Położona między Bolonią a Mediolanem, w północnowłoskim regionie Emilia-Romania, założona jeszcze przez Etrusków, potem kolonia rzymska - Parma słynie dziś nie tylko ze swoich zabytków, w tym XVI-w. katedry zdobionej freskami Correggia czy kościola św. Jana Ewangelisty oraz pałacu książęcego, gdzie można podziwiać freski drugiego jej wybitnego mieszkańca, Parmigianina. W Parmie urodził się również wybitny dyrygent i wiolonczelista, Arturo Toscanini (1867-1957), propagator muzyki współczesnej swoich czasów (m.in. Debussy'ego), współpracujący z La Scalą i nowojorską Metropolitan Opera, który miał odwagę powiedzieć stanowcze nie faszystowskiemu reżimowi Mussoliniego i opuścić na zawsze ojczyznę, aby umrzeć za oceanem.
Parma jednak coraz częściej kojarzy się, nie tylko zresztą Polakom z delikatnymi płatkami aromatycznej prosciutto di Parma, szynki parmeńskiej czy serem Parmiggiano reggiano. I słusznie, gdyż może się poszczycić wyjątkowymi tradycjami kulinarnymi. W 2015 r. została uznana za Miasto Kreatywne UNESCO w dziedzinie Gastronomii. Program Sieci Miast Kreatywnych UNESCO został utworzony w 2004 r., aby wspierać współpracę miast, które uznają kreatywność i rozwój przemysłów kulturalnych jako strategiczny czynnik zrównoważonego rozwoju. Obejmuje siedem dziedzin kreatywności: literatura, muzyka, film, rzemiosło artystyczne i sztuka ludowa, wzornictwo, gastronomia oraz sztuka mediów. Sieć zrzesza teraz 350 miast reprezentujących różne pola aktywności kulturalnej. Kreatywność Parmy została nagrodzona, gdyż jej władze potrafiły zręcznie wzmocnić promocję swoich topowych produktów poprzez stworzenie w jej okolicach sieci muzeów żywności - Musei del Cibo. Oto ich mapa:
Jak widać, placówek jest w sumie osiem i bohaterem każdej z nich jest inny, wybitnej jakości produkt regionu.
Warto zacząć od tego najbardziej oczywistego, czyli Museo del Parmigiano-Reggiano, zorganizowanego w dawnej siedzibie zakładu mleczarskiego Meli-Lupi w miejscowości Soragna. Dzięki interaktywnej ekspozycji turysta poznaje cały proces produkcji parmezanu począwszy od transportu mleka z obory do gotowej formy, już po sezonowaniu, a przy okazji degustuje.
Następne na liście must see jest Museo del Prosciutto e dei salumi di Parma, muzeum szynki i wędlin parmeńskich w miejscowości Langhirano. Podobnie jak w przypadku poprzedniej ekspozycji - również tutaj postawiono na "żywe' doświadczenie łączące nowocześnie podaną informację z opcją smakowania.
W malowniczym miasteczku Felino znajduje się Muzeum salami z Felino, Museo del Salame di Felino, gdzie od wejścia zmysł węchu kuszony jest zapachem tej wędliny, a szlak zwiedzania przybliża ewolucję technik produkcji od pierwszych, prostych narzędzi po super nowoczesne urządzenia wykorzystywane współcześnie.
A skoro jesteśmy przy wędlinach, nie można pominąć Museo del Culatello di Zibello poświęconego bodaj najszlachetniejszej i najdroższej z włoskich szynek, delikatnej, aromatycznej, wręcz rozpływającej się w ustach. Culatello otrzymuje się z udźca dorosłej świni, udziec jest następnie pozbawiony kości, oskórowany i krojony w celu uzyskania tradycyjnego kształtu gruszki. Culatello jest następnie solone, mięso jest masowane, aby zapewnić równomierne solenie, Culatello jest następnie pakowane w worki, ręcznie wiązane i dojrzewa w specjalnych miejscach (zazwyczaj w starych piwnicach) przez około 12 miesięcy.
Bez wątpienia wyjątkowo ciekawe jest Muzeum Pomidora, Museo del Pomodoro, warzywa, które co prawda przywędrowało na włoską ziemię z Ameryki, ale właśnie dzięki żyznym glebom okolic Parmy zaczęło być z powodzeniem uprawiane już od II poł. XIX w. Wystawa w miejscowości Colecchio (Corte di Giarola) opowiada historię pomidora w Europie i na Półwyspie Apenińskim.
Tuż obok muzeum pomidora mieści się Museo della Pasta, Muzeum Makaronu, którego narracja w umiejętny sposób łączy dwie sfery: produkcji domowej i na skalę przemysłową zachwycając inwencją i zdumiewając liczbą typów makaronów, jakie oferuje Bel Paese. Bo przecież na spaghetti, świderkach, rurkach czy muszelkach albo lasagniach świat się nie kończy.
Amatorzy trunków zachwyceni będą wyprawą do Museo del vino, zwłaszcza, że umiejscowiono je w piwnicach XV-w. fortecy, Rocca San Vitale w Sala Baganza, miejscowości znajdującej się w sercu terenów od wieków związanych z kulturą winiarską. Stąd ekspozycja łączy wątki archeologiczne, geograficzne, biologiczne z gastronomią. W tym przypadku degustacja jest po prostu obowiązkowa!
