Moby, naturalnie od słynnej powieści "Moby Dicka" Melville'a to nazwa firmy przewoźniczej, która obsługuje rejsy promowe pomiędzy Sardynią, Korsyką, Elbą i lądem stałym. Nowocześnie wyglądające, wielopiętrowe promy, opatrzone disneyowskimi fotosami, a przede wszystkim samego Moby, czyli błękitnego wielorybka, oferują na swoich pokładach basen z solarium, restauracje, bary, a nawet lodziarnię. W sezonie Moby ma pływać częściej (np. z Genui na Olbię nie tylko w dzień, ale również nocą) i szybciej. A także taniej - rejsy z Elby od 11 euro, z Korsyki 25 euro, a z Sardynii 32 euro. Więcej szczegółów, rozkład rejsów i cennik na stronie: www.mobylines.com (w pięciu wersjach językowych).
Muzea płatne dla wszystkich od 25. roku życia, ale wejścia gratis w każdą pierwszą niedzielę miesiąca - takie zmiany zapowiedział od 1 lipca br. Dario Franceschini, szef resortu Dóbr i Działalności Kulturalnej oraz Turystyki. Od tej daty zatem na darmowe bilety mogą liczyć młodzi do 18 lat oraz przedstawiciele wybranych kategorii zawodowych, w tym nauczyciele. Utrzymano zniżki dla osób, które nie przekroczyły 25 lat, natomiast zniesiono darmowe wstępy dla seniorów mających ponad 65 lat. Ci jednak będą mogli zwiedzać muzea bezpłatnie w każdą pierwszą niedzielę miesiąca, tak jak zgodnie z nowymi przepisami wszyscy pozostali. Kolejną nowością jest przepis, że dwa razy w roku wszystkie muzea i stacje archeologiczne będzie można zwiedzać za 1 euro. Jak również to, że w każdy piątek wielkie muzea jak Pompeje, Galeria Uffizi we Florencji czy rzymskie Koloseum będą otwarte do 22. (Źródło ENIT Warszawa)
Miałam pisać dziś zupełnie o czym innym, ale KLM zainspirował mnie do wspominek starszej daty aniżeli ostatnie wakacje. Od tej linii bowiem dostałam komunikat o tym, że holenderski przewoźnik na trasach z Amsterdamu na Karaiby będzie sobie latał na biopaliwie otrzymanym ze zużytych olejów spożywczych. Wybór padł na Arubę i Bonaire, gdzie ląduje KLM-owski Airbus 330-200, bo obie wyspy wchodzące w skład wulkanicznego archipelagu Małych Antyli objęte są programem zrównoważonego rozwoju. Zgodnie z nim mają być wolne od emisji dwutlenku węgla do 2020 r. Nazwa Aruba wyciąga zawsze jednak z szufladki mojej pamięci niczym z albumu kilka kadrów. Pierwszy to ten, gdy samolot, którym na tę wyspę leciałam wraz z wycieczką z biura Rainbow Tours (program udany, pilotka już mniej). Widok Karaibów zza chmur skojarzył mi się niemal z rajem. Jednak, gdy maszyna zniżała się do lądowania, przeżyłam coś w rodzaju rozczarowania, gdyż wyspę spowijał szaro-bury kokon mgły. Kolejne zaskoczenie - gdy już przebijaliśmy się autokarem przez ciasne uliczki stolicy, Oranjestadu, które okalały bajecznie kolorowe, nierzadko kiczowate domki będące w części podróbkami oryginalnej zabudowy kolonialnej. Bo położona tylko 24 km od wybrzeży Wenezueli, malutka (32x10 km) Aruba sama jest sobie sterem - blisko 30 lat temu oddzieliła się od Antyli Holenderskich, uzyskując Status Aparte. Ma więc własny system prawny, edukacji oraz walutę, zaś gubernator Królestwa Holandii, z którym jest stowarzyszona, zajmuje się kwestiami obronności i polityki zagranicznej.
Przybijające do wybrzeży Aruby wycieczkowce cumują przy wspomnianej, kolonialnej części wybrzeża - z dala od nowoczesnych wieżowców-mrowiskowców, wzniesionych przez światowe sieci hotelarskie, tak, aby nie zanieczyścić iście pocztówkowych, złotych, szerokich plaż (nota bene takie szerokie plaże są na Karaibach rzadkością - palmę pierwszeństwa dzierży w tym zakresie bodaj Dominikana).
Aby nie "skazić" raju, ale tego stworzonego przez człowieka, jaki w tak udany sposób wyśmiewa bardzo udana (choć nienowa) reklama Lavazzy: https://www.youtube.com/watch?v=XzadBByqiOE Taki raj komercyjny, w rzeczywistości z odpicowaną fasadą i brudem oraz ubóstwem od kuchni. Czy obecne programy ekologiczne pomogą tę kuchnię uporządkować? Więcej na temat mojej podróży po Karaibach w zakładce Podróże małe i duże.
Takie byłyśmy z Mariją 20 lat temu. Przede wszystkim o tyle młodsze, pełne nadziei i radości życia. Mimo wszystko. Marija dopiero co opuściła swoją ojczyznę, Jugosławię, która na jej oczach rozpadła się na części. I na naszych - wszystkich uczestników kursów włoskiego w Santa Margherita Ligure, którzy z tego raju na ziemi, w którym się znaleźliśmy, śledziliśmy z rosnącym niepokojem wydarzenia w kraju, nie tak przecież od nas odległym. Od samego początku czyli gorącego lata 1991 r., kiedy po raz pierwszy w tym tak bardzo multinarodowym składzie spotkaliśmy się w Santa. Były wśród nas zarówno wnuki włoskich emigrantów za chlebem osiadłych w Ameryce Południowej, ale i silna grupa arabska z Tunezji i Algierii, młodzież ze wszystkich chyba zakątków Europy. Była też Marija i jeszcze jeden kolega z Jugosławii. Na początku nie miało znaczenia, że ona jest Serbką, zaś on Chorwatem. Potem sytuacja diametralnie się zmieniła. Pamiętam jeden wieczór, gdy większość z nas szalała na dyskotece zorganizowanej spontanicznie w akademiku i Mariję, siedzącą pośród rozbawionego tłumu na kolanach jednego z wykładowców, szlochającą na głos. Nie miałam odwagi podejść i zapytać o przyczynę tej rozpaczy, dopiero chyba sama Marija wyjaśniła mi, że od tygodnia nie miała wiadomości z domu, a jej miasteczko zostało spustoszone przez Chorwatów w jakiejś akcji odwetowej za ataki Serbów. Marija tylko na krótko pojechała wtedy po kursach do domu - jej rodzina na szczęście nie ucierpiała. Spakowała walizki, wróciła do Italii i zamieszkała ze wspomnianym wykładowcą, który wtedy był już jej partnerem, a wkrótce został mężem. Gościłam w ich uroczym mieszkanku na genueńskiej starówce dwukrotnie: po zakończeniu kursów w 1993 r. i pół roku później, w marcu 1994. Razem hucznie obchodziliśmy moje urodziny - niewykluczone, że tańce nasze wspólne z Mariją pląsy są właśnie z tej okazji. Zapewne poprawiłyśmy sobie humory dobrym winem i pastą, czyli makaronem - może z sosem orzechowym, który moja koleżanka tak doskonale przyrządzała? Ja wtedy również byłam wtedy pełna nadziei. Z dyplomem z Santa wydawało mi się, że będę przenosić góry. Potem straciłyśmy kontakt na wiele lat i odnalazłyśmy się właśnie dzięki FB. A dziś Marija przysłała mi właśnie roztańczoną fotkę. Dwadzieścia lat minęło jak jeden dzień...
