Restauracje dla łasucha





Ile razy każdy z nas zgrzeszył, dając się uwieść smakowi wybornej potrawy. Ja na przykład nigdy nie mogłam odmówić, gdy stawiano przede mną smakowite danie. Bardzo lubię jeść - podobnie jak gotować. Na szczęście mama pozwoliła mi na eksperymenty w kuchni w bardzo młodym wieku. Moim pierwszym, kulinarnym wyczynem był tort serowy na zimno, przygotowany w wieku lat 13! Pod względem smaku był bez zarzutu, tylko z jednej strony, przez nieszczelną blachę wyciekła mu galaretka. Jednak i tak byłam z siebie dumna!Mimo to, że na gotowaniu znam się świetnie, potrafię ocenić i docenić dobrą kuchnię - nie pretenduję tutaj do miana eksperta. Ten dział ma raczej na celu pokazanie miejsc, w których rzeczywiście świetnie zjemy. A o to przecież nam wszystkim chodzi!

Binario 7
w Casercie pod Neapolem

To tutaj stołują się lokalsi i bardzo sobie chwalą dwudaniowy zestaw do wyboru z pół litrem wody lub ćwiartką wina stołowego. To trattoria tuż koło dworca kolejowego w Casercie, do której przechodzi się podziemnym przejściem prowadzącym na kolejne perony i wychodzi przy peronie szóstym, aby po chwili dostrzec charakterystyczny szyld - Binario 7, czyli Peron 7.


 Właściciel oferuje dwudaniowe zestawy obiadowe za... 8 euro. Tak, nie mylę się, za osiem euro. W tej cenie jest włoskie primo i secondo oraz do wyboru pół litra wody mineralnej albo ćwiartka wina stołowego.



 Ja wybrałam wino oraz pasta e fagioli, danie które okazało się wyjątkowo prostą i zaskakującą kompozycją kilku gatunków makaronów z cieciorką w lekkim sosie oraz mięso jak na zdjęciu z duszonymi, małymi cukiniami.


Prosta, smaczna kuchnia. Za cały zestaw (bez kawy) zapłaciłam rzeczywiście 8 jurków. Bardzo podobały mi się przy tym wystrój wnętrz nawiązujący naturalnie do nazwy trattorii, zastawa i dekoracja talerzy, a przede wszystkim przemili, dowcipni kelnerzy. Polecam!
via Suzina
w Warszawie




Moje wczorajsze odkrycie, choć niemal w sąsiedztwie mojego domu, bo też na Żoliborzu. Umówiłyśmy się na babskie plotki z koleżanką z liceum w zupełnie innym miejscu, wegetariańskiej i tak zachwalanej na blogach kulinarnych Ósmej kolonii przy Teatrze Komedia. Niestety karta do tego stopnia nas rozczarowała, bo znikły przeboje opisywane przez smakoszy takich jak ulubiony przeze mnie Tasteaway chociażby. A zatem nie chcąc testować tego, co już na papierze nas nie przekonało, ruszyłyśmy na pobliską uliczkę Suzina, gdzie "po drodze" na spotkanie mignęła mi "jakaś' restauracja. To była właśnie "Via Suzina", kojarząca mi się od razu z włoskimi klimatami. Rzeczywiście specjalnością są pizze. Nas jednak zachęciła zupa rybna, choć może na upał zbyt ciężkie to wyzwanie. I... co za "niebo w gębie". Pływały w niej rybki rozmaite i owoce morza w obfitości,  a do tego zacnie doprawiona. Potem postawiłyśmy na sałatki i zwłaszcza ta ze szpinakiem, szynką parmeńską, winogronami, serem gorgonzola, doprawiona dresingiem malinowym znów nas zachwyciła. Deser - suflet z białą czekoladą i ... tak, tak, kosteczką roztopionej gorgonzoli, zamknął tę iście lukullusową ucztę błogim akcentem - koleżanka z kolei zdecydowała się na mus czekoladowy.