Na koniec warto polecić też Museo del Fungo del Borgotaro - podzielone między dwie siedziby w Borgo Val di Taro i Albareto, dwóch z ośmiu miejscowościach, na których obszarze zbierany jest i przetwarzany prawdzwek Fungo Porcino di Borgotaro IGP. Oznaczenie IGP jest przypisywane przez Unię Europejską tym produktom rolnym lub spożywczym, których jakość, renoma lub inna charakterystyczna cecha zależy od pochodzenia geograficznego i których produkcja oraz przetwarzanie odbywa się na określonym terytorium. Do uzyskania znaku IGP wystarczy, aby jeden etap procesu produkcji odbywał się na obszarze geograficznym, do którego dany produkt jest przypisany. Przy okazji - dla osób znających włoski i lubiących gotować - na stronie konsorcjum Fungo Porcino di Borgotaro znajdziecie aż 58 przepisów kulinarnych: https://www.fungodiborgotaro.com/ricette.php
Parmeńskie Musei del Cibo pobiły w mijającym, 2023 r. swój frekwencyjny rekord przyjmując 10 tys. zwiedzających.
Muzea Żywności otwarte są jedynie w soboty i niedziele w okresie od marca do pierwszego weekendu grudnia. Zainteresowani zwiedzeniem wszystkich placówek mogą nabyć jeden bilet w cenie 15 euro ważny cały rok https://www.museidelcibo.it/en/ Bardzo Was namawiam na tę wycieczkę.
(Zdjęcia: Musei del Cibo, FB, L.Rossi oraz konsrocjum Consorzio Fungo del Borgotaro FB).
Jest patronem garbarzy (!), rzeźników, introligatorów, szewców, krawców, tynkarzy i pszczelarzy. Święty Bartłomiej, jeden z dwunastu Apostołów Jezusa zginął śmiercią wyjątkowo okrutną - został żywcem odarty ze skóry. Skromny i pobożny syn rybaka, najbardziej bodaj zasłuchany w nauki swego Mistrza. Pięknie pisał o nim Piotr Skarga w "Żywotach Świętych Pańskich na wszystkie dnie roku": miał czyste, szczere serce, wolne od fałszu i obłudy. Bartłomiej był świadkiem większości cudów Chrystusa, Jego śmierci, po której spędził trzy dni w pełnej rozpaczy samotności, ale też zmartwychwstania. Po wniebowzięciu Chrystusa kontynuował misję ewangelizacyjną docierajac do Indii, Etiopii, Arabii Saudyjskiej, Mezopotamii i Armenii, gdzie został bestialsko zamordowany. Dlatego przestawiany jest często ze ściągniętą z niego skórą tak, jak na marmurowej rzeźbie w mediolańskiej katedrze.
Usytuowana w prawej części transeptu, nie zawsze jest dostrzegana - wszak Duomo, piąta co do wielkości gotycka katedra na świecie, zbudowana z cegły i różowego marmuru olśniewa począwszy od swojej "koronkowej" fasady... Figura autorstwa Marco d'Agrate ma ponad 450 lat. Przedstawia postać Bartłomieja, która na pierwszy rzut oka zdaje się mieć przerzucony wokół ciała płaszcz. Tymczasem są to... kawałki skóry, z której został odarty. Pod nią widać po mistrzowsku oddane, gdyż ze znakomitą znajomością anatomii - mięśnie i żyły - to prawdziwe studium ludzkiego ciała, którym tak interesowali się ludzie renesansu. Być może artysta znał słynny traktat o anatomii Andreasa Vesaliusa, który ukazał się w Wenecji w 1553 r., skoro rzeźba powstała dziewięc lat wcześniej?
Jednocześnie rzeźba jest swoistym credo poprzez ukazanie męczeństwa ucznia Chrystusa, który życie oddał za głoszenie wiary. Stąd przedstawienie Bartłomieja nie jako pokonanego, złamanego bólem, wycieńczonego. Podczas gdy jego twarz nosi znamiona cierpienia, oczy spoglądają gdzieś w dal, w nadziei na życie wieczne? Również postawa stojąca, przywodząca na myśl właśnie antyczne rzeźby symbolizuje potęgę religii pozwalającej z godnością znieść największą torturę.
Stojąca w transepcie rzeźba jest najsłynniejszym dziełem Marco d'Agrate. Napis wyryty na postumencie głosi: Non mi fece Prassitele, bensì Marco d’Agrate: nie wyrzeźbił mnie Praksyteles, ale Marco d'Agrate. Zważywszy, że Praksyteles z Aten działał między 380 a 330 r. p.n.e. i był jednym z największych rzeźbiarzy starożytnej Grecji, autorem "pięknych bogów" - włoski artysta nie grzeszył skromnością. Bliską horroru wizję św. Bartłomieja - w postaci samej zdjętej z niego skóry umieścił Michał Anioł na swoim Sądzie Ostatecznym w Kaplicy Sykstyńskiej w roku 1564 r.
