"Pruję” aliscafo, czyli wodolotem przez Zatokę Neapolitańską.
Elegancka, opływowa forma - w środku rzędy lotniczych, wygodnych foteli i kawa po rozsądnej cenie.
Za sobą pozostawiam rozłożony amfiteatralnie na wzgórzach Neapol.
Przed oczami, za lekką mgiełką - otulona błękitem przesuwa się imponująca, groźna bryła Wezuwiusza.
Bliższy plan zajmują jednostki różnych gabarytów, w tym gros jachtów z najwyższej półki cenowej. Przecinają dziś gładką jak stół, morską taflę niczym ogromną, wodną autostradę.
50-minutową podróż morską odbywam zerkając do „Eneidy” Wergiliusza. To w niej altissimo poeta starożytności, pochowany prawdopodobnie w Neapolu (Park Archeologiczny w dzielnicy Posillipo) pisał o pół kobietach-pół rybach, których domem miały być słynne, uwieczniane na milionach zdjęć skały Faraglioni obok Capri. Ale sama nazwa wyspy pochodzi może od łacińskiego capreae - kozy, na które można się natknąć dziś w okolicy dominującej nad Capri, Góry Słonecznej - Monte Solaro. Tam zmierzam. Wysiadam w głównym porcie, czy raczej porciku wyspy w obramieniu potężnych, szarych skał. I zaraz mrużę oczy od oślepiającego blasku białych fasad domeczków Marina Grande. Zupełnie jak Axel Munthe, student medycyny, który półtora wieku wcześniej wyskakiwał w tym miejscu z żaglowej łodzi. Choć była to wtedy mało znana „dziura” zamieszkana przez rybaków, a za jedyny środek komunikacji służyły osiołki – zakochał się w tym miejscu i po latach, już jako znany lekarz zbudował na ruinach pałacu Tyberiusza swój niezwykły dom. Jak najszybciej chcę się doń dostać, przebijając przez różnojęzyczny tłum wylewający się z okolicznych sklepików z pamiątkami i restauracyjek. Wskakuję do pomarańczowego busika, który serpentynami wiszącymi nad morzem wiezie mnie do części wyspy, którą jeszcze rezydujący tu Grecy nazwali z powodu jej lokalizacji Anacapri, wyższa część Capri. Butiki z „bezcennymi” kolekcjami alta moda i pamiątkami spod znaku cytryn. A do tego luksusowe hoteliki, ristoranti i caffeterie – znów w śnieżnej bieli tynków otulonej kaskadami słodko pachnących jaśminów i purpurowych bugenwilli. Słońce świeci tak ostro, że bolą mnie oczy – Axel Munthe, „szwedzki Judym” leczący bezinteresownie ubogich i z ramienia Czerwonego Krzyża rannych pod Verdun, walczący z cholerą w Neapolu (dokąd spiesznie przybył z... Laponii!), stracił na Capri wzrok. Już jestem w Villa San Michele, nazwanej tak od kapliczki Michała Archanioła „uczepionej u stromej skały, niczym orle gniazdo”, którą medyk odkrył podczas pierwszego pobytu i wokół niej potem zrealizował swoją wymarzoną siedzibę – dziś muzeum. W przetłumaczonej na 40 języków „Księdze z San Michele” opowiada o znoju, ale i radości budowania na gruzach posiadłości "Timberio camorrista, „złego” cesarza Tyberiusza wg lokalsów i Biblii (za jego czasów ukrzyżowano Jezusa). Chodzę teraz, mijając niewielu zwiedzających, po wnętrzu domu - białym, przefiltrowanym promieniami słońca dzielonym łukami wspartymi na kolumnach. Pod nimi oryginalne dzieła sztuki egipskiej, etruskiej i rzymskiej z głowami meduzy - gorgony w gabinecie, Afrodyty i młodego Tyberiusza. Niewiele mebli, mnóstwo kwiatów. Z loggi zdobionej brązową kopią „Chłopca z delfinem” Verocchia przechodzę w pergolę okalającą dawną kapliczkę. W ogrodzie pinie, agawy, mirty, łany tulipanów, hortensji, cyklamenów, kwitnących pomarańczy. Symfonia zapachów. I Sfinks wykopany gdzieś przez Axela, zapatrzony w Zatokę Neapolitańską. Dotykam jego granitowego grzbietu, aby wrócić znów na Capri.