 Espresso (moje ulubione Kimbo) też tak jak trzeba. Jednym słowem, trzeba tu wpaść! Zwłaszcza, że młoda obsługa jest przemiła i sprawna, a ogródek, czy raczej tarasik, na którym siedziałyśmy, acz wąski i nie odgrodzony od chodnika - zbyt wąsko, aby to uczynić, też sensowni pomyślany.

o'Cartoccio

w Rzymie


Dla amatorów ryb i owoców morza, w dodatku niezamożnych idealne miejsce na pyszne co-nieco w centrum Rzymu. Przy via Arenula, prowadzącej od mostu Garibaldiego. 



Nazwa nawiązuje do techniki pieczenia łączącej w sobie korzyści płynące z gotowania na parze z tymi płynącymi z właśnie z pieczenia. Cartoccio może być zarówno folia aluminiowa, jak i papier do pieczenia, a nawet liście wybranych warzyw i owoców: kapusty, figowca, bananowca. To sposób szybki, łatwy, zatrzymujący w potrawie jego wartości odżywcze i zapach. Oto instruktarz zrozumiały również przez nieznających włoskiego: http://ricette.giallozafferano.it/Cuocere-al-cartoccio.html


W niewielkim lokaliku rzymskim, będącym właściwie smażalnią można skosztować upieczone w ten sposób kalmary, fritto misto, czyli mieszankę owoców morza, filety z ryb - pyszny jest z dorsza! Porcja w papierowej "tutce" - 6 euro. Poza tym tzw. primi piatti, czyli pierwsze dania - makarony i risotta za 5,50 euro duża porcja.


 Siedzi się przy stoliczkach przykrytych ceratą lub na wysokich stołkach przy barze. Używa plastikowych sztućców. Jest rodzinnie i smakowicie.


Obiad w Gospodzie
Kruszyna



Można do niej zawitać zwiedzając jeden z 16 obiektów na Europejskim Szlaku Zamków i Pałaców, stworzonym i zarządzanym przez Dolnośląską Organizację Turystyczną. Już z drogi prowadzącej od Bolesławca, we wsi Kruszyn widać charakterystyczny fronton z muru pruskiego.


 Jej właścicielem jest Leopold Habiniak, który w restaurację przekształcił swój dom rodzinny. Początkowo, jak mi opowiadał, miało tu być muzeum starych przedmiotów. Niestety, zazwyczaj takie placówki same na siebie nie zarabiają, więc postanowił 'wspomóc" je, serwując smażoną kiełbasę. I tak się zaczęła jego przygoda z gastronomią, zwieńczona sukcesem, bo gospoda ma non-stop pełne obłożenie, a spragnieni dobrej kuchni nawet są skłonni poczekać w kolejce. Do dyspozycji są dwie sale, całe w jasnym drewnie. Je się przy drewnianych, karczmianych stołach zastawianych, a jakże by inaczej, słynną ceramiką bolesławiecką zdobioną kobaltem, którą można nawet myć w zmywarce, bo wzory nie bledną. Karta jest przebogata, zaczynająca się od śniadania. Potem są przystawki, sałatki, zupy, zestawy obiadowe, rodzinne zestawy obiadowe, a nawet zestawy na mniejszy głód, dania mięsne, bezmięsne i z ryb, dania niedzielno-świąteczne. 


Ceny przystępne. Zupy - od 6,50 zł zupa szefa do żurku w chlebku z kiełbasą i jajkiem za 13 zł. Dania mięsne - z kotletem schabowym w roli głównej od 23 zł do 33,50 za polędwiczki wieprzowe w sosie kurkowym lub borowikowym. Ja skosztowałam zupę z dyni, ukochane pierogi z kaszą gryczaną (te bym troszkę dosoliła, ale ciasto było pyszne, bo cienkie) i rozpływający się dosłownie w ustach sernik. Latem i przy dobrej pogodzie wiosną czy jesienią, można zjeść też na zewnątrz, w otoczeniu starych narzędzi i sprzętów gospodarskich, tych dawno już nie używanych przedmiotów, w których gospodarz jest tak zakochany i nie rezygnuje ze stworzenia małej izby pamiątek. 

