia, nucił konduktor autobusu 148. Banana Boat prześladowało mnie na każdym kroku.
- Ciao` bionda! – krzyczeli papagalli i wiedziałam, że zaraz…Mister Kaliman kali mi banana…  Ania wolała być w towarzystwie Manueli, Lodovico, Loviego czy Roberta.  Ingeborga była sama z piosenką i z piosenką szła przez Rzym.
*Banana Boat Song, znana również jako Day-0, jest tradycyjnym songiem z Jamajki spopularyzowaną przez Harry’ego Belafonte  (Album „Calypso” wyd. 1956)  

Czerwone maki na Monte Cassino
Miasteczko jest mało ciekawe: kilka uliczek, brzydki kościółek, plac targowy i jedyny ładny budynek – Banco di Napoli  - o śmiałej linii konstrukcji. Ludzie snują się leniwie, cisza, spokój, tylko w trattorii lub osterii , przy szklance wina chętnie opowiada się przeżycia wojenne.
Opada poranna mgła. „Czy widzisz ten klasztor na szczycie?” Góra jest stroma, wysoka, nie do zdobycia… A przecież jeszcze  nie tak dawno, tam het, wysoko – widziano gruzy… jak szczur krył się za nimi wróg… A oni szli zwycięzcy, uparci  jak zwykle . Bili się o honor, o wolność naszą i waszą i …zostali pod białymi krzyżami na stoku zdobytej góry.

O starym akwedukcie, pękniętej skale i szarym osiołku
Gryzę słomkę - jest gorzka i zostawia cierpki posmak. Mimo drugiej połowy listopada słońce grzeje jak u nas w lipcu. Siedzę na stromym grzbiecie skalnym. W dole Gaeta. Małe miasteczko oblane z jednej strony zatoką, z drugiej – morzem. Taki Hel w miniaturze.
Domki są jasne, nowoczesne. Na pustej jesiennej plaży wyciągnięta postać ludzka. Mężczyzna śpi kołysany monotonnym szumem fal. Obok skacząca kropeczka – to dziecko. Barwna plamka na żółtym piasku. Ten długi mur za mną to mauzoleum Muncjusza Planco.
Droga wiedzie wzwyż. Po zszarzałej trawie pełzną lila-róż kwiatki przypominające wrzos. Na szczycie kościołek. Gruby Monsignore uchyla kapelusza. Zwiedzamy słynną Rocca Spaccata. Olbrzymie skalisko według legendy rozpękło się na dwoje w chwili, gdy Chrystusa wieszano na krzyżu. Sami świeci braciszkowie sceptycznie podchodzą do cudu, ale zbudowano kapliczkę, a pieniążki przesypują się z turystycznych toreb do świątobliwych sakiewek. A skała naprawdę się rozstąpiła. Wąską szczeliną idziemy na szczyt, skąd rozciąga się widok na maleńką pinię, która ze strachem spogląda  na spienione w dole morze.
     W Gaecie miasteczku jest stary kościół o wieży noszącej ślady przeszłości w postaci wmurowanych tu antycznych fryzów, reliefów, inskrypcji. Wewnątrz dzielny krawczyk
- święty Gerard z rumieńczykami kraje autentyczną sztukę płótna. Wygląda to jak reklama spółdzielni krawieckiej. Bardzo nowoczesny musi być proboszcz w Gaecie.

W Formii, gdy morze jest spokojne, widać w zielonkawej toni starożytna świątynię. Takie „Zatopione Królestwo”. Kołyszą się przycumowane do brzegu rybackie łodzie. Obdarci wyrostkowie reperują sieci.
Stary fiakier wiezie nas przed siebie. Morze przybiera perłową tonację. Na szczytach gór bieleje śnieg. Droga, jak to droga, zwyczajna: cyprysy, pomarańczowe gaje, asfalt. Z morza, daleko w góry, prowadzi starożytny akwedukt. Ależ budowniczowie z tych Rzymian!
Minturno Scavi. Chodzę po stopniach małego teatru o pięknym opus reticulatum. Białe kolumny – to, co pozostało z antycznej świątyni na forum - harmonizują z jasną tonią morską i popielato-niebieskim niebem. Szkicuję plany domów, są w stanie super szczątkowym. Kiedyś żyli tu ludzie… Założona przez Augusta kolonia tętniła życiem…
     Konik biegnie truchtem. Fiakier gwiżdże popularną Lazarellę*, Anna Maria wchłania otaczający krajobraz, jest absolwentką rzymskiej Akademii Malarstwa. Może ten widok utrwali na płótnie i wystawi w przyszłym roku na via Margutta w Rzymie.
     Leniwie rozlewa się rzeka Gargiliano, aby dać ujście swoim zielonkawym wodom do błękitnej toni śródziemnomorskiej. Rozmiękły grunt, zalane wodą łąki, brzozy.
 – Polska - szepczemy. Ale to jest Italia. Veramente. Ze złotego piasku wybieram różowe muszelki, słońce rzuca czerwone blaski na morskie fale i leniwą Gargiliano. Potem różowieje, żółknie. Złoto migoce wśród zielonkawych wodorostów. Ostatnie błyski i coraz szarzej, szarzej. Zrywa się ostry wiatr. Ptak z krzykiem wzbija się w górę. Wraz z ciemnościami wjeżdżamy do Scauri. Ręce grzeję pieczonymi kasztanami. Balkon mojego pokoiku wychodzi na morze. Granatowe, jak niebo pełne gwiazd. Z Marią Anną pochylamy głowy nad sztychami starych mistrzów.