Stojąca w transepcie rzeźba jest najsłynniejszym dziełem Marco d'Agrate. Napis wyryty na postumencie głosi: Non mi fece Prassitele, bensì Marco d’Agrate: nie wyrzeźbił mnie Praksyteles, ale Marco d'Agrate. Zważywszy, że Praksyteles z Aten działał między 380 a 330 r. p.n.e. i był jednym z największych rzeźbiarzy starożytnej Grecji, autorem "pięknych bogów" - włoski artysta nie grzeszył skromnością. Bliską horroru wizję św. Bartłomieja - w postaci samej zdjętej z niego skóry umieścił Michał Anioł na swoim Sądzie Ostatecznym w Kaplicy Sykstyńskiej w roku 1564 r.
Płynę wąskimi kanałami co raz schylając głowę pod ceglanym mosteczkiem. Białą, zwykłą pychówką kieruje sterując łódź wiosłem na stojąco starszy pan w czapeczce, a nie gondolier. Bo to nie Wenecja, a „stolica delty Padu”, czyli umiejscowione u ujścia najdłuższej rzeki Italii, Comacchio. Zwane jest również „małą Wenecją” ze względu na malownicze położenie na wg lokalnej legendy 13 wysepkach i rozległe laguny. Właśnie wróciłam z rejsu po nich niewielkim, spacerowym, stareńkim acz podrasowanym stateczkiem, który meandrował korytarzami wodnymi pośród bujnie rozrosłej roślinności – szczątki drewnianych chat przypominały o pradawnej tradycji rybołówstwa.
Cisza, spokój, jakże miły brak tłumów i piętrowych wycieczkowców atakujących Canal Grande w prawdziwej Wenecji! Przepływam pod Trepponti, pięciodrożnym mostem, gdyż pod spodem spotyka się pięć kanałów. Pełen ramp schodów i wieżyczek stanowi fotogeniczną atrakcję turystyczną. Zwłaszcza świąteczną porą, gdy pod łukiem mostu zadomowiła się szopka. Nocą pięknie oświetlona, co pokazuje zdjęcie otwierające tego posta. To nietypowy, ale piękny czas na podróż do Comacchio i innych, ciekawych miejsc w Emilii-Romanii. Jeśli nie macie w planie podróży w realu, zajrzyjcie do najnowszego, styczniowego numeru National Geographic Traveler i przeczytajcie mój artykuł o tym włoskim regionie, Oby był inspiracją do Waszej kolejnej wyprawy do Italii.
(Zdjęcia https://www.facebook.com/ferraraturismo/)
(Zdjęcia https://www.facebook.com/ferraraturismo/)
Prokurator Elena Guerra jest młoda i piękna. W dodatku waleczna jakby nazwisko "Wojna" zobowiązywało ją do wyjątkowej służby w imię sprawiedliwości. Zatrudniona w Prokuraturze w Mantui, renesansowym mieście w Lombardii figurującym na Liście Światowego Dziedzictwa UNESCO, doszła właśnie do momentu w życiu, kiedy wie, że nie tyle musi, co jest gotowa je zmienić, aby przenieść się z mężem za ocean. Nawet tajemnicze morderstwo 17-latki, znalezionej w średniowiecznym kanale Rio z raną w oku początkowo nie wpływa na zmianę jej decyzji wyjazdowych. Pewna informacja wywraca jednak do góry nogami nie tylko jej plany, ale całe dotychczasowe, a jak się okaże i przyszłe życie. Włoski "Proces" to doskonale skonstruowany thriller sądowy z 2019 r. w odcinkach, w reżyserii Alessandra Fabbri, wyprodukowany przez Mediaset i Lucky Red ze wsparciem Miasta Mantua, który można teraz obejrzeć na Netfliksie (również w języku oryginalnym!). W roli stawiającej wszystko na jedną kartę, nieprzejednanej, do bólu uczciwej prokurator Guerra - energiczna Vittoria Puccini, zdolna aktorka młodego pokolenia, główna odtwórczyni w kostiumowych serialach "Eliza z Rivombrozy" czy "Anna Karenina". Jej przeciwnikiem na sali sądowej jest Francesco Scianna doskonale wcielający się w postać adwokata Ruggera Barone, gotowego dla pieniędzy sprzedać duszę. Jest jeszcze oskarżona Linda Monaco z ustosunkowanej, mantuańskiej rodziny manipulującej śledztwem w sprawie zamordowanej nastolatki. Czy rzeczywiście jest winna? Kreowana przez eteryczną aktorkę Camillę Filippi (znaną mi z przeuroczego serialu dla nastolatków "Compagni di scuola" - niestety żadna nasza telewizja nigdy go nie kupiła, a szkoda!) od początku wzbudza współczucie i wątpliwości. Mocną stroną filmu jest fakt, że lokowanie dwóch produktów jakimi są Mantua i manierystyczny Palazzo Te wzniesiony za panowania Gonzagów nie jest nachalne, ale nieliczne ujęcia są wysokiej próby dyskretną reklamą turystycznych walorów tych miejsc. Bardzo namawiam wszystkich do obejrzenia filmu obfitującego w niespodziewane zwroty akcji i zaskakującego finałem. Buona visione!
Na rynku mamy prawdziwy wysyp książek o Toskanii. Przewodników i beletrystyki. Z tych pierwszych bez wątpienia numerem jeden jest "Toskania" Ewy Klajbor, licencjonowanej przewodniczki po Pizie i Volterrze z przyległościami, ale też historyka sztuki (nie napiszę historyczki, bo brzmi jak histeryczki, a moim zdaniem nie musimy walczyć o prawa kobiet na siłę kalecząc polszczyznę poprzez tworzenie potworków językowych).
