Bim – bam. Rytmiczny, czysty jak kryształ dźwięk dzwonu wyrywa mnie z głębokiego snu.
- Gdzie ja jestem?
Z półmroku wyłania się skromny pokoik – nad wąskim łóżkiem, w którym leżę przykryta cienkim, wełnianym kocem i prześcieradłem wisi krzyż. Na bosaka, jeszcze częściowo w objęciach Morfeusza drepczę do łazienki i coś mi się dalej nie zgadza. To nie mój dom! Z kolejnym uderzeniem dzwonu mój mózg teleportuje się do rzeczywistości – znajduję się w północnych Włoszech, w Eremo San Giorgio. W tym klasztorze kamedułów zawieszonym wysoko na skale nad jeziorem Garda dałam się dobrowolnie zamknąć, aby wyciszyć się, odpocząć od „wrzasku” stresującej codzienności. Przez okienko ogarniam wzrokiem dachy mnisich domków, a w tle strzelające w górę cyprysy. Czeka mnie pięć dni wyjątkowo blisko raju. Wybrałam izolację dobrowolnie. Pomysł "chodził mi" po głowie już co najmniej od kilku lat, ale ciągle go odkładałam. Podczas Wigilii redakcyjnej National Geoographic niespodziewanie się skonkretyzował - naczelna Agnieszka Franus spytała mnie wprost: - Ania, nie napisałabyś takiej relacji z pobytu za murami klasztornymi?
Jasne! Zwłaszcza, że jestem osobą wierzącą, praktykującą, więc byłoby to dla mnie duchowe doładowanie akumulatorów.
I tak się stało. Po pół roku wylądowalam w miejscu absolutnie niezwykłym, co pokazują poniższe zdjęcia, począwszy od bramy wjazdowej do eremu: Uroda, a zarazem prostota natury po prostu mnie urzekły. Tak jak dzieło człowieka, który starał się jak najmniej w nią ingerować. U Kamedułów miałam możliwość na tyle zwolnić tempo, żeby dojrzeć również braci mniejszych przy pracy: Te schodki zapewne wymagają naprawy, ale czy to jest najważniejsze? Najważniejsze są "modlitwa i praca", obrabianie hektarów wiekowych sadów oliwkowych schodzących tarasami ku jezioru. A do roboty jest tylko 12 mnichów... Więcej na ten temat w moim artykule w najnowszym, bieżącym numerze National Geographic Traveler.
- Gdzie ja jestem?
Z półmroku wyłania się skromny pokoik – nad wąskim łóżkiem, w którym leżę przykryta cienkim, wełnianym kocem i prześcieradłem wisi krzyż. Na bosaka, jeszcze częściowo w objęciach Morfeusza drepczę do łazienki i coś mi się dalej nie zgadza. To nie mój dom! Z kolejnym uderzeniem dzwonu mój mózg teleportuje się do rzeczywistości – znajduję się w północnych Włoszech, w Eremo San Giorgio. W tym klasztorze kamedułów zawieszonym wysoko na skale nad jeziorem Garda dałam się dobrowolnie zamknąć, aby wyciszyć się, odpocząć od „wrzasku” stresującej codzienności. Przez okienko ogarniam wzrokiem dachy mnisich domków, a w tle strzelające w górę cyprysy. Czeka mnie pięć dni wyjątkowo blisko raju. Wybrałam izolację dobrowolnie. Pomysł "chodził mi" po głowie już co najmniej od kilku lat, ale ciągle go odkładałam. Podczas Wigilii redakcyjnej National Geoographic niespodziewanie się skonkretyzował - naczelna Agnieszka Franus spytała mnie wprost: - Ania, nie napisałabyś takiej relacji z pobytu za murami klasztornymi?
Jasne! Zwłaszcza, że jestem osobą wierzącą, praktykującą, więc byłoby to dla mnie duchowe doładowanie akumulatorów.
I tak się stało. Po pół roku wylądowalam w miejscu absolutnie niezwykłym, co pokazują poniższe zdjęcia, począwszy od bramy wjazdowej do eremu: Uroda, a zarazem prostota natury po prostu mnie urzekły. Tak jak dzieło człowieka, który starał się jak najmniej w nią ingerować. U Kamedułów miałam możliwość na tyle zwolnić tempo, żeby dojrzeć również braci mniejszych przy pracy: Te schodki zapewne wymagają naprawy, ale czy to jest najważniejsze? Najważniejsze są "modlitwa i praca", obrabianie hektarów wiekowych sadów oliwkowych schodzących tarasami ku jezioru. A do roboty jest tylko 12 mnichów... Więcej na ten temat w moim artykule w najnowszym, bieżącym numerze National Geographic Traveler.






