Eurolot wprowadza dzisiaj
do systemu rezerwacyjnego - na trasie z Wrocławia do Brukseli - pulę biletów w
cenie
od 399 złotych w obie strony. Pula tych
biletów będzie dostępna w sprzedaży do końca sezonu letniego o ile nie
wyczerpie się ona wcześniej. W cenę biletu wliczony jest jeden bezpłatny bagaż rejestrowany (do luku) i
jeden podręczny. zZWrocławia do Brukseli można polecieć Eurolotem we wtorki o
godz. 7.30, w czwartki o 10.15 oraz w sobotę o 6:35. Rejsy powrotne do
Wrocławia odbywają się odpowiednio w te same dni, w godzinach 10,15, 13 oraz 9.20.
(Źródło i infografika Eurolot SA)
Do Wenecji tym razem nie dotarłam. Mimo najszczerszych chęci, czyli załatwienia sobie powrotnego biletu z lotniska Venezia Marco Polo. Sądziłam, że wyruszając rankiem autobusem z Lignano Pineta dojadę spokojnie do celu przed południem, zostawię bagaże w przechowalni i choć przepłynę się vaporetto po Canale Grande, aby zerknąć na ukochaną Bazylikę San Giorgio Maggiore. Nie zawiódł mnie jednak transport publiczny, zaskakująco tani (za jedyne 5,90 euro - przejazd dla backpackersa!) i punktualny, bo autokar przyjechał na miejsce co do minuty. To ja w ostatnim momencie postanowiłam pozostać do południa w hotelu, aby pożegnać się jeszcze z morzem. Czyżbym podświadomie zbierała siły na zapas? Czekało mnie bowiem według wstępnych obliczeń 12 bitych godzin podróży do Polski: trzy w autobusie, trzy kolejne na lotnisku, a potem dwa rejsy z przesiadką we Frankfurcie. W rzeczywistości zamiast jednak stanąć na progu domu po 23, zrobiłam to dopiero 11 godzin później. A wszystko z powodu małego, głupiego pakunku, który ktoś porzucił czy zapomniał na weneckim lotnisku. Już miałam wchodzić do samolotu - przy bramce z napisem Francoforte zapalił się właśnie napis "boarding". Wraz z tłumem innych pasażerów zajęłam miejsce w kolejce - zaraz obok nas uformował się drugi, dłuższy "ogonek" lecących do Neapolu. I... nic. Szklane drzwi prowadzące do rękawów pozostały zamknięte. Tymczasem zauważyłam, że hala zapełnia się znaczną liczbą policjantów, którzy dyskretnie acz w nieco chaotyczny sposób opróżniają jego znaczną część, nakazując zamknięcie kilku butików i baru kawowego. Właśnie ten brak koordynacji działań pomiędzy poszczególnymi mundurowymi mnie zaciekawił. Miałam wrażenie, że chcą coś robić, ale nie bardzo wiedzą co i jak. Znaczna część uformowała rodzaj niespójnego kordonu, oddzielającego pustą i zapełnioną podróżnymi część hali. Policjanci nie sprawiali przy tym wrażenia szczególnie przejętych. Wręcz przeciwnie, panie z panami flirtowały na potęgę, popijano sobie espresso - w tym celu pozwolono wrócić na stanowisko barmanowi i od czasu do czasu rozmawiano przez komórki. Na pytania pasażerów, co się dzieje odpowiedź padała zawsze jedna, bardzo pogodna i zwięzła: Nic! Nasze dwa frankfurcko-neapolitańskie "ogonki" zatem nadal stały: 10, 20 minut, pół godziny. Nikt nie chciał siadać, aby potem nie stracić miejsca w kolejce, a co za tym idzie szansy szybszego zajęcia fotela w samolocie. Po godzinie alarm odwołano, a mój samolot odleciał do Frankfurtu. Niestety, z powodu opóźnienia nie zdążyłam już na kolejny lot, do Warszawy. I tym razem Lufthansa stanęła na wysokości zadania (por. http://italiannawdrodze.blogspot.com/2014/06/przystanek-w-monachium-jak-nie-popisaa.html) Nie tylko pilot wielokrotnie i w bardzo eleganckiej formie przepraszał pasażerów za opóźnienie, choć nie było w tym żadnej winy niemieckiego przewoźnika. Wyjaśnił też, że jego powodem był ów wspomniany przeze mnie pakunek, w którym, jak podejrzewano początkowo i mylnie, miała znajdować się bomba, a zawierał po prostu czyjeś brudne ciuchy! Na lotnisku we Frankfurcie wraz z innymi pasażerami samolotów, na które nie zdążyli - przebukowano nam loty, a następnie zapewniono nocleg w hotelu oraz dwa posiłki: kolację i śniadanie. Spałam zatem co prawda nie we własnym, ulubionym łóżku, ale w nadzwyczaj muszę przyznać komfortowym, dwuosobowym - choć i trzy by się na nim zmieściły - w InterCityHotel Frankfurt Airport: http://en.intercityhotel.com/Frankfurt/InterCityHotel-Frankfurt-Airport
Należy on do jednej z moich ulubionych grup hotelowych Steigenberger Hotel Group: www.steigenbergerhotelgroup.de i wkrótce opiszę go na stronie Hoteli niebanalnych, bo w pełni na to zasługuje. Tak długo z Italii samolotem jeszcze nie leciałam!
Już jutro czyli w piątek 27 czerwca rozpoczynają się 14.