W gospodzie można też przenocować - na drugim pietrze jest kilka jasnych pokoi z widokiem na okoliczne pola i zapachem łąki. Widać, że w lokalu dobrze działa system wentylacyjny. 


W restauracyjnej łazience w podziemiach, czyściutkiej i również pachnącej, jest przewijak dla mam. Natomiast nie ma zejścia dla niepełnosprawnych, bo "klozecik" znajduje się w dawnej piwnicy i trzeba zejść po schodach. Restaurację bardzo polecam www.kruszyna.com.pl

Śniadanie na Zamku Topacz


Jeden z 16 obiektów na Europejskim Szlaku Zamków i Pałaców, stworzonym i zarządzanym przez Dolnośląską Organizację Turystyczną. 


Położony zaledwie 20 minut drogi od centrum Wrocławia. W środku mieści się dziś czterogwiazdkowy hotel zasługujący spokojnie na wyższą kategorię. 


Wybór i wysoka jakość produktów, jak również sposób ich serwowania są, powiem bez przesady, modelowe. Tak podanego i wykwintnego śniadania w hotelu nie widziałam. Ułożone amfiteatralnie kawałki domowego jabłecznika, pieczywo w sterylnie białych, lnianych koszyczkach, wędliny i sery na kamiennych planches, wybór konfitur oraz smarowideł do pieczywa przyprawiający o zawrót głowy. Do tego napoje i woda chłodzona niczym szampan. Jedynym bodaj minusem jest kawa z automatu, co całkowicie powinno się wykluczyć z tej kategorii hoteli. Bardzo podoba mi się natomiast pomysł, że pieczywo, ciasta oraz napoje zostały ułożone na zewnętrznej ladzie otaczającej otwartą kuchnię. Przy okazji, wentylatory działają w niej tak skutecznie, że żadne zapachy już przygotowywanego obiadu się nie roznoszą, a jednocześnie można podpatrzeć pracę kucharzy.


A wystrój restauracji, jak i zresztą całego obiektu wysmakowany w każdym najdrobniejszym szczególe. 


Widok z okien jadalni na park działa niezwykle kojąco.




Więcej na temat samego hotelu wkrótce na stronie Hotele niebanalne.


Les planches w Winestone
 w stołecznym Mercure


Wybór wędzonych ryb, serów, wędlin serwowanych nie na talerzach, ale kamiennych deskach (fr. les planches) stanowi wizytówkę restauracji Winestone.



To francuska idea lokalu wprowadzana przez Orbis dla marki Mercure. Polega ona na serwowaniu niewielkich porcji, mogących być zarówno przekąską jak daniem głównym, które podawane są wraz z kieliszkiem wina. Goszcząc w restauracji Winestone w stołecznym Mercure postawiłam na ryby , aby już po chwili móc kosztować cztery ich gatunki, w tym śledzia podawanego z chrzanem. Świeże, bez ości – podawane z kawałkami pieczonej na miejscu francuskiej bagietki smakowały wyśmienicie i w pełni mnie nasyciły. Mogłam naturalnie wybrać też z karty soczystego steka czy porcję łososia, które wyglądały równie smakowicie, ale wolałam danie na kamiennej desce niż tradycyjnym talerzu.



Deska jest naturalnie ciężka, ale przecież nie trzeba jej przesuwać, a jedzenie z niej sztućcami też nie sprawia kłopotu, natomiast zdecydowanie uatrakcyjnia posiłek. Do tego wybrałam stosowne wino – obsługująca mnie kelnerka mogłaby być sommelierem, tak dobrze się na nich znała. Gdybym jednak nie potrzebowała jej pomocy, mogłam sama dokonać wyboru oglądając wszystkie butelki wyeksponowane na ścianie, co poza oczywistą wygodą dla klienta jest też fajnym pomysłem designerskim. Spodobała mi się kolorystyka lokalu – zbicie czerni podłogi z fuksją ścian i drewnianymi ladami.