Co do beletrystyki - do tej pory żadna książka nie wzbudziła we mnie specjalnych emocji."Pod słońcem Toskanii" jest po prostu przereklamowane. Jednak nadal sięgam po kolejne pozycje, które pojawiają się w naszych księgarniach, a moim ostatnim wyborem jest "Toskania.W cieniu Amiaty" Elżbiety Sęczykowskiej. Pierwsza rzecz - mam zastrzeżenia do Wydawnictwa, że na okładce nie ma ani słowa o Autorce, kim jest, co robi. Szkoda, bo włożyła w napisanie powieści sporo czasu i trudu. Już choćby za to należy jej się szacunek w postaci choćby kilku zdań. Podwójnie szkoda,gdyż jest to prawdziwa znawczyni sztuki, pracująca w jakże zacnych instytucjach (Muzeum Narodowe, Fundacja Mecenat Sztuki, Fundacja Kultura Memoriae, której jest wiceprezesem!). Warto pochwalić się posiadaniem Autora z takim dorobkiem!
Dobrze, że chociaż zamieszczono Jej nazwisko na okładce! Są Wydawnictwa, które tego nie robią - "bo mają taką koncepcję graficzną". Brednie! Wracam jednak do książki, bo już od pierwszych stron wywołała we mnie emocje. Skrajne, a to dobrze, bo znaczy, że pozostanie w pamięci, a nie "przeleciana" dołączy do jakże znacznego grona szybko zapomnianych. Chwilami denerwowała polska polityka wyskakująca nagle z kart książki. Z drugiej strony jednak, również dlatego, że przedstawione zostały różne racje i poglądy, pozwoliło to na wprowadzenie określonego klimatu, osadzenie czytelnika w konkretnym czasie. Nie ma też na szczęście wszechobecnej teraz przy występowaniu tematów politycznych, napastliwości i hejtu, a tylko drobne, znośne w miarę uszczypliwości pod adresem jednej strony. Pisarz ma do tego prawo!
Urzekł mnie piękny język (oprócz "p...nia" pojawiającego się w dialogach, ale niestety tak się teraz mówi, więc Autorka trzyma się realiów i jest baczną obserwatorką) - Elżbieta Sęczykowska potrafi bawić się słowem, a w opisach jest wręcz malarska: " wulkan, biały od śniegu, spowity lekką mgłą, pozostający w kontraście do tej świeżej, młodej zieleni pól otoczonych palisadą strzelistych cyprysów, kakby broniących dostępu do tego niezwykłego świata". Zręcznie napisana jest syntetyczna historia Toskanii w pigułce, ciekawie, bo nierzadko w formie dialogu snute są opowieści o Leonardo da Vincim i Michale Aniele wychodzące poza encyklopedyczną wiedzę, nasycone ciekawostkami, niekiedy pikantnymi, co dodaje narracji rumieńców. Wybór na miejsce akcji okolic wulkanu Amiata jest godny pochwały, bo pokazuje okolice (szkoda tylko, że bardzo wycinkowo) poza głównym, turystycznym traktem. Pomimo tego nie nazwałabym książki zbeletryzowanym przewodnikiem po Toskanii, gdyż jest jej tu zdecydowanie za mało i jest potraktowana zbyt powierzchownie: bohaterowie raczej przebiegają niż zwiedzają sztandarowe zabytki Florencji, kąpią się w Termach Saturnia - doprecyzujmy, w ich wydaniu "na dziko", bezpłatnym, bo w pobliżu działa luksusowy ośrodek o tej nazwie (oczywiście dla posiadaczy grubego portfela), pobieżnie omawiają okolice Amiaty, zaglądają do Muzeum Etruskiego Guarnacci w Volterrze. Bardzo brakuje mi w tym miejscu zarówno komentarza do wspomnianego zaledwie, najsłynniejszego sarkofagu przedstawiającego parę małżonków - bo jakże oni na siebie patrzą - z miłością czy raczej nienawiścią? Taki komentarz od historyka sztuki jakim jest Autorka byłby cenny.
Nie ma też wrażeń, gdy podjeżdża się szosą pod Volterrę. Kto był - wie, o czym piszę...
Natomiast zdecydowanie jest to przewodnik dla... sybarytów. Liczne posiady bohaterów w międzynarodowym gronie przy zastawionym suto stole pełnym lokalnych potraw i toskańskiego wina, znajomość najlepszych, regionalnych trunków i produktów, ale też obyczajów sprawiają, że ma się ochotę wszystko rzucić, wsiadać w samolot, samochód, pociąg, cokolwiek i pędzić, lecieć, pędzić do Włoch, aby zaznać podobnych przyjemności. Autorka całą sobą kocha Italię, zachwyca się jej klimatem, kuchnią, przyrodą, kulturą, na szczęście niebezkrytycznie, co też stanowi o wartości tej pozycji. Najmniej zaciekawiła mnie natomiast sama akcja skoncentrowana wokół perypetii uczuciowych niepoukładanej życiowo Kingi (zgadzam się z Trudi Canavan: Nie można zmusić serca by wybierało rozsądnie. Samo podejmuje decyzje). Stanowią one wyraźny, ale domyślam się z premedytacją stworzony dysonans w stosunku do wielowymiarowego piękna Toskanii, która jest tu dla wszystkich bohaterów odskocznią, lekiem na całe zło. Za dużo było też, jakże poprawnej teraz politycznie tematyki LGB (bez T+), zwłaszcza, że jak słusznie zauważyła Elżbieta Sęczykowska, Włochy to jednak nadal tradycyjny kraj. Przyznać natomiast muszę, że problem miłości kobiet do kobiet został przedstawiony bardzo ciekawie i z dużą kulturą, tylko, czy akurat w takiej książce jest na to miejsce w takim wymiarze?
