Niemal ogłuszający ryk motorów wywabił mnie z podziemi południowej pierzei zamojskiego rynku, gdzie z lubością pochłaniałam obiad w restauracji "Hetmańskiej", w pełni zresztą zasługującej na to miano, bo kuchnia jest tu smaczna, a w karcie dań sporo. I cóż ukazało się moim oczom?
Lokalna telewizja już kręciła w nim wywiad, a mnie udało się wślizgnąć tuż za kamerę i zrobić kilka ujęć. Nie minęło kilka minut a już cała kawalkada motocykli ruszyła w kierunku pobliskiej rzeczułki, aby pożegnać zimę symbolicznym topieniem słomianej kukły. A że ta sama na motorze pojechać, siłą rzeczy, nie mogła - odbyła swoją ostatnią podróż przyklejona do pleców motocyklisty. Dosłownie bo taśmami!