Również pomysł, aby kucharz przygotowywał potrawy na moich oczach – widać go doskonale przez szklaną szybę - jest trafiony.



W Winestone wypiłam też wyjątkowo dobrze zaparzone espresso – takie na jeden łyk. Idea tej kawy wyrażona jest bowiem już w nazwie: espresso czyli coś ekspresowego, bardzo szybkiego, a więc do wychylenia jednym haustem. Dlaczego więc w większości polskich lokali, gdy je zamówię, dostaję zwykłą kawę tylko w małej filiżance i to nalaną po brzegi? Do kawy zamówiłam trzy czekoladki (taki zestaw) i tym samym na finał zafundowałam sobie „niebo w gębie”.



Dziczyzna na zamku
w Dubiecku


To właśnie tutaj urodził się Ignacy Krasicki, poeta i biskup zarazem. Tu też Franciszek Karpiński napisał „Pieśń o narodzeniu Pańskim”, uznawaną za królową polskich kolęd, którą śpiewam zawsze podczas Pasterki: „Bóg się rodzi, noc truchleje”. Ten zamek szlachecki przebudowany na pałac, położony jest w środkowo-wschodniej części woj. podkarpackiego i tylko 30 km dzieli go od Przemyśla. Przyznam, że od pierwszego wejrzenia zakochałam się w otaczającym zamek, wielohektarowym parku – chyba nie ja jedyna, skoro w alejkach spotkałam pozującą wdzięcznie młoda parę. Jednak największe wrażenie zrobiła na mnie restauracja,  nad której stołami wznoszą się kamienne, grube stropy.




Zawiaduje nią mistrz nad mistrze  czyli Janusz Pyra, mianowany Królem konkursów Festiwalu Kuchni Dworskiej im. Tadeusza Matysiaka, który jest jednocześnie jednym z reprezentantów Polski w Olimpiadzie Kulinarnej w niemieckim Erfurcie.




Specjalizuje się zarówno w daniach śródziemnomorskich, jak i staropolskich, ale zdecydowanie warto skosztować w Dubiecku właśnie tych drugich.


Takiej dziczyzny – jelenia i dzika przygotowywanych na pięć różnych sposobów jeszcze nie jadłam. Zestawienia smaków, dobór dodatków, przypraw są niekiedy zaskakujące, a jednocześnie harmonijnie ze sobą współgrają. Samo mięso jest kruche i rozpływające się w ustach. Już same nazwy potraw sprawiają, że ślinka leci. Można wybrać na przykład pieczeń z jelenia serwowaną z borowikami duszonymi w śmietanie z białym winem i pierogiem z ciasta francuskiego nadziewanym kaszą gryczaną albo pieczony schab z dzika serwowany z maślakami w śmietanie i glazurowanymi marchewkami w cytrynowym maśle.




Menu dubieckiej restauracji jest zmienne, odzwierciedlające cztery pory roku. W kuchni wykorzystywane są warzywa i owoce oraz grzyby sezonowe. Do tego naturalnie można spodziewać się znakomitego wina. A na deser – może suflet czekoladowy z malinowym sorbetem albo gruszki po kardynalsku? www.zamek.dubiecko.com




Staropolskie jadło
w Zaborku



Bliny z mąki gryczanej z borowikami i śmietaną, pomidory „pod pierzynką”, pasztet, żurek, pierogi.



Mleko prostu od krowy, a marchew, pomidory i ogórki z ogrodu.



W podlaskim Zaborku wszystko jest domowe, co sprawdziłam będąc tam kilkukrotnie, zawsze na zaproszenie przemiłych gospodarzy. Nie tylko spałam w łóżku Charliego Wattsa, który ilekroć odwiedzał to miejscem wybierał wraz z żoną właśnie pokój Muzyczny (o czym już zresztą pisałam).  Niestety, po kłopotach Stadniny Koni w Janowie już chyba nigdy tu nie wróci.
Miałam okazję zasiąść do tak zastawionego stołu, jak to w czasach szlacheckich bywało.