Pojawiły się nieścisłości, bo mamidło to nie to samo co monidło, ale takie "kwiatki", wynikłe raczej z pośpiechu niż niewiedzy powinna poprawić Redakcja. Warto też przed publikacją sprawdzić właściwą pisownię włoskich słów, jeżeli się je stosuje w tekście: "(...)z chłopcami z sąsiedniej scuole". Rzeczownik scuola został tu użyty w liczbie mnogiej, podczas, gdy kontekst zdania narzuca liczbę pojedynczą. Z kolei opis wycieczki na (rzymskiej!) via Appia dowodzi, że Autorka nie przeszła opisywanego odcinka, bo akurat na nim rzeczone grobowce znajdują się nie na powierzchni, ale pod ziemią, w katakumbach :) Są to irytujące mnie osobiście szczegóły, ale książkę raz jeszcze chwalę za magiczną wręcz zdolność przeniesienia odbiorcy do otulonego słońcem Bel Paese. Polecam zwłaszcza osobom wybierającym się do Italii po raz pierwszy. Stali bywalcy mogą być kapkę rozczarowani, bo wnosi jednak mało nowości, operując głównie wiedzą powszechnie znaną, jednak ujętą w bardzo zgrabny, przyjemny dla odbiorcy zwłaszcza zimową porą, sposób.
Asyż świętuje 800 lat od powstania pierwszej żywej szopki. Autorem był św. Franciszek
Atrakcje Włoch 02:43
Szopka z Greccio, którą zamieściłam na początku tego posta to trzynasta z dwudziestuośmiu scen cyklu fresków "Legendy o św. Franciszku" w górnym kościele Bazyliki Papieskiej św. Franciszka z Asyżu, wpisanej w 2000 r. (wraz z klasztorem) na Listę UNESCO. Przypisywane są włoskiemu malarzowi i architektowi, a zarazem tercjarzowi franciszkańskiemu Giotto del Bondone (zm. 1337 r.) - choć kwestia autorstwa nadal dzieli środowisko historyków sztuki. Scena 13. opowiada o tym, jak "Biedaczyna" stworzył pierwszą na świecie żywą szopkę w wiosce Greccio nieopodal miasta Rieti. Zgodnie z hagiograficznym przekazem św. Franciszek w Wigilię Bożego Narodzenia 1223 r. przebywający akurat w Greccio poprosił, aby dla uczczenia przyjścia na świat Chrystusa odtworzyć betlejemską stajenkę z siankiem, wołem i osłem. W momencie, gdy się modlił podczas Mszy św., jeden z obecnych przy tym rycerzy dostrzegł w stajence prawdziwe dziecko, które św. Franciszek podniósł i trzymał w ramionach. Giotto przedstawia dokładnie ten moment z opowieści. I choć szopki zaczęto urządzać w kościołach znacznie później, to właśnie data 1223 r. przyjęta została za początek tej pięknej tradycji. W tym roku Asyż świętuje uroczyście 800 lat od tego wydarzenia.
Kalendarz imprez rozpoczną iluminacje i prezentacje szopek w różnych punktach miasta.
Już 1 grudnia tysiącami lampek rozbłyśnie centrum historyczne miasta, dzień później o godz. 16.30 zapłoną lampki na gigantycznej choince na Piazza del Comune, czyli na Placu Ratuszowym. 2 grudnia będzie tu można posłuchać koncertu gospel w wykonaniu "Virginia State Gospel Choir" - jednego z najlepszych chórów amerykańskich wykonujących ten rodzaj muzyki. Koncert jest bezpłatny i odbędzie się przed fasadą kościoła Santa Maria Sopra Minerva. 6 grudnia na tym placu i w innych punktach miasta zjawi się Befana, włoska czarownica przynosząca tego dnia dzieciom łakocie. Na Piazza del Comune zjedzie z wieży Torre del Popolo z worem pełnym cukierków dla milusińskich.
W znajdującym się przy nim budynku Palazzo del Capitano del Popolo będzie można podziwiać prawdziwą szopkę neapolitańską w dniach 8 grudnia - 7 stycznia, a na samym Piazza del Comune między 16 grudnia a 6 stycznia stanie cała "galeria" szopek - lokalnych i z Greccio. 3 grudnia - "zapłonie" drzewko przed kościołem Santa Maria degli Angeli, Bazyliką Patriarchalną Matki Bożej Anielskiej, która w swoich przestronnych wnętrzach kryje kolebkę ruchu franciszkańskiego, Porcjunkulę. Od tego samego dnia do 7 stycznia w chiostro tego kościoła - wystawa szopek ze świata.
