Jestem w Kalabrii. Przede mną rozległa, bujnie zielona wyżyna Sila szykuje się do zmierzchu dnia.
Wraz z moją cicerone po regionie, Carmen Mancarella - dziennikarką i pisarką, zawadiacko pędzimy ku górze samochodem pełną serpentyn jednopasmówką.
Mamy w sobie jeszcze wspomnienie krystalicznie czystego, ciepłego jak zupa morza Jońskiego, gdzie plażowałyśmy. Widzimy je zresztą ze wzgórz, jak srebrną wstęga odznacza się od horyzontu.
Nim jeszcze zaparkujemy, dociera do mnie potężny głos orkiestry dętej złożonej z kilkudziesięciu mężczyzn w różnym wieku ustawionych w równiutkim trójszeregu na placu przed barokowym kościołem. Trąby, puzony, flety, klarnety i bęben wybijający rytm. Muzyka nie brzmi mi „po włosku”. Uroda panów, w tym witającego się ze mną jowialnego burmistrza z trójkolorową szarfą w poprzek wydatnego brzuszka też odbiega od kanonów klasycznej urody.
- Witaj kochana u Arboreszów – jesteśmy jedną z uznanych przez UE mniejszości etnicznych, która wywodzi się od emigrantów albańskich. Uciekając przed podbijającym nasze ziemie od XV w. Imperium Omańskim, osiedliśmy na południu Włoch. Najwięcej jest nas w Kalabrii, ok. 60 tys. w 33 miejscowościach, w tym moje San Giorgio Albanese, czyli po naszemu Mbuzat. Brzmi dziwnie, prawda? – puszcza do mnie oko. Rzeczywiście, bo to już „zmutowany”, przefiltrowany nieco przez lokalne dialekty, arbërisht, którym Arboresze, Arbëreshë nie zawsze porozumieją się z dawnymi rodakami.
- Dla przykładu cześć po albańsku to përshëndetje, a po naszemu falem, jak się nazywasz: Si e ke emrin i Si të thonë, ale jak się masz w obu językach jest tak samo: Si je – mówi burmistrz. Niemożliwe do wymówienia zbitki spółgłosek. Në ti je arbëresh, ruaju litirit si pelekani m'i ruhet sqeparit – "jeśli jesteś Albańczykiem, chroń się przed łaciną jak pelikan chroni swój dziób" – mówi lokalne przysłowie. To trudne, gdy młode pokolenie uczęszcza do włoskich szkół.
Wchodzę do kościoła św. Jerzego Męczennika (katolicyzm wschodni). Mnogość złoceń i bardzo intensywnywnych kolorów. Chrystus, Matka Boża i Apostołowie spoglądają w powadze majestatu swoimi pięknymi oczyma o migdałowym kształcie. Takie same mają dwie młode kobiety stojące przy ołtarzu, które zaczynają śpiewać. A cappella! Co za głosy, silne, zdecydowane, przeczyste intonujące pieśni këngat o życiu w narzeczeństwie i po ślubie, o dawnych bohaterach, jak jeden z najwybitniejszych generałów wszechczasów, walczący z Turkami Scanderberg obecny na pomnikach w każdym miasteczku Arboreszów, i na zawsze utraconej Ojczyźnie. Rzewne czy radosne, ale pełne dumy z dziedzictwa przodków. Podziwiam kunszt ręcznego wykonania galowych strojów. Białe bluzki, kumisha z szerokimi, haftowanymi kołnierzami spięte broszą. Na to haftowany ręcznie kubraczek, kamizolla i dwie warstwy plisowanych spódnic, coha – ta wierzchnia z jedwabnej lamy przetykanej złotymi nićmi. Cena takiego stroju ślubnego, wkładanego potem na różne okazje to co najmniej 6-7 tys. euro, przy czym sam materiał potrafi kosztować 500 euro za metr, a tylko na spódnice trzeba po 5 m na każdą!
Każde miasteczko Arboreszów ma swoje kolory ubiorów. Równie intensywne barwy mają murale i dywany kwietne zdobiące główną ulicę tynkowanego na biało San Giorgio Albanese. Pod pomnikiem wspomnianego Scanderberga robimy sobie z burmistrzem pamiątkowe zdjęcie. To Scandenberg poparł wyprawę naszego Jagiellona, Władysława III na Turków, ale pod Warną w 1444 r. się nie stawił i młody król zginął (polecam mój wpis poświęcony Warneńczykowi w Warnie). Wieczorem przenoszę się do Vaccarizzo, które słynie z produkowanych przez Arboreszów wędlin: kiełbas, karkówek, szynek, rolowanego boczku i słoniny oraz wekowanych warzyw i owoców. Po degustacji ruszam w tany w rytm bardzo współczesnego popu!
Wchodzę do kościoła św. Jerzego Męczennika (katolicyzm wschodni). Mnogość złoceń i bardzo intensywnywnych kolorów. Chrystus, Matka Boża i Apostołowie spoglądają w powadze majestatu swoimi pięknymi oczyma o migdałowym kształcie. Takie same mają dwie młode kobiety stojące przy ołtarzu, które zaczynają śpiewać. A cappella! Co za głosy, silne, zdecydowane, przeczyste intonujące pieśni këngat o życiu w narzeczeństwie i po ślubie, o dawnych bohaterach, jak jeden z najwybitniejszych generałów wszechczasów, walczący z Turkami Scanderberg obecny na pomnikach w każdym miasteczku Arboreszów, i na zawsze utraconej Ojczyźnie. Rzewne czy radosne, ale pełne dumy z dziedzictwa przodków. Podziwiam kunszt ręcznego wykonania galowych strojów. Białe bluzki, kumisha z szerokimi, haftowanymi kołnierzami spięte broszą. Na to haftowany ręcznie kubraczek, kamizolla i dwie warstwy plisowanych spódnic, coha – ta wierzchnia z jedwabnej lamy przetykanej złotymi nićmi. Cena takiego stroju ślubnego, wkładanego potem na różne okazje to co najmniej 6-7 tys. euro, przy czym sam materiał potrafi kosztować 500 euro za metr, a tylko na spódnice trzeba po 5 m na każdą!
Każde miasteczko Arboreszów ma swoje kolory ubiorów. Równie intensywne barwy mają murale i dywany kwietne zdobiące główną ulicę tynkowanego na biało San Giorgio Albanese. Pod pomnikiem wspomnianego Scanderberga robimy sobie z burmistrzem pamiątkowe zdjęcie. To Scandenberg poparł wyprawę naszego Jagiellona, Władysława III na Turków, ale pod Warną w 1444 r. się nie stawił i młody król zginął (polecam mój wpis poświęcony Warneńczykowi w Warnie). Wieczorem przenoszę się do Vaccarizzo, które słynie z produkowanych przez Arboreszów wędlin: kiełbas, karkówek, szynek, rolowanego boczku i słoniny oraz wekowanych warzyw i owoców. Po degustacji ruszam w tany w rytm bardzo współczesnego popu!































