Pani „na włościach”, Lucyna Okoniowa pilnie doglądała, aby gościom nic nie brakowało. Jej mąż uzupełniał kieliszeczki domową nalewką – jego miodówkę dostanę zresztą w gościniec wraz z gałązką lawendy, którą pachnie tutaj każdy kąt.
Przy okazji wyjaśnię, co to jest Zaborek.Otóż
na 50 hektarach terenu wchodzących w skład Parku Krajobrazowego Podlaski Przełom Bugu, właściciele-pasjonaci – Lucyna i Arkadiusz Okoniowie stworzyli żywy skansen.



W zwożonych tutaj od 20 już lat z terenu całego Podlasia zabytkowych obiektach można spać, wybierając między Plebanią z 1880 roku, Wiatrakiem czy Bielonym Dworkiem pamiętającym czasy Powstania Styczniowego.



W sumie na Pensjonat Uroczysko Zaborek, bo taka jest jego oficjalna nazwa, składają się 43 pokoje czyli 100 łóżek.



Nie ma tu żadnej restauracji, a jedzenie z jednej kuchni roznoszone jest pomiędzy poszczególne domy, co sprawia, że rzeczywiście można tu spokojnie wypocząć i delektować się jadłem w intymności, a nie pod czujnym okiem obcych-ciekawskich. Tutejszy, świeży chleb, domowe konfitury i jajecznica na śniadanie z jaj grzebiących, swobodnie biegających kur to rarytasy, o których w mieście możemy tylko pomarzyć.



A to wszystko przyprawione jest zapachem płynącym z łąk i pobliskiego lasu. www.zaborek.com.pl/


Sushi w  więzieniu
(Storge, Norwegia)


Jasne bąbelki prosecco w podłużnym kieliszku, który wręcza mi właśnie przystojny blondyn… Czy mogłam się spodziewać takiego właśnie powitania za kratami?  A jednak, bo „Fengselet” to po norwesku znaczy więzienie i to w jego dawnych wnętrzach działa dziś restauracja oraz piwnica z winami. Sam budynek powstał w 1864 roku i przez kolejne sto lat trzymano w nim tych, którzy delikatnie rzecz ujmując, rozmijali się z prawem. Jedni odliczali dni i godziny do wolności w celach na piętrze, za drewnianymi drzwiami – przestępcy większego kalibru odsiadywali wyrok w kamiennych piwnicach. Dziś ich ściany zakrywają setki butelek wypełnionych zacnym trunkiem, a przy rozstawionych pośrodku stołach można rozkoszować się sezonowym menu. Na przystawkę każdy gość, prócz aperitifu, dostaje pieczony na miejscu chleb, przypominający wyglądem, ale nie smakiem, piernik. Jego kawałki maczane w oliwie doprawionej solą i pieprzem są niezwykle smakowite. Potem można wybierać między rybą a mięsem i nie jest to proste. Nawet ci bowiem, którzy tak jak ja nie cierpią baraniny, skosztują z miłym zaskoczeniem tak doprawione mięso, że nieprzyjemny, naturalny zapach niknie pod obłoczkiem ziół i słodko-cierpkiej żurawiny, na której jest serwowany. Inna opcja to halibut (świeżutki bo prosto z morza) na kopczyku z chrupiących, lekko grillowanych warzyw. Prawdziwym mistrzostwem świata są desery – na przykład sorbet imbirowy z czekoladą, który tak bardzo chciałabym odtworzyć w domowych warunkach. Na piętrze „Fengselet” działa z kolei bar sushi, zarówno w wersji na wynos jak i na miejscu. Kombinacje zestawów są kuszące, zwłaszcza, że w do dyspozycji kucharza jest całe mnóstwo dopiero co złowionych ryb. www.fengselet.no