Ogrody Muzyczne Evviva l’arte .Gościem Honorowym tegorocznego
festiwalu będą Włochy, które dnia 1 lipca 2014 roku obejmują Prezydencję w Unii
Europejskiej. „Włoskie” Ogrody Muzyczne w Warszawie, to największe opery i
najsłynniejsze prezentacje baletowe, umiejętne łączenie świata muzyki
klasycznej z muzyką lekką, wydarzenia i projekcje filmów opowiadających o
typowej włoskiej radości życia i wiele, wiele innych ważnych muzycznych i
artystycznych tematów.Ideą naczelną festiwalu jest prezentowanie zjawisk oryginalnych,
mało znanych w Polsce. O związkach polskiej kultury z kulturą Włoch będą mówili
goście festiwalu, znakomici polscy pisarze, artyści i podróżnicy. Festiwal
Ogrody Muzyczne to jednak jak zwykle i przede wszystkim: opera, balet, film,
koncerty i widowiska muzyczne, czyli po prostu… dobra muzyka: na żywo i na
ekranie. W repertuarze operowym 14. Ogrodów znajdą się dzieła Pietra
Mascagniego, Giacoma Pucciniego, Gioacchina Rossiniego. ‘Cavalleria rusticana’
Mascagniego – sycylijska wioska, ciepły czas Wielkanocy, wino i pojedynki –
żywiołowość charakteru Włochów. ‘Tosca’ Pucciniego – podobnież werystyczna
opera o kolejach życia ludzkiego. ‘Turek we Włoszech’ Rossiniego – humor
inspirowany Neapolem, pasja miłości, pasja do trunków, pasja życia. Będzie to transmisja
z najpoważniejszego w Europie festiwalu operowego w Aix-en-Provence. Na końcu
bajkowość historii ‘Kopciuszka’ według Rossiniego – któż z nas nie chciałby
szczęśliwych zakończeń. Prezentowana w roku 2013 pozycja ta została uznana
głosami widzów najciekawsza projekcja festiwalu i otrzymała w plebiscycie
publiczności nagrodę Złotej Konewki, której wręczenie znanemu producentowi
włoskiemu Andrei Andermannowi będzie
miało miejsce w czasie tegorocznej edycji. Ogrody Muzyczne, to także ważne i istotne
projekcje filmów. Filmy w tym roku mają nie tylko tematykę muzyczną, ale
sięgają nieco głębiej – do istoty charakteru włoskiego. Filmy dokumentalne o
rejonach i miastach włoskich: o Portofino, opiewanym przez Magdę Umer, Sławę
Przybylską czy Katarzynę Groniec, filmy o urodzie Toskanii, o romantyczności
Włoch... ‘Historia wielkiej orkiestry – Accademia Nazionale di Santa Cecilia’,
to film o najstarszej akademii-instytucji na świecie. Założona w XVI wieku
akademia muzyczna do dnia dzisiejszego prowadzi ożywioną działalność i nie
spoczywa na laurach – rozwija się i przyciąga nowościami kolejne pokolenia.
Opowiadać o niej będzie znakomita postać światowej opery - Antonio Pappano. Na
uwagę zasługuje film muzyczny Lang Lang
przedstawia Herbie Hancocka – gdzie Herbie Hancock niemalże wyskakuje z
tortu na urodzinach Lang Langa. ‘Pavarotti – głos stuleci’ jest doskonałym przykładem
na połączenie świata klasycznego ze światem rozrywkowym, w filmie zobaczymy
duety Luciana Pavarottiego, serca włoskiej pieśni, wraz z sercami światowej
rozrywki: Stingiem, Bono, czy Erikiem Claptonem. Również świetny Bobby McFerrin
zostanie wspomniany w filmie z ukraińskiego Alfa Jazz Festival i wprowadzi nas
w świat emocji programem koncertu ‘SpiritYouAll’. Bloody Daughter Martha Argerich, film dokumentalny – portret wielkiej pianistki w reżyserii jej córki. I
wreszcie ‘Włochy – kochaj albo rzuć’… w tych słowach zawiera się sens kultury
włoskiej. Ażeby dobrze ją zrozumieć i poznać
- zapraszamy na film. Warto wspomnieć, że od wielu lat repertuar filmowy
i operowy festiwalu dobiera dla Ogrodów Barbara Pietkiewicz – Dyrektor
Programowy Festiwalu. Evviva l’arte!
Tegoroczna edycja Ogrodów nie mogłaby obyć się bez wyjątkowych spektakli
baletowych i widowisk muzycznych, których w tej edycji znajdzie się kilka. Są
wśród nich: ‘Śpiąca królewna’ w inscenizacji Matthew Bourne’a, który uczcił choreografią
25. urodziny swojego zespołu. Zobaczymy tam zarówno klasyczną opowieść o
drzemiącej 100 lat królewnie, ale także postaci z bajek Charlesa Perraulta.
‘Rojo Tango’ – gratka dla tych, którzy lubią pogranicza artystyczne: światowej
sławy baryton Erwin Schrott wkrada się w świat pojedynków ulicznych, kocich
kroków tanga Piazzoli i zmysłowości rumby Jobima. Wspaniałe przedstawienie
emocjonalnej muzyki tanecznej głosem rodem z opery. I wreszcie ‘Sen nocy
letniej’, według pomysłu polskiej choreograf Isadory Weiss, która będzie gościem specjalnym
projekcji.
Kostiumy Gosi Baczyńskiej, muzyka Gorana Bregovica. Evviva l’arte!Warto
podkreślić, że od lat rolę dyrektora muzycznego Ogrodów pełni wybitny polski
kompozytor współczesny Zygmunt Krauze. Inauguracja Festiwalu odbędzie się pod
znakiem pór roku.
W specjalnym wydarzeniu inauguracyjnym, usłyszymy m.in. wzbudzające ostatnio
powszechne zainteresowanie ‘The Four Seasons Recomposed’ Maxa Richtera.