50-minutową podróż morską odbywam zerkając do „Eneidy” Wergiliusza. To w niej altissimo poeta starożytności, pochowany prawdopodobnie w Neapolu (Park Archeologiczny w dzielnicy Posillipo) pisał o pół kobietach-pół rybach, których domem miały być słynne, uwieczniane na milionach zdjęć skały Faraglioni obok Capri. Ale sama nazwa wyspy pochodzi może od łacińskiego capreae - kozy, na które można się natknąć dziś w okolicy dominującej nad Capri, Góry Słonecznej - Monte Solaro. Tam zmierzam. Wysiadam w głównym porcie, czy raczej porciku wyspy w obramieniu potężnych, szarych skał. I zaraz mrużę oczy od oślepiającego blasku białych fasad domeczków Marina Grande. Zupełnie jak Axel Munthe, student medycyny, który półtora wieku wcześniej wyskakiwał w tym miejscu z żaglowej łodzi. Choć była to wtedy mało znana „dziura” zamieszkana przez rybaków, a za jedyny środek komunikacji służyły osiołki – zakochał się w tym miejscu i po latach, już jako znany lekarz zbudował na ruinach pałacu Tyberiusza swój niezwykły dom. Jak najszybciej chcę się doń dostać, przebijając przez różnojęzyczny tłum wylewający się z okolicznych sklepików z pamiątkami i restauracyjek. Wskakuję do pomarańczowego busika, który serpentynami wiszącymi nad morzem wiezie mnie do części wyspy, którą jeszcze rezydujący tu Grecy nazwali z powodu jej lokalizacji Anacapri, wyższa część Capri. Butiki z „bezcennymi” kolekcjami alta moda i pamiątkami spod znaku cytryn. A do tego luksusowe hoteliki, ristoranti i caffeterie – znów w śnieżnej bieli tynków otulonej kaskadami słodko pachnących jaśminów i purpurowych bugenwilli. Słońce świeci tak ostro, że bolą mnie oczy – Axel Munthe, „szwedzki Judym” leczący bezinteresownie ubogich i z ramienia Czerwonego Krzyża rannych pod Verdun, walczący z cholerą w Neapolu (dokąd spiesznie przybył z... Laponii!), stracił na Capri wzrok. Już jestem w Villa San Michele, nazwanej tak od kapliczki Michała Archanioła „uczepionej u stromej skały, niczym orle gniazdo”, którą medyk odkrył podczas pierwszego pobytu i wokół niej potem zrealizował swoją wymarzoną siedzibę – dziś muzeum. W przetłumaczonej na 40 języków „Księdze z San Michele” opowiada o znoju, ale i radości budowania na gruzach posiadłości "Timberio camorrista, „złego” cesarza Tyberiusza wg lokalsów i Biblii (za jego czasów ukrzyżowano Jezusa). Chodzę teraz, mijając niewielu zwiedzających, po wnętrzu domu - białym, przefiltrowanym promieniami słońca dzielonym łukami wspartymi na kolumnach. Pod nimi oryginalne dzieła sztuki egipskiej, etruskiej i rzymskiej z głowami meduzy - gorgony w gabinecie, Afrodyty i młodego Tyberiusza. Niewiele mebli, mnóstwo kwiatów. Z loggi zdobionej brązową kopią „Chłopca z delfinem” Verocchia przechodzę w pergolę okalającą dawną kapliczkę. W ogrodzie pinie, agawy, mirty, łany tulipanów, hortensji, cyklamenów, kwitnących pomarańczy. Symfonia zapachów. I Sfinks wykopany gdzieś przez Axela, zapatrzony w Zatokę Neapolitańską. Dotykam jego granitowego grzbietu, aby wrócić znów na Capri.
































