     W Scauri można odpocząć. Tu też osiadają na lato zamożni Neapolitańczycy. Wille są jasne, nowoczesne, każda inna, każda śliczna. Pytam o architekta. Projektantem tych uroczych domków jest zwykły technik murarski. Jego pomysłu są też te wymyślne kraty, tak proste w założeniu, a będące istotnym elementem dekoracyjnym jasnej linii domu. I kwiaty, pełno kwiatów. Słusznie ktoś nazwał Italię  ogrodem Europy.
     Jadę do Santa Maria Capua Vetere. Cała ludność Latiny jest podekscytowana moim widokiem, bo cudzoziemcy pojawiają się tu rzadko. Najwyżej czasami przemykają jak błyskawica super nowoczesnymi maszynami.
Jako środek lokomocji wybieram nogi, autobus i pociąg. Przez okno obserwuję la vita
quotidiana. Jest tutaj nędza, nędza, która razi w porównaniu z przepychem komfortowych letnisk nadmorskich. Ludzie tak ciężko harują na swych nieurodzajnych poletkach, że nigdy Włocha nie nazwę leniwym. Chudzi chłopi o zgiętych  grzbietach wydzierają skale ziemię. Wszędzie szare domki przyczepione do szarych skał, osiołki ciągnące dwukołowe wózki, kobiety o przedwcześnie postarzałych twarzach niosą na głowach ciężkie worki. Im większe ubóstwo – tym liczniejsza gromadka dzieci bawi się na drodze. W ogródkach wiszą na drzewach złote kule – pomarańcze. Bardzo dziwnie to wygląda. Nie mogę uwierzyć, że są prawdziwe. To chyba dekoracja dla turystów. Wśród skał kwitną fiołki alpejskie.

W miasteczkach ubogie sklepiki, ale ubrania, swetry, pantofle szpilki, czy wyroby z plastiku drogo by kosztowały w naszych komisach. W niedzielę tłum idący do kościoła, u nas wzięty by został za inwazję aktorek amerykańskich. Tak ładne i tak eleganckie są te skromne modystki, krawcowe, nauczycielki, czy panienki z poczty.
W pociągu – czarnookim chłopcom jadącym na mecz do Neapolu (wierni kibice swojej drużyny) dałam na usilne prośby adres, ale nie mój tylko jednego z naszych znanych aktorów. Myślę, że stołeczny mistrz nie obrazi się, gdy ze słonecznej Italii dostanie kartkę – Carissima, tanti saluti….
     Santa Maria Capua Vetere – miasteczko brzydkie, nieciekawe, jak nieciekawym jest ubóstwo. Lepsze za to czasy pamięta rzymski amfiteatr - podobno najładniejszy z antycznego świata. Rozkoszuję się świetną architekturą całości, zachwycam detalami. Obserwujący mnie z oddali mężczyzna pilnuje - gdy wchodzę do jakiegoś zakamarku, zaraz wyrasta obok. Zagaduje do mnie po angielsku. Milczę. Śpiący na słońcu stary kundel otworzył żółte ślepia, warknął na intruza i odtąd szedł za mną krok w krok po antycznych marmurach.
     Cień południa przypomina o terminie odjazdu. Przez szeroki plac idzie wolno szary osiołek. Uszy długie, długie stoją do góry. Ma zabawną minę pluszowej zabawki. Na grzbiecie niesie ciężkie worki. Raźnie prychając niknie za cyprysami, a przecież osiołki są leniwe…

Przypisy
*Tytuł popularnej w tym czasie piosenki śpiewanej przez Domenico Modugno (jej sukces był tak wielki, że wersję francuską śpiewała Dalida), ale i nakręconego w 1957 r. filmu pod tytułem zaczerpniętym z piosenki w reż. Carlo Lodovico Bragaglia.  