Klasyczny utwór, przełamujący wszelkie bariery. Tutaj odkryty na nowo (polska
premiera). Gustownie przekomponowana wersja dzieła mistrza Vivaldiego, bez
przesad i świętokradztwa. Wykonania utworu podejmie się wyśmienity skrzypek
młodego polskiego pokolenia, Janusz Wawrowski oraz utytułowana wieloma
nagrodami polska orkiestra kameralna AUKSO i dyrygent Marek Moś. Wydarzeniem
specjalnym będzie również koncert 30 czerwca – Giovanni Sollima i Orchestra
Popolare. Artyści są oklaskiwani na wielu międzynarodowych festiwalach, na których
organizatorzy nie boją się łączyć tradycji ze światem współczesnym. W tym roku
zaprezentują wystrzałowy program La Notte della Taranta – program z największego włoskiego festiwalu muzycznego o tym samym tytule, który w
Europie traktowany jest jako jedno z najważniejszych wydarzeń promujących
muzykę tradycyjną. Na festiwalu usłyszymy również koncert z cyklu ‘Mistrz i
Uczeń’ - chwytające za serca wykonania duetów włoskiego kompozytora Luciano
Berio. Wykonają je nauczyciele i uczniowie warszawskich i podwarszawskich szkół
muzycznych I i II stopnia. Koncertem specjalnym będzie wydarzenie zorganizowane
z okazji uczczenia 40-lecia zainstalowania zegara na Wieży Zegarowej Zamku
Królewskiego – wykonany zostanie ‘Kwartet na koniec czasu’ Oliviera Messiaena. Dyrektor generalny Festiwalu, Ryszard Kubiak,
który jest inicjatorem, pomysłodawcą i głównym realizatorem festiwalu, od
czternastu już lat niezłomnie propaguje idee letniego salonu muzycznego dla
warszawiaków i nie tylko dla nich. Ogrody Muzyczne rokrocznie przyciągają
kilkadziesiąt tysięcy osób i są wytchnieniem dla mieszkańców, po całym sezonie
ciężkiej pracy. Ryszard Kubiak, niestrudzony animator kultury, zaprasza
wszystkich na tegoroczne wydarzenia. L’appetito vien mangiando – po pierwszym
koncercie każdy widz będzie z niecierpliwością czekał na kolejne
wydarzenie. Organizatorem Festiwalu jest Fundacja Ogrody Muzyczne, jego Gospodarzem
– Zamek Królewski w Warszawie a Współorganizatorem – Stołeczna Estrada. Gość
Honorowy to Włochy, reprezentowane przez:
Ambasadę Włoską i Włoski Instytut Kultury. Patronat medialny objęła
grupa Agora: Gazeta Wyborcza, Gazeta.pl, dziennik Metro, radio TOK.fm. Projekt
został dofinansowany ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego oraz
Miasta Stołecznego Warszawy, przy finansowym wsparciu naszych partnerów:
Fundacji Sahakian, PKP Intercity, Fererro Polska, Salini Polska, No Limit,
Astaldi. Więcej informacji: www.ogrodymuzyczne.pl
Tak
wynika z ostatnich statystyk opublikowanych przez CzechTourism czyli
Czeską Centralę Ruchu Turystycznego. Liczba gości z Polski na Morawach
Wschodnich (południowo-wschodnia część Republiki Czeskiej) w pierwszym kwartale
2014 r. wzrosła o ponad 40 proc. w porównaniu z analogicznym okresem ub.r.,
a w 2013 r. niemal o 70 proc. w porównaniu z 2012 r. Skąd to
zainteresowanie? Morawy Wschodnie to region
atrakcyjny turystycznie. Znajdziemy tu zabytki wpisane na listę UNESCO,
malowniczą architekturę ludową, urodzajne winnice, barwny folklor, piękne
pałace i zamki oraz, co przy obecnej, kapryśnej pogodzie najważniejsze - słońce.
CzechTourism zachęca do odwiedzenia zabytkowego miasta Kroměříž. Tutejszy renesansowy pałac był do 1948 r. rezydencją arcybiskupów ołomunieckich. Razem z wczesnobarokowym Ogrodem Kwiatowym i Ogrodem Pałacowym znajdują się na Liście Światowego Dziedzictwa Kulturowego UNESCO. Warto popłynąć w rejs kanałem wodnym Tomasza Baty, założyciela słynnej firmy obuwniczej. Wzdłuż kanału wiedzie trasa rowerowa, można więc zabrać rowery na łódź i połączyć rejs z poznawaniem okolicy na dwóch kółkach. W Luhačovicach, perełce uzdrowisk morawskich, uwagę przykuwają secesyjne budynki z początku XX wieku, dzieło znanego architekta Dušana Jurkoviča, zaś woda źródlana ma właściwości lecznicze. W Rožnovie pod Radhoštěm znajdziemy najstarszy skansen w środkowej Europie. Odbywają się tu najróżniejsze imprezy folklorystyczne, na przykład Święto Rožnova czy Jarmark Wołoski. Pałac Buchlovice, klejnot architektury w stylu baroku włoskiego otacza ogród tarasowy i park angielski.
Jednym z symboli pałacu są fuksje, których tutejszy zbiór liczy 1200 gatunków! Velehrad należy do najważniejszych miejsc pielgrzymkowych w Czechach. Związany jest z misjonarską działalnością w IX wieku Apostołów Słowian, świętych Cyryla i Metodego. To jedno z czterech katolickich sanktuariów na świecie, którym papież Jan Paweł II ofiarował Złotą Różę. Propozycje wycieczek po regionie Moraw Wschodnich znajdziemy na stronie: www.vychodni-morava.cz (Źródło i zdjęcia: CzechTourism)
Weekendowe połączenia autobusowe pomiędzy
słowackim Bardejowem Zdrój (Bardejovske Kupele), miastem Bardejów (Bardejov) a polską Krynicą Zdrój zostaną
uruchomione w nadchodzącym sezonie letnim. Pierwszy kurs już 5 lipca br. Oba
uzdrowiska są miastami partnerskimi i dzieli je zaledwie 30 km.
Połączenia autobusowe mają zachęcić mieszkańców Krynicy oraz przebywających tam turystów do przyjazdów na Słowację i odwiedzenia leżącego na Pogórzu Ondawskim nad rzeką Topl'a, Bardejowa. Tutejsza starówka, z bazyliką mniejszą pw. św. Idziego na czele figuruje na Liście Światowego Dziedzictwa UNESCO. Z kolei 17 źródeł uzdrowiska Bardejów Zdrój leczy przede wszystkim choroby płuc i trawienia.
Władze miejskie naszej Krynicy Zdrój też liczą na zwiększony ruch turystyczny ze strony słowackiej. Realizatorem przygranicznego połączenia autobusowego Krynica Zdrój – Bardejov – Bardejovske Kupele jest „Komunitna Nadacia Bardejov” www.knbj.sk (Źródło, zdjęcie i inforgrafika: Narodowe Przedstawicielstwo Turystyki Słowackiej w Polsce).