Przed tą świątynią, na Piazza Garibaldi, Placu Garibaldiego odbędzie się Jarmark świąteczny między 8 a 17 grudnia br. Wcześniej jednak bo już 1 grudnia rusza Jarmark świąteczny na Piazza Santa Chiara, Placu św. Klary - w krypcie stojącej przy nim bazyliki pw świętej znajduje się jej zabalsamowane ciało. Na placach przed górnym i dolnym kościołem Bazyliki św. Franciszka również staną szopki, które podziwać będzie można od 8 grudnia do 7 stycznia. Na szczególną uwagę zasługuje zapewne Szopka z piasku z Jesolo na dolnym placu. Do stworzenia tego dzieła potrzeba 20 kwintali piasku, a tak wyglądają prace przygotowawcze:
Stary Rok zostanie pożegnany podczas zabawy sylwestrowej 31 grudnia na Piazza del Comune. To tylko część z bardzo bogatego programu obchodów, który można pobrać pod tym linkiem https://www.nataleassisi.it/evento/accensione-albero-di-alberi-a-santa-maria-degli-angeli/
Przy okazji przypominam, że Asyż stanął w szranki w rywalizacji o tytuł Włoskiej Stolicy Kultury 2025:
(Źródło i zdjęcia nataleassisi.it)
Zapraszam do współpracy hotele, firmy i osoby prywatne pragnące pokazać Warszawę w przystępny, a zarazem fascynujący sposób. Urodziłam się w tym mieście i mam je w genach. Kocham każdy jego plac, ulicę i zaułek. Opracowane przeze mnie trasy zwiedzania są niebanalne, dostosowane do zainteresowań mieszkańców Półwyspu Apenińskiego - stąd propozycja szlaku śladami Canaletta. Mam w zanadrzu propozycje dla różnych grup wiekowych, w tym rodzin z dziecmi i osób starszych. Tempo i narrację dostosowuję do możliwości Grupy :) Ponieważ prowadzę działalnośc gospodarczą - wystawiam faktury :) Zapraszam do kontaktu.
Najbliższy nam geograficznie włoski region Friuli Wenecja Julijska chce zachęcić do zimowego szaleństwa oferując atrakcyjne zniżki. Sezon zimowy rusza oficjalnie w weekend 2-3 grudnia w Sella Nevea, zaś od 8 grudnia w innych ośrodkach terytorium. W tym roku amatorzy desek, którzy nie przekroczyli dwudziestego roku życia zapłacą tylko 10 euro za dzień na stoku. Dzieciaczki do 6 lat będą szusować gratis. Koszt dziennego skipasu to 44 euro w wysokim sezonie, natomiast jego cena spadnie do 31 euro w okresach 8-17 grudnia i od 18 marca do finału sezonu. Powyższy cennik obowiązuje w ośrodkach zarządzanych przez PromoTurismoFvg (Piancavallo, Sappada/Forni Avoltri, Forni di Sopra/Sauris, Ravascletto/Zoncolan, Tarvisio e Sella Nevea), natomiast jeszcze bardziej konkurencyjnych opłat należy się spodziewać wybierając stoki Sauris i Pradibosco. Ponadto w ośrodkach Piancavallo, Tarvisio, Ravascletto/Zoncolan i Sella Nevea zamontowano automatyczne kasy biletowe, co wyeliminuje konieczność kolejkowania (Źródło: Turismo Italia News,zdjęcie FVG FB)
Na początku był... Dardanos, w mitologii greckiej i rzymskiej król Dardanii, syn etruskiego władcy Korytosa i protoplasta Trojan. Jemu dzieje bajeczne przypisują ufundowanie miasta na osiem wieków (!) przed powstaniem Rzymu i postawienie świątyni na cześć Minerwy, bogini mądrości, sztuki i rzemiosł (jej grecką odpowiedniczką była Atena). Pozostałością po antycznej budowli jest fasada kościoła Najświętszej Marii Panny nad Minerwą na głównym placu historycznej części Asyżu, czyli Piazza del Comune, który w czasach rzymskich również pełnił funkcję forum.
Pliniusz Starszy 23-79 r n.e.), nim zginął podczas najsłynniejszej erupcji Wezuwiusza w 79 r. n.e., zdążył opisać w swoim epokowym, 37 -tomowym dziele "Historia naturalna" asisinates jako należących do Umbrów, jeden z najstarszych ludów Italii. Miasto podbite następnie przez Etrusków, stało się potem ważnym, rzymskim municipium. I to z tego okresu pochodzi zarówno wspomniana w legendzie świątynia Minerwy, przerobiona z polecenia papieża Pawła III na świątynię katolicką w XVI w., jak i pozostałości amfiteatru z I w n.e. Podczas gdy jednak sześć strzelistych, rewelacyjnie zachowanych żłobkowanych kolumn zwieńczonych korynckimi kapitelami, podtrzymujących architraw i tympanon kościoła podziwiają dzień w dzień tysiące turystów, amfiteatr leży poza trasami, jakimi przewodnicy prowadzą wycieczki.
Przy czym jedna, istotna uwaga - właściwie amfiteatru samego już nie ma, ale został zapamiętany w murach, jakie wykorzystane zostały do wzniesienia domów i elipsoidalnej formie budownictwa okalającego dawną arenę. W ten sposób na planie dawnej budowli powstała w średniowieczu nowa dzielnica.