 Nad  Asyżem niebo jest błękitne
Jest chłodny, październikowy poranek. Wśród lekkich oparów

mgiełki mkniemy na północ via Flaminia. Mijamy Sorakte skąpaną w promieniach wschodzącego słońca.
„Czy pamiętasz Sorakte oblicze?...” – recytuje Halinka.
Tu, na tym pięknym szczycie, boski Horacy miał willę, gdzie pisał
swoje niezapomniane ody.
Po drodze zatrzymujemy się w słynnym ze średniowiecznego zamku
Spoleto. Przed pół rokiem, wśród flag innych narodów wisiał sztandar
biało-czerwony. Naukę polska reprezentowali przybyli na międzynarodowy zjazd historyków prof. Hensel* i mgr Marta Młynarska.
Auto pędzi szybko wśród szarych skał, szarych miasteczek, mijając szare osiołki dźwigające na grzbietach  pęki chrustu. Chrupiąc cukierki liczę  średniowieczne zamczyska: - Uno, due, tre, quattro … a wszystkie do siebie podobne. Zbójeckie gniazda zawieszone pod niebem. Serpentyna prowadzi
w górę. Wśród opadających liści i kwiatów jesieni wjeżdżamy do małego miasteczka.
Asyż jest cudny. Szare, kamienne domki na tle kwietnego kobierca, wąskie uliczki. Nad popękanymi schodkami zwieszają się czerwone liście wina, a nad tym wszystkim rozpościera się kopuła nieba o najczystszym błękicie.
To średniowieczne miasteczko żyje kultem  swojego świętego i wydaje się, że za chwilę zza któregoś zaułka ukaże się mała postać chudziny w wyłatanym habicie. Abstrahując od tego czy nasze katolickie dusze garną się do wszystkiego co święte, czy nasz materialistyczny światopogląd  wypiera z komórek wszystko co idealistyczne – Asyż robi na każdym wielkie wrażenie.
Właśnie tą swoją atmosferą, która od siedmiu stuleci nie uległa zmianie. 
Ulicami osiołki ciągną dwukołowe wózki, tak jak przed wiekami. Przekupki, w malutkich sklepikach, zachwalają swój towar wyprowadzając się z nim na ulicę. Trudno przejść między wazami czarnofigurowymi a` la greckie, pseudo-etruskimi bucchere, czy cudnymi  majolikami o tematyce świętości.
A ceny! O San Francesco! Poza tym cisza i spokój. Domki z szarego kamienia, pełno kwiatów i ptaki śpiewające wśród gałęzi. Jest tak nierealnie, odlegle e senza progresso, że nie mogę uwierzyć, iż w tej chwili Sputnik Nr 1** może właśnie krąży na błękitnym niebie umbryjskim, nad Asyżem pełnym średniowiecza. A sam San Francesco – boży biedaczyna jest cudowna postacią właśnie takiej XIII-wiecznej legendy i zajmuje poczesne miejsce między Tristanem i Izoldą, Walkirią a rycerzami Okrągłego Stołu.
Bazylika jest dwupoziomowa. Dolna Bazylika jest szara, o niskim pułapie, cała spowita jakby mgiełką. Popielatą atmosferę rozświetlają płomyki uroczych lampek z ceramiki.
Spór między kłótliwymi mnichami kazał zakuć ciało Świętego w skale. Na wieki zakuty został Ten, który nade wszystko lubił braciszka – słońce, siostrzyczkę przestrzeń i wszystkie, wszystkie zwierzątka i ptaki. Czuję się w tym momencie idealistką i żal mi „bożego biedaczyny”. W oszklonej szafce przechowywane są relikwie - mały, szary, wyłatany habit urąga wspaniałym strojom dostojników kościelnych. Te misterne łatki wyszły spod szczupłych palców św. Klary, czyż to nie średniowieczna romanza?!
W górnym kościele oglądamy freski Giotta i Cimabue. Po wpływem jakiegoś procesu chemicznego w malowidłach Cimabue nastąpiła zmiana kolorów, barwy ciemne stały się jasnymi i vice versa. To co my dziś oglądamy jest negatywem dzieła tego mistrza. Śmiejemy się, że dzielny Cimabue był prekursorem współczesnej fotografiki.
Cykl Giotta – opowieść o św. Franciszku jest wzruszający przez swój prymitywizm. Ten ojciec włoskiego Odrodzenia bardzo był jeszcze związany ze średniowieczną szkołą malarstwa. Lecz do mnie bardziej przemawiały płaskie, naiwne postaćki z asyskiego fresku niż wspaniałe, niemal trójwymiarowe postacie Michała Anioła z Kaplicy Sykstyńskiej.
W kościele pod jej wezwaniem Św. Klara leży wśród przepychu w szklanej trumnie, sczerniałe palce już nie muszą łatać żadnych habitów. Z ciemnej twarzy uśmiecha się podwójny sznur zębów. Uśmiech to nieco makabryczny.
Przypomina mi się jej cela… na kamiennej podłodze pęk białych lilii…
I znów snujemy się wąskimi uliczkami Asyżu. Tu dom, w którym urodził się Święty, tu trattoria pod jego wezwaniem, obok zajazd imienia św. Klary.
Włosi są bardzo spoufaleni ze swoimi świętymi i nieźle prosperują dzięki nim.
Autem jedziemy w górę, do pustelni, powietrze jest wspaniałe. Wokół pustka. Czyż nie tu powinny powstawać prewentoria dla gruźliczych dzieci…właśnie pod wezwaniem Świętego.
Eremo delle Carceri stoi cichutkie, oderwane od wszelkich spraw tego świata, jedynie od czasu do czasu rozbrzmiewa śmiechem turystów.
     Porcjunkula jest małym, leśnym kościółkiem wybudowanym przez pierwszych Franciszkanów w lesie pod Asyżem. Ściany pokryte są jeszcze średniowiecznymi malowidłami. Nad skromnym, uroczym kościółkiem wyrosła olbrzymia bazylika o wnętrzu hali targowej. W mrocznym chiostro – rosarium, gdzie rosną róże bez kolców. Tu w sierpniowe noce pełne gwiazd i cykających świerszczy, gdy krew za szybko tętniła w żyłach, a wbrew świętemu duchowi młode ciało pragnęło zaznać ziemskich rozkoszy, tarzając się wśród róż dławił w sobie św. Franciszek wszelkie niskie namiętności. Wtedy to róże potraciły kolce. Podobno przesadzone gdzie indziej wracają do swego uzbrojenia. Patrzymy ze sceptycznymi uśmiechami – ach, żeby tak wziąć ze sobą do Polski, ale by kłuły.
     Zostawiamy Asyż gwiazdom i średniowieczu. Auto mknie ku Wiecznej Romie. Wracamy do zgiełku dnia powszedniego. A braciszek księżyc oświetla nam powrót do współczesności.