Połączenia autobusowe mają zachęcić mieszkańców Krynicy oraz przebywających tam turystów do przyjazdów na Słowację i odwiedzenia leżącego na Pogórzu Ondawskim nad rzeką Topl'a, Bardejowa. Tutejsza starówka, z bazyliką mniejszą pw. św. Idziego na czele figuruje na Liście Światowego Dziedzictwa UNESCO. Z kolei 17 źródeł uzdrowiska Bardejów Zdrój leczy przede wszystkim choroby płuc i trawienia.
Władze miejskie naszej Krynicy Zdrój też liczą na zwiększony ruch turystyczny ze strony słowackiej. Realizatorem przygranicznego połączenia autobusowego Krynica Zdrój – Bardejov – Bardejovske Kupele jest „Komunitna Nadacia Bardejov” www.knbj.sk (Źródło, zdjęcie i inforgrafika: Narodowe Przedstawicielstwo Turystyki Słowackiej w Polsce).
To zdjęcie zrobiłam w akwarium w Parku Junior dla dzieci w Lignano Sabbiadoro, które polecam wszystkim rodzinom odwiedzającym Friuli-Wenecję Julijską (ale i Bibione w sąsiednim Veneto czyli Wenecji Euganejskiej): www.parcojunior.it I dołączam jeszcze jedno:
Dokąd wróci obraz ukradziony przez Napoleona? Co robi Placido Domingo w Maceracie? Jakie efekty multimedialne zastosowano w Muzeum Archeologicznym w Ankonie? Odpowiedzi na te pytania można znaleźć na stronie https://www.facebook.com/marchemusei Gromadzi ona wszystkie aktualne informacje na temat wydarzeń i repertuaru w ponad 400 muzeach, galeriach, ale i na scenach teatralnych oraz operowych Regionu Marche. Choć w języku włoskim, warto na nią zajrzeć przed wyjazdem do tego zakątka Italii, gdyż znajdują się na niej linki do stron w innych językach.
TravelBird, popularny
w Europie internetowy serwis turystyczny doczekał się swojej polskiej wersji: www.travelbird.pl Jego celem jest
oferowanie interesujących, również cenowo pakietów, które zachęcą klientów do odwiedzenia miejsc, o
których nie pomyśleliby wcześniej. Do wyboru są wycieczki do ciepłych krajów,
city trips czyli wyjazdy do miast na naszym kontynencie, noclegi za granicą i
nad Wisłą, bilety do parków rozrywki jak Disneyland lub Tropikalna Wyspa pod
Berlinem, a także pobyty w spa. TravelBird powstał w 2010 roku w Holandii.
Serwis odniósł sukces i zdobył popularność w Holandii, Belgii, Niemczech,
Francji, Danii, Austrii i Hiszpanii. Teraz TravelBird działa w ponad 15 krajach
i wciąż otwiera się na nowe rynki, będąc jednym z najszybciej rozwijających się
portali turystycznych na świecie. W ciągu trzech lat, ilość pracowników
TravelBird wzrosła od 2 do ponad 350.
Główna siedziba firmy mieści się w Amsterdamie,
a zdobią ją, zawieszone nad biurkami pracowników, liczne klatki z żywymi
ptakami równych gatunków. (Źródło i zdjęcia: TravelBord/Online Marketing
Poland)
23 czerwca 2014 roku Kolejka na
Kasprowy Wierch otrzymała prestiżowy Certyfikat Jakości za perfekcyjną obsługę
gości przyznawany przez popularny światowy serwis turystyczny TripAdvisor. Certyfikat ten został przyznany na
podstawie opinii turystów – klientów Polskich Kolei Linowych, operatora kolejki.
Brano pod uwagę liczbę opinii, treść wypowiedzi, oceny przyznawane przez
oceniających oraz popularność strony w wyszukiwarce serwisu TripAdvisor. Walory
turystyczne Kasprowego Wierchu docenili już turyści w XIX w. Kolejkę linową na
szczyt znajdujący się na wysokości 1987 m n.p.m. uruchomiono w 1936 r. i była
to pierwsza tego typu inwestycja w Polsce. Przez pierwszych 70 lat z usług
przewozowych skorzystało 38 mln turystów. W 2007 r. zmodernizowano kolej. W sezonie letnim ograniczono liczbę turystów, którzy mogą
skorzystać z oferty kolei. Dlatego warto zawczasu kupić bilet w systemie
przedsprzedaży online na stronie www.pkl.pl TripAdvisor
to światowy serwis turystyczny, znany w 39 krajach, również w Polsce, który
umożliwia zainteresowanym planowanie podróży, a następnie dzielenie się swoimi
wrażeniami, opiniami oraz recenzjami. W bazie można poznać opinie na temat
ponad 4 milionów miejsc: hoteli, restauracji oraz atrakcji turystycznych.
Strony serwisu odwiedza miesięcznie ok. 260 milionów internautów, a aż 150
milionów zamieszcza tam swoje opinie. (Źródło i zdjęcie: PKL/Kalitero PR)
Od 15 czerwca br. otworzył
podwoje najnowszy termalny park wodny na Słowacji Thermal Park Sirava. Położony jest bezpośrednio przy brzegu jednego z największych słowackich
zbiorników wodnych Zemplinska Sirava, koło miejscowości Michalovce, w
południowo-wschodniej Słowacji. Na razie można korzystać z basenów wewnętrznych:
relaksacyjnego, masującego, pływackiego ze sztucznymi falami, dla dzieci, dzikiej
rzeki i dwóch zjeżdżalni. Na początku lipca br. otwarte zostaną baseny
zewnętrzne z trzema basenami /termalnym, relaksacyjnym i przygodowym/ oraz duży
plac trawiasty z leżakami do opalania i boiskiem dla dzieci. Jesienią
zadebiutuje Wellness Centrum z rożnego rodzaju saunami, jacuzzi, miejscami do
wypoczynku i masażu.
Całkowity koszt inwestycji po jej zakończeniu wynosić
będzie ponad 7 milionów euro. Właścicielami Thermal Parku Sirava są wioska Kaluża, na terenie której
zbudowany został termalny park wodny, oraz grupa 12 słowackich inwestorów z
regionu Dolny Zemplin.