Jej sercem jest dawna arena - dziś ogród okolony wysokim murem. Nie znalazłam informacji, czy i jakie spektakle się tu odbywały. Prawdopodobnie na arenie walczyli ze sobą gladiatorzy. Być może musieli też stawiać czoło dzikim bestiom? Natomiast raczej nie organizowano w tym miejscu naumachii, widowisk przedstawiających bitwę morską tak jak w rzymskim Koloseum. Mury i źródła milczą na ten temat, ale ja lubię sobie puścić wodze wyobraźni ilekroć zapuszczam się w te okolice.
Zainteresowanych odkrywaniem mniej znanego Asyżu zachęcam do odwiedzenia tego zakątka.
Znajduje się w dzielnicy Porta Perlici,w sąsiedztwie drogi prowadzącej do franciszkanskiego eremu Carceri.
"Około 130 milionów lat temu dwie gwiazdy neutronowe znalazły się w wyniku emisji fal grawitacyjnych w odległości około 300 km od siebie, ciągle zwiększając swoją szybkość i nadal zbliżając się do siebie. Taki ruch odkształcał czasoprzestrzeń w sąsiedztwie gwiazd, uwalniając — jeszcze zanim gwiazdy zderzyły się ze sobą — coraz więcej energii w postaci fal grawitacyjnych.
W momencie zderzenia materia obu gwiazd połączyła się w jeden ultra-gęsty i gorący obiekt emitując ,,ognistą kulę” (“fireball”) promieniowania gamma. Rejestracja czasu nadejścia tego promieniowania w porównaniu z czasem detekcji zderzenia gwiazd w falach grawitacyjnych potwierdziła inne przewidywanie ogólnej teorii grawitacji Einsteina mówiące, że fale grawitacyjne propagują się z prędkością światła". W październiku 2017 r. o raz pierwszy naukowcy bezpośrednio zarejestrowali fale grawitacyjne — ,,zmarszczki’’ w czasoprzestrzeni — oraz, jednocześnie, fotony o różnych energiach pochodzące ze zderzenia się gwiazd neutronowych. To pierwsza w historii równoczesna detekcja fal grawitacyjnych i światła pochodzącego z tego samego kosmicznego kataklizmu".
Odkrycia dokonało amerykańskie laserowe interferometryczne obserwatorium fal grawitacyjnych LIGO, europejskie laserowe interferometryczne obserwatorium fal grawitacyjnych Virgo, oraz około 70 obserwatoriów naziemnych i kosmicznych.
Zdaniem badaczy z grupy Applied Physics obserwatoria służące do wychwytywania i badania fal grawitacyjnych mogą także zająć się poszukiwaniem śladów pozaziemskich cywilizacji, podróżujących za pomocą technologii przyspieszenia ponadświetlnego, jak znany ze „Star Trecka” napęd warp.
W lecie tego roku miałam okazję zwiedzać Virgo - jedyne na naszym kontynencie Europejskie Observatorium Fal Grawitacyjnych, gdzie badane są głosy z kosmosu. Dwa ramiona placówki badawczej o długości 3 km każde umiejscowione są dokładnie pośród toskańskich pól pomiędzy Casciną a Pizą. Zainstalowane w nich najnowocześniejsze technologicznie instrumentarium pozwala na stałe monitorowanie sygnałów z kosmosu. Obserwatorium powstało w latach 90. XX w. i można je obejrzeć bezpłatnie uprzednio się umawiając: https://www.ego-gw.it/visit-us/guided-tour/ To jedna z trzech tego typu placówek na świecie.
Projekt Virgo to ponad 280 fizyków i inżynierów należących do 20 różnych europejskich grup badawczych: sześć grup reprezentuje Centre National de la Recherche Scientifique (CNRS) we Francji; osiem z Istituto Nazionale di Fisica Nucleare (INFN) we Włoszech; dwie z Holandii (razem z instytutem Nikhef); grupa MTA Wigner RCP na Węgrzech; grupa POLGRAW w Polsce; zespół z hiszpańskiego Uniwersytetu w Walencji oraz konsorcjum EGO nadzorujące detektor Advanced Virgo ulokowany niedaleko Pizy we Włoszech, finansowane przez CNRS, INFN i Nikhef.
Virgo to jedno z miejsc, które polecam do odwiedzenia w Toskanii już najbliższej wiosny w najnowszym wydaniu National Geographic Traveler. Zachęcam do lektury.
Źródła: Cytaty za: NCBJ Świerk https://www.ncbj.gov.pl/aktualnosci/ligo-virgo-rejestruja-pierwsze-historii-fale-grawitacyjne-ukladu-podwojnego-gwiazd, Przystanek nauka https://przystaneknauka.us.edu.pl/artykul/ligo-i-virgo-w-poszukiwaniu-pozaziemskich-inteligencji Zdjęcie z lotu ptaka Virgo: https://www.facebook.com/EGOVirgoCollaboration/
Dawno, dawno temu Lessinia, najpiękniejsza z księżniczek Królestwa Alp zakochała się w księciu Baldo, który miał oczy tak błękitne jak wody jeziora Garda. Ze związku tych dwojga narodziły się dzieci - trzy doliny: Valpolicella, Valpantena i Val d'Illasi. Baldo i Lessinii nie dane było jednak żyć długo i szczęśliwie, gdyż rozdzieliły ich na zawsze zazdrosne siostry...