Przypisy
*zmarły w 2008 roku prof. Witold Hensel był polskim archeologiem, mediewistą, od 1954 roku (czyli w czasie opisywanym przez autorkę, dyrektorem Instytutu Historii Kultury Materialnej PAN w Warszawie (obecnie Instytut Archeologii i Etnografii PAN). Kierował wykopaliskami w Polsce i za granicą.
**4 października 1957 roku Związek Radziecki umieścił na orbicie pierwszego sztucznego satelitę Ziemi - Sputnika 1. Jego niespodziewany start wywołał szok w USA i zapoczątkował kosmiczny wyścig supermocarstw, który był główną płaszczyzną toczącej się Zimnej Wojny. Pomimo, że było to pojedyncze wydarzenie to zapoczątkowało erę podboju kosmosu (Za: http://www.sondykosmiczne.republika.pl/artykulmiesiaca16.html)

 Le  scarpe piene di pioggia  - Wenecja w grudniowym deszczu
 -Tej wody to przesadnie dużo – myślałam, taszcząc walizkę przez n-ty z kolei mostek nad ulicznym kanałem. Lał ulewny deszcz. W mroku lśniły kałuże, ach nie, całe „morza” wody, która wlewała się do półbutów. Patrzyłam z niechęcią na zielonkawą wodę kanałów. L’aqua – dźwięczne słowo.
 