W pobliżu znajduje się zróżnicowana baza noclegowa dla
około 2400 osób /hotele, pensjonaty, domki letniskowe, campingi/. Gospodarze ośrodka
polecają zwłaszcza 4-gwiazdkowy hotel
Glamour - www.hotelglamour.sk, 3-gwiazdkowy hotel Granit http://horezza.sk/hotel-granit-zemplinska-sirava/,
Pensjonat Juliana - www.juliana.sirava.sk oraz Hotel Euro Pensjonat
Szałas ze wspaniałą kuchnią regionalną - www.salas.sirava.sk. Zbiornik
wodny Zemplinska Sirava, nazywany potocznie Słowackim Morzem, zlokalizowany
jest u podnóża wulkanicznych gór Wyhorlat i Niziny Wschodniosłowackiej. Swoją
powierzchnią około 33 km2 zajmuje trzecie miejsce wśród zbiorników
wodnych na Słowacji (Liptovska Mara, Orawska Zapora). Region Dolny Zemplin
należy do najcieplejszych i najbardziej nasłonecznionych regionów na Słowacji, a
więc jest dobrą metą letniego wypoczynku. Oprócz kąpieli wodnych można tu uprawiać rozmaite sporty wodne i
wędkować. Z kolei Wzgórza Wyhorlackie z
najwyższym szczytem Wyhorlat /1076 m n.p.m./ zachęcają do uprawiania turystyki
pieszej. Szczególnie godna polecenia jest polecamy piesza wyprawa nad słowackie
Morskie Oko, jezioro górskie położone na wysokości 618 m n.p.m. oraz naturalną
platformę widokową Sniński Kamień znajdującą się na 1006 m n.p.m. Panujący
tutaj klimat sprzyja lokalnej produkcji win. Więcej informacji na temat Thermal Parku Sirava i regionie na stronach www.thermalparksirava.sk oraz www.sirava.sk (Źródło i zdjęcia:
Narodowe Przedstawicielstwo Turystyki Słowackiej).
W polskich miejscowościach turystycznych, z roku na rok rośnie grupa
zwolenników letniego wypoczynku w górach - wynika z mini-raportu firmy Sun
& Snow, zajmującej się wynajmem apartamentów. Do najpopularniejszych
miejscowości należą Karpacz, Szklarska Poręba, Zakopane i Krynica Zdrój. Stawka
za dobę zaczyna się od 32 zł za osobę. Letnie wyjazdy w góry to coraz milej
widziana alternatywa dla wypoczynku nad morzem. Wiele osób wybiera na urlop
miejscowości górskie dające nie tylko możliwość pieszych lub rowerowych
wycieczek w góry, ale także zwiedzania oraz uprawiania sportów typowych raczej
dla sezonu zimowego, takich jak przejażdżka na torze saneczkowych czy
bobslejowym. Istnieje różnica pomiędzy turystami jadącymi nad
morze a tymi udającymi się w góry. Nad Bałtykiem, w miejscowościach takich jak
Świnoujście, Kołobrzeg czy Władysławowo najwcześniej rezerwowane są apartamenty
położone blisko plaży, zwłaszcza z widokiem na morze. Dla gości wybierających
wypoczynek w górach większe znaczenie niż położenie obiektu mają atrakcje
oferowane w danej miejscowości i okolicach. Władze górskich ośrodków dbają, by
turyści mogli interesująco spędzić czas latem. Stworzenie oferty rozrywkowej wspierającej
wypoczynek stało się priorytetem dla miast do niedawna kojarzonych głównie ze
sportami zimowymi. Aquaparki z basenami i saunami, letnie tory saneczkowe,
szlaki rowerowe czy pierwsze w Polsce alpejskie tory bobslejowe sprawiają, że
góry przestały wabić tylko amatorów pieszych wycieczek. Także osoby lubiące
podwyższony poziom adrenaliny znajdą coś dla siebie. Dreszczyku emocji może
dostarczyć przejażdżka quadami po nierównych terenach lub zorbing, czyli
staczanie się ze zbocza góry wewnątrz plastikowej kuli. Miejscowości górskie
oferują coraz wyższy standard bazy noclegowej, także w zakresie stale rosnącej
liczby apartamentów na wynajem. W okresie letnim plusem dla gości są
konkurencyjne ceny w stosunku do lokalizacji nadmorskich. Sezon w górach jest
bowiem mniej uzależniony od pogody, co przekłada się na raczej stabilną
politykę cenową obiektów noclegowych. Stawki wynajmu na lato 2014 r. są
zbliżone do ubiegłorocznych i w górach około 35 proc. niższe niż nad morzem.
Koszt noclegu w górskim apartamencie zależy od lokalizacji i standardu
wyposażenia, a także od widoku z okien. Za apartamenty 2-pokojowe dla
maksymalnie 4 osób ceny wahają się od 160 do 280 zł za dobę. Z kolei za
apartament 3-pokojowy, w którym spać może do 6 osób, trzeba zapłacić średnio od
190 zł do 330 zł za dobę. Do opłaty doliczany jest jednorazowy koszt
przygotowania apartamentu (od 100 zł) oraz kaucja zwrotna. Polaków do odwiedzania górskich miejscowości mobilizuje nie tylko
doskonałe przygotowanie kurortów, ale również możliwość wygodnego dotarcia do
nich transportem publicznym. Na podróż pociągiem decydują się ludzie młodzi, a
także coraz większa grupa osób, które chcą odpocząć od cywilizacji. Zostawiając
samochód w domu, można dojechać bezpośrednio do Szklarskiej Poręby, Zakopanego
i Krynicy Zdroju. Kurorty te mają wygodne połączenia z głównymi miastami w
Polsce. Do Karpacza zaś spółka Interregio uruchomiła połączenie autobusowe z Wrocławia.
Rozkład jazdy autobusów odjeżdżających spod Dworca Głównego został dopasowany
do przyjazdów pociągów. Miejscowości górskie obsługiwane są również przez
największych przewoźników autobusowych i liczne prywatne firmy transportowe. (Źródło, zdjęcie i grafika Sun&Snow)
Eurolot uruchomił
dzisiaj kolejne nowe połączenie krajowe - tym razem z Wrocławia do Lublina. Rejsy będą się odbywały aż cztery
razy w tygodniu. Co istotne, cena biletu obejmuje także możliwość bezpłatnego
przewozu bagażu rejestrowanego oraz podręcznego. Lublin i Wrocław to doskonałe
porty także dla pasażerów tranzytowych. Dzięki dogodnemu rozkładowi lotów na
nowej trasie podróżni będą mogli skorzystać z innych połączeń Eurolotu – m.in.
do Zurychu, Brukseli, Paryża oraz Mediolanu. Szczegółowy rozkład znajduje się na:
www.eurolot.com (Źródło: Biuro prasowe Eurolot SA).