Legendarny Baldo to masyw położony w przedalpejskim paśmie Prealpi Gardesiane, jak sama nazwa wskazuje nad jeziorem Garda. Zbudowany w większości ze skał wapiennych i dolomitowych, a więc łatwo ulegających erozji wznosi się na maksymalną wysokość 2218 m n.p.m. Sama nazwa odnotowana już w XII-w. annałach wywodzi się prawdopodobnie od średniowiecznego, niemieckiego bald - 'las'. Od XV w. natomiast Monte Baldo stało się celem turystyki przede wszystkim przyrodniczej i nadal zachwyca amatorów natury, w tym mnie, która "zdobyła" ten masyw stosunkowo niedawno, a w ubiegłym miesiącu zawiozła na szczyt grupę entuzjastów północnych Włoch. Byli pod wrażeniem, zwłaszcza, że nie musieli się wspinać, tylko do góry wyniosła ich kolejka.
Nasz punkt startowy znajdował się na stacji początkowej w miejscowości Malcesine nad jez. Garda https://funiviedelbaldo.it/en/funivie-del-baldo-5/ Zbudowana ze stali, szkła, aluminium i skał zaskoczyła mnie nowoczesnością formy dobrze jednak komponującej się z otaczającą budynek naturą. Podniebna podróż odbywa się w dwóch etapach. Najpierw do stacji pośredniej, S. Michele (długość odcinka 1512 m, różnica poziomów - 463 m) sunie się po kablu wagonikiem mogącym unieść do 45 osób przez ok. 3 minuty. Następnie obrotową, panoramiczną kabiną na górę (długość odcinka 2813 m, różnica poziomów - 1187 m.).
Ten drugi odcinek trwa aż 10 minut, ale biegną one bardzo szybko, gdyż widoki za oknami zapierają dech w piersiach, zwłaszcza, że kabina robi w tym czasie pełen obrót, zupełnie niewyczuwalny https://www.youtube.com/watch?v=ftF3k4Amwvg Te kilkanaście minut lotu oznacza nie tylko radykalną zmianę wysokości, co sygnalizują zatykające się uszy. W tym krótkim czasie odbywa się podróż przez różne strefy klimatyczne - od śródziemnomorskiego nad jez. Garda, gdzie rosną cytrusy, poprzez przedalpejski na zboczach porośniętych lasem aż po alpejski ze znacznie uboższą wegetacją. Wiążą się z tym również niekiedy znaczące róznice temperatur między dołem a górą, czego sama doświadczyłam - między obydwoma zamieszczonymi poniżej zdjęciami są tylko dwie godziny różnicy:
Uczciwie nuszę wskazać i minusy. Niestety turystów "dopycha" się w wagonikach maksymalnie, a zatem ci, co znajdą się w ich centrum mają mniejsze szanse na oglądanie czy fotografowanie. Rozczarowały mnie też brudne szyby - może dlatego, że było już po sezonie, ale mimo późnopaździernikowej pory chętnych nie brakowało i wszyscy w czasie "lotu" czuliśmy się niczym sardynki w puszce! Na szczęście wracając z Monte Baldo, bogatsi w doświadczenia - moi wycieczkowicze potrafili zająć odpowiednie miejsca w wagoniku, a więc tuż przy oknach.
Samo Monte Baldo oferuje szereg atrakcji, zarówno dla "ceprów", którzy mogą osiąść w jednej z dwóch restauracyjek, jak i amatorów zdjęć z krajobrazami zapierającymi dech w piersi: z jednej strony na jzioro Garda, zaś z drugiej na przedalpejskie masywy z górną stacją kolejki na pierwszym planie:
Ta górna stacja kolejki jest doskonałym punktem startowym do wycieczek w góry - stąd startują w kilku kierunkach kilometry dobrze oznakowanych szlaków.
Oto mapa szlaków prowadzących na stronę jez. Garda:
Poniżej natomiast trasy prowadzące wgłąb masywów regionu Wenecji Euganejskiej:
Można na nie wyruszyć w towarzystwie alpak hodowanych tu na wysokościach.
Moim zdaniem jako doświadczonej pilotki po Włoszech Monte Baldo stanowi kapitalną propozycję dla turystów zwiedzających okolice jeziora Garda. Biura podróży powinny włączyć tę atrakcję do swoich programów wycieczek objazdowych. Nawet, a może zwłaszcza przed albo po sezonie letnim. Sugeruję połączenie Monte Baldo z rejsem po jez. Garda z Malcesine do Limone (koszt 9 euro, czas ok. 20 minut).
Malcesine "z wody" prezentuje się wręcz zjawiskowo ze średniowiecznym zamkiem należącym ongiś do magnackiego rodu Scaligerich:
Meta na przeciwnym brzegu ma miejsce w Limone, którego nazwa bardzo słusznie kojarzy się z uprawą cytryn.
Te żółte, aromatyczne i kwaśne owoce przywieźli z Chin i Indii, gdzie znane już były wcześniej do Europy - Arabowie. Nad jez. Garda sprowadzili je zaś już w XIII w. ojcowie franciszkanie i odtąd stały się jednym z symboli tego akwenu, o czym opowiem wkrótce w kolejnych postach.




























