W nocy nikt nie podpłynął pod moje okno, aby zanucić mi serenadę. Deszcz tłukł miarowo w szyby. Zdawało się, że wokół szumi Adriatyk.
W niedzielny ranek wśród tłumu parasoli dobrnęłam na plac Św. Marka. Salon Europy był pusty i zalany wodą, lecz jakże przestronny i piękny. - Ciao`- mruknął znajomy z dzieciństwa skrzydlaty lew. Staruszek miał dobra pamięć, szczególnie darzył sympatią rodaków Dąbrowskiego.
To nic, że chmury, że mgła, że deszcz, że mokre kosmyki włosów oblepiają twarz. Bazylika – cudne, bizantyjskie arcydzieło nie pozwala mi oderwać od siebie oczu. Bellissima. Lecz słowa to za mało. Wchodzę do wnętrza. Mozaiki każą mi zapomnieć o zadeszczonym świecie. Na dole wierni skupieni przy ołtarzach słuchają niedzielnego nabożeństwa . Wspinam się na chór i tu oglądam stare, kolorowe kamyczki, które misternie złożone dają efekt  najwspanialszych malowideł. Stary odźwierny każe mi zapłacić. Na słowo „Polonia” stary rozpromienia się. Ze wzruszeniem całuje mnie w czoło i 100 lirów wciska mi z powrotem do kieszeni: -Nie trzeba, od Polaków nic nie biorę.

Pałac Dożów – piękna gotycka koronka. Wspaniałe sale, lśniący marmur posadzek, malowidła na całą ścianę oraz kolekcja portretów wszystkich dożów weneckich na przestrzeni wieków. Most Westchnień prowadzi do więzienia. Zgodnie z tradycją wzdycham i wyglądam na zielonkawy kanał, w którym krople deszczu zataczają kręgi. W ponurych, wilgotnych celach trzymali dożowie swoich przeciwników. Kamień służący za poduszkę nosi ślady odciskającej się na nim przez lata głowy, lecz twardsze od kamieni serca srogich Wenecjan nie miękły na odgłos jęków dobywających się z piwnic.
Biegnę w deszczu do położonego naprzeciw pałacu. Muzeum Archeologiczne. W małych salkach pamiątki po antycznych przodkach, trochę brązów, marmurowe biusty antyczne – nic szczególnie frapującego.
Mały stateczek – vaporetto, wiezie mnie do Accademia, gdzie znów błądzę wśród sal, ze ścian których spoglądają dzieła mistrzów Odrodzenia. Lecz Szkoła Wenecka nie chwyta mnie za serce. Tęsknię za ciepłym kolorytem Perugina. Tu, ze starych płócien wieje chłodem, wilgocią i zielonkawą barwą wody w kanałach. Bardziej sugestywny jest wiek osiemnasty z Tiepolo i Canaletto na czele.
W małej trattorii powoli nawijam na widelec długi makaron. Ostatnie spaghetti na włoskiej ziemi.
Potem snuję się wąskimi uliczkami. W małych sklepikach wiszą miliony szklanych paciorków, migocą kolorowe szkiełka wabiąc oczy turystów. Szczerzą zęby szklane pieski, mruczą łatwo tłukące się kotki. Na ulicznych wózkach kupić można mandarynki, daktyle, figi, rodzynki, migdały.
Obok przewija się szary, codzienny tłum. Deszcz wystraszył turystów, grzeją się pewnie w luksusowych hotelach . Zażywne wenecjanki pod kolorowymi parasolkami wynoszą z UPIM-ów torby i torebeczki pełne świątecznych zakupów. Czarnooki  kramarz wykrzykuje na całą ulicę: - Noci, dattari, per bambini, per Natale.
Gromada wyrostków studiuje z zapałem plakat ostatniego westernu, zaś małe dziewczynki idące z babciami do kościoła przeskakują przez kałuże, ochlapując przy tym króciutkie skarpeteczki.
     Wenecki tramwaj wodny wiezie mnie przez Canale Grande. Zapada zmrok.
Mijamy Ponte Rialto. Zaraz z tych wąskich zaułków wypadnie wesoły tłum komedii Goldoniego. Wśród szumu deszczu słychać muzykę, to Vivaldi. Z takich właśnie okienek kolorowych kamieniczek wychylały się weneckie mieszczki, żeby posłuchać pieśni gondolierów. A w karnawałową noc popłynie przez Canale Grande Offi- Hoffmana wraz z dźwiękami barcaroli.
     Rzeczywistość nie jest tak sentymentalna. Ostatnie zakupy: pisma, pocztówki. Z ciężkimi walizami dopadam niemal w ostatniej chwili wiedeńskiego pociągu. Przeciągły gwizd i koła turkoczą pomoście. Królowa mórz  z daleka żegna tysiącem świateł migocących w zielonych falach Adriatyku.