Podczas pobytu w emiracie przekonałam się, że ten symbol luksusu jest dziś wielkim placem budowy,
aspirującym do czegoś więcej niż tylko kierunek rozrywkowy dla bogaczy. I o tym zamierzam właśnie opowiedzieć podczas prelekcji "Dubaj- złoto szejków". Gwarantuję barwną narrację i piękne zdjęcia, nie tylko ze szczytu Burdż Chalifa (827 m), ale z lotu cessną nad miastem. Zapraszam!
Taką atrakcją wabią zagranicznych turystów lokalne biura podróży w Dubaju. I zapewniam, że w nazwie nie ma krzyny przesady. Safari w terenówkach po Czerwonych Wydmach (Red Dunes) to przeżycie na miarę przejażdżki rollercoasterem w wesołym miasteczku.
I to takim najszybszym - na przykład Velociraptorze w IMG Worlds, naturalnie też w Dubaju.
Podziwiałam sprawność kierowcy, który dosłownie tańczył samochodem na piasku, a maszyna to potężna, jak widać na zdjęciach. Nagłe skręty kierownicy na samym szczycie wydmy, potem ostro w dół, a po chwili w górę i w bok. Pędziliśmy skrajem piaszczystej grani aż się kurzyło - dosłownie.
A wokół nas. im bliżej zachodu, coraz więcej amatorów tej podnoszącej adrenalinę rozrywki. Niekiedy w poprzek piaszczystego szlaku śmignął jeden czy drugi quad.
W pewnym momencie poczuliśmy się jak na highwayu.
Najbardziej jednak zapamiętam kilkuletniego chłopczyka w terenówce, który wyglądał przez okienko w dachu i z entuzjazmem wykrzykiwał, podczas gdy wraz z ojcem mijali nas jadąc przez tę bezkresną, fascynującą kolorytem piaskownicę.
Podróż do Dubaju odbyłam na pokładzie Wizz Air z Katowic, dokąd wygodnie dotarłam ze stolicy pociągiem. Tani przewoźnik oferuje tygodniowo trzy połączenia na tym kierunku: we wtorki, czwartki i soboty, a taryfy zaczynają się od 189 zł w jedną stronę ze wszystkimi opłatami. Lot trwa 5-6 godzin, w zależności od tego, czy lecimy z wiatrem czy też pod wiatr. Podróżuje się na prawdę wygodnie, bo przerwy między rzędami są wystarczające nawet dla długonogich, a fotele dobrze wyprofilowane. W drodze powrotnej udało mi się nawet przespać na trzech fotelach :) Z Wizz Airem można teraz dotrzeć z Polski do 151 miast w 27 krajach.
Właśnie
został zniesiony stan wyjątkowy, a więc i godzina policyjna. W biurach podróży
znów coraz więcej osób rezerwuje wycieczki do kraju faraonów. Jednak wielu
rodaków wybiera inne kierunki z obawy, że w Egipcie sytuacja ciągle nie jest
stabilna i może ulec pogorszeniu. A jak to widzi Ambasador tego kraju w Polsce,
pan Reda Bebars? Zachęcam do przeczytania wywiadu, jaki przeprowadziłam z Jego Ekscelencją,
a który ukaże się na łamach specjalnej edycji gazety targowej na TTWarsaw:
www.ttwarsaw.pl/
Na pustynię Wadi Rum wjeżdżamy w pełnym pędzie
dżipem. Za kierownicą najprawdziwszy Beduin w białej dżalabii i arafatce.
Widać, zaprawiony w manewrach na pustynnym highwayu, bo nadzwyczaj zręcznie
unika zakopania się w czerwony piach.
Pierwszy raz jestem na pustyni. Nie tak ją sobie wyobrażałam. Zamiast
złocisto-żółtych wydm – ostro-pomarańczowo-czerwone góry z piaskowca o
fantazyjnych kształtach. Wyrastają z równiny pojedynczo lub ciągną się murem
kilometrami, osiągając nawet do 1750 m n.p.m. Chwilami przypominają do
złudzenia Monument Valley w Arizonie.
Po arabsku Wadi Rum oznacza Księżycową Dolinę i to jest zdecydowanie
najtrafniejsze porównanie.
Zachód słońca zapala góry żywym ogniem, cień sunie z zawrotną szybkością. Ściga
się z naszą silną grupą pod wezwaniem: czterema damami i jednym, męskim „rodzynkiem”
(nie licząc Hołka w arabskim wcieleniu), zamkniętą w dżipie jak puszce
sardynek. Przy każdej muldzie mamy bliskie spotkania z sufitem. Nie wiem, czy
bardziej boli mnie poobijana głowa czy brzuch, w którym rozwija się prawdziwa
rewolucja. Wreszcie stajemy.
Przesiadam się, albo raczej usiłuję dosiąść wielbłąda. Okazuje się, że to też
dama i w dodatku nieźle wkurzona po całym dniu noszenia na grzbiecie podobnych
mnie białasów. Protestuje więc, rycząc w niebogłosy, a ja zaraz zsuwam się z
jej garbu, bo po prostu żal mi zmęczonego zwierzaka, ale płacę właścicielowi
pełną stawkę za przejazd. Ten zaś, skwapliwie chowając pieniądze do kieszeni,
zaraz zaprasza na przejażdżkę kolejną turystkę, ignorując ryki wielbłądzicy.
Potem lądujemy w oazie i po obowiązkowej, słodkiej jak ulepek, mocnej herbacie
w małej szklaneczce, zgłodniali rzucamy się na przygotowaną strawę. Na stołach
czekają już sterty świeżutkiej pity, kusi humus polany oliwą z oliwek, kuskus,
baranina przyrządzona tak wyśmienicie, że nie czuć tego charakterystycznego,
zazwyczaj odstręczającego mnie zapachu. Na deser zaś słodkie, zmrożone plastry mango
i arbuza.
I nagle wyłania się On. Ali Baba. Serca naszego żeńskiego oddziału miękną jak
gotowane trzy minuty jajka. I choć w wojskowych butach i porciętach w panterkę
przypomina raczej Rambo, jego czarne oczy robią wrażenie tak wielkie, że
odejmuje nam wszystkim mowę.
Znacznie mniejszy zachwyt wzbudza natomiast namiot przystojniaka – welurkowa narzuta
na przepastnym łożu i czerwona róża pośrodku trącą kiczem. Z ciekawością zerkam
na fotę stojącą na bocznym stoliczku i kogo na niej widzę? Alego vel Rambo,
który pręży muskuły w z uśmiechem samouwielbienia…
Więcej
wspomnień z Jordanii już wkrótce w Podróżach małych i dużych. Zachęcam do
lektury.