Każdego roku w Republice Czeskiej
na miłośników kina czeka kilka prestiżowych festiwali filmowych. Największym z
nich jest Międzynarodowy Festiwal Filmowy Karlowe Wary, będący okazją nie tylko
do obejrzenia najnowszych obrazów kinematografii światowej, ale i spotkania
gwiazd na promenadzie uzdrowiska. Projekcje odbywają się w salach tutejszych
hoteli i w miejscowych kinach. Tegoroczna 49. edycja festiwalu odbędzie się
między 4 a 12 lipca. Letnia Szkoła Filmowa w mieście Uherské Hradiště na
Morawach Wschodnich jest największym
nie konkursowym przeglądem filmów w Czechach. Filmy prezentowane są tu w ramach
cykli tematycznych. Podczas seminariów i dyskusji panelowych można porozmawiać
bezpośrednio z twórcami. 40. edycja
potrwa od 10.07 do 02.08.2014. Międzynarodowy Festiwal Filmów Dokumentalnych
Jihlava (region Wysoczyzny) odbywa się tradycyjnie pod koniec października (w
tym roku od 23 do 28.10.2014). Prezentuje przede wszystkim twórczość
dokumentalną środkowej i wschodniej Europy. Więcej informacji: www.czechtourism.com
(Źródło i zdjęcie Czechtourism)
- Hallo, cocco, cocco bello, cocco di
Mamma, vitamine, cocco – wykrzykiwał, brnąc w parzącym, złotym piasku spalony
słońcem na czerń sprzedawca kokosa.
Prawie zupełnie tak, jak blisko trzydzieści lat temu, gdy również plażowałam we włoskim kurorcie nad Adriatykiem, Lignano Pineta. Wtedy byłam dziewczynką i towarzyszyła mi Mama – teraz, już jako dorosła osoba powróciłam „jak za dawnych lat w zaczarowany bajek świat”. Mister Coccobello naturalnie do nich należał. Jak bowiem za dotknięciem czarodziejskiej różdżki (czyli za tysiąc lirów, wciśnięte mu dyskretnie w garść przez moją Rodzicielkę) wyjmował ze skrzyneczki kawałek kokosa, skrapiał go zimną wodą i wręczał mi, która, przebierając nóżkami, już nie mogła się doczekać, aby zanurzyć ząbki w smakowitym, białym miąższu. Kokosów w PRL-u nie było - dosłownie i w przenośni. Chyba, że na bazarze na ul. Polnej w Warszawie, ale tam kupowali tylko dygnitarze i bonzowie „najlepszego z systemów”.
Zaraz pierwszego dnia po przyjeździe, na plaży naturalnie kupiłam sobie sama kawałek kokosa od Mister Coccobello. Miał smak dzieciństwa.
A potem, wsłuchana w szum morza, obserwowałam kątem oka obwoźnych czy raczej obnośnych sprzedawców.
Włochów zastąpili przybysze z Afryki, dźwigający kilogramy miękkich ręczników, wyjątkowo dobrze podrobione torby od Prady i nowe wersje pareo: zamiast chusty, o połowę mniejszy prostokąt materiału z dziurą przy jednym z dłuższych boków. Przez otwór należało przełożyć ramiona, a następnie już tylko wiązać szmatkę, tworząc w ten sposób coś w rodzaju sukienki z gołymi plecami. Sprzedawcy zachwalali towar raczej dyskretnie, podobnie jak legiony Tajek proponujących masaże.
Obok mnie plażowali głównie Niemcy: panowie z brzuszkami piwnymi i kobiety o jeszcze bardziej opływowych kształtach, wylewających się z modnych kostiumów, codziennie innych.
Lignano to ich „rewir” – nieduże, eleganckie hotele zanurzone w gęstwinie rozbrzmiewającego od świtu do zmierzchu ptasimi trelami i „pieśnią zalotną” cykad, sosnowego lasku –stąd nazwa Pineta. To nietypowy, kameralny kurort dla spragnionych ciszy – amatorzy dyskotek i hoteli-mrowiskowców mają o parę kilometrów dalej alternatywę w postaci bardzo już miejskiego Lignano Sabbiadoro. W tym ostatnim prym wiodą „nowi Ruscy”, wydając setki „eurasów” na tandetne niestety w większości, bo produkowane już z myślą o nich, a więc kapiące od sztucznego złota i diamencików kreacje ze sztucznych tworzyw, kuszące z witryn butików. „Moje” Lignano Pineta obroniło się na razie przed tym zalewem tandety, a na plaży, rankiem spotkałam raz tylko jednego moskwiczanina, który językiem dalekim od Dostojewskiego beształ swoich trzech synów opierających się wielokilometrowej przebieżce „dla spotu” brzegiem morza. Rozumiałam ich pełni – chłopcy byli szczupli i zgrabni, podczas gdy ich tatuś przypominał kangurzycę, na dodatek w ciąży.
Podczas tygodniowych wakacji odstawiłam laptopa, wyłączyłam komórkę i nastawiłam się na pełen relaks.
Przede wszystkim zatem plaża i wypoczynek w pozycji pół- albo całkowicie horyzontalnej na leżaku bądź lettino czyli łóżeczku pod parasolem, co by moja blada skóra nie zmieniła koloru na intensywny róż, bo południowe słońce zdecydowanie mocniej praży niż w Polsce, z czego nie zawsze zdajemy sobie sprawę. Zwłaszcza, że w tym sezonie letnim całkiem bezwstydnie poczynała sobie bora, charakterystyczny dla regionu Friuli-Wenecji Julijskiej chłodny, wilgotny wiatr, zazwyczaj wiejący jesienią i zimą. Co prawda, jak mówili sami Włosi, było to raczej borino czyli wersja lżejsza, jednak ja, zmarzluch, niekiedy musiałam się jednak przykrywać. Zupełnie jak nad naszym Bałtykiem.
Mimo to trwałam niczym w bajce, wsłuchana w muzykę plaży, mnogość dźwięków tak różnorodną – od krzyku mew, poprzez szmer dyskretnych rozmów czy staccato dziecięcych stóp na molo,

bo i rodzin w czerwcu, oprócz starszych wiekiem par wypoczywa w Lignano sporo, do również nienachalnego „umpa-umpa” przebojów, sączących się z głośnika nad barem. Lubiłam tam czasem pójść sobie na szklaneczkę crodino, mojego ulubionego, bezalkoholowego drinka o smaku zbliżonym do campari. I było mi po prostu dobrze.
Prawie zupełnie tak, jak blisko trzydzieści lat temu, gdy również plażowałam we włoskim kurorcie nad Adriatykiem, Lignano Pineta. Wtedy byłam dziewczynką i towarzyszyła mi Mama – teraz, już jako dorosła osoba powróciłam „jak za dawnych lat w zaczarowany bajek świat”. Mister Coccobello naturalnie do nich należał. Jak bowiem za dotknięciem czarodziejskiej różdżki (czyli za tysiąc lirów, wciśnięte mu dyskretnie w garść przez moją Rodzicielkę) wyjmował ze skrzyneczki kawałek kokosa, skrapiał go zimną wodą i wręczał mi, która, przebierając nóżkami, już nie mogła się doczekać, aby zanurzyć ząbki w smakowitym, białym miąższu. Kokosów w PRL-u nie było - dosłownie i w przenośni. Chyba, że na bazarze na ul. Polnej w Warszawie, ale tam kupowali tylko dygnitarze i bonzowie „najlepszego z systemów”.
Zaraz pierwszego dnia po przyjeździe, na plaży naturalnie kupiłam sobie sama kawałek kokosa od Mister Coccobello. Miał smak dzieciństwa.
A potem, wsłuchana w szum morza, obserwowałam kątem oka obwoźnych czy raczej obnośnych sprzedawców.
Włochów zastąpili przybysze z Afryki, dźwigający kilogramy miękkich ręczników, wyjątkowo dobrze podrobione torby od Prady i nowe wersje pareo: zamiast chusty, o połowę mniejszy prostokąt materiału z dziurą przy jednym z dłuższych boków. Przez otwór należało przełożyć ramiona, a następnie już tylko wiązać szmatkę, tworząc w ten sposób coś w rodzaju sukienki z gołymi plecami. Sprzedawcy zachwalali towar raczej dyskretnie, podobnie jak legiony Tajek proponujących masaże.
Obok mnie plażowali głównie Niemcy: panowie z brzuszkami piwnymi i kobiety o jeszcze bardziej opływowych kształtach, wylewających się z modnych kostiumów, codziennie innych.
Lignano to ich „rewir” – nieduże, eleganckie hotele zanurzone w gęstwinie rozbrzmiewającego od świtu do zmierzchu ptasimi trelami i „pieśnią zalotną” cykad, sosnowego lasku –stąd nazwa Pineta. To nietypowy, kameralny kurort dla spragnionych ciszy – amatorzy dyskotek i hoteli-mrowiskowców mają o parę kilometrów dalej alternatywę w postaci bardzo już miejskiego Lignano Sabbiadoro. W tym ostatnim prym wiodą „nowi Ruscy”, wydając setki „eurasów” na tandetne niestety w większości, bo produkowane już z myślą o nich, a więc kapiące od sztucznego złota i diamencików kreacje ze sztucznych tworzyw, kuszące z witryn butików. „Moje” Lignano Pineta obroniło się na razie przed tym zalewem tandety, a na plaży, rankiem spotkałam raz tylko jednego moskwiczanina, który językiem dalekim od Dostojewskiego beształ swoich trzech synów opierających się wielokilometrowej przebieżce „dla spotu” brzegiem morza. Rozumiałam ich pełni – chłopcy byli szczupli i zgrabni, podczas gdy ich tatuś przypominał kangurzycę, na dodatek w ciąży.
Podczas tygodniowych wakacji odstawiłam laptopa, wyłączyłam komórkę i nastawiłam się na pełen relaks.
Przede wszystkim zatem plaża i wypoczynek w pozycji pół- albo całkowicie horyzontalnej na leżaku bądź lettino czyli łóżeczku pod parasolem, co by moja blada skóra nie zmieniła koloru na intensywny róż, bo południowe słońce zdecydowanie mocniej praży niż w Polsce, z czego nie zawsze zdajemy sobie sprawę. Zwłaszcza, że w tym sezonie letnim całkiem bezwstydnie poczynała sobie bora, charakterystyczny dla regionu Friuli-Wenecji Julijskiej chłodny, wilgotny wiatr, zazwyczaj wiejący jesienią i zimą. Co prawda, jak mówili sami Włosi, było to raczej borino czyli wersja lżejsza, jednak ja, zmarzluch, niekiedy musiałam się jednak przykrywać. Zupełnie jak nad naszym Bałtykiem.
Mimo to trwałam niczym w bajce, wsłuchana w muzykę plaży, mnogość dźwięków tak różnorodną – od krzyku mew, poprzez szmer dyskretnych rozmów czy staccato dziecięcych stóp na molo,
bo i rodzin w czerwcu, oprócz starszych wiekiem par wypoczywa w Lignano sporo, do również nienachalnego „umpa-umpa” przebojów, sączących się z głośnika nad barem. Lubiłam tam czasem pójść sobie na szklaneczkę crodino, mojego ulubionego, bezalkoholowego drinka o smaku zbliżonym do campari. I było mi po prostu dobrze.
17 maja br. wraz ze swoją żoną, Nives Meroi zdobyli Kanczendżongę: www.mountainblog.it/tag/nives-meroi/ , www.montagna.tv/cms/60471/kangchenjunga-sud-in-vetta-anche-nives-meroi-e-romano-benet Dziś Romano Beneta poznałam w prowadzonym przez parę słynnych alpinistów sklepie sportowym w Tarvisio w regionie Friuli-Wenecja Julijska, gdzie mają również swój dom. On - skromny, uroczy, już snujący plany dokończenia Korony Himalajów i Karakorum. Na koncie obojga znajduje się bowiem 12 z 14 ośmiotysięczników należących do niej. Wielki Finał zaplanowany na przyszły rok. Najpierw jednak Nives i Romano muszą zebrać środki na wyprawę. Niestety nie należą do grona celebrytów, którzy mogą liczyć na sponsorów. Rozmawialiśmy o Wandzie Rutkiewicz, której nie miał możliwości osobiście poznać i Kindze Baranowskiej, której siła, odwaga i determinacja zrobiły na Romano duże wrażenie. I pomyśleć, że to był dopiero pierwszy dzień mojego włoskiego press touru - Prowincja Udine przyszykowała dla dziennikarzy z Polski niejedną jeszcze niespodziankę!
Nieoczekiwany początek podróży: w pięć minut po tym, jak wyłączyłam budzik - zadzwonił telefon. Zbyt zaspana aby odróżnić sygnał o wstrząsającej chyba dla każdego godzinie piątej rano, pomyślałam, że to nadal budzik. Tymczasem dzwonił Marek, kolega-dziennikarz z Krakowa, z którym wraz z grupą innych żurnalistów wybieraliśmy się na press tour do regionu Friuli-Wenecja Julijska. Informacja, jaką przekazał mi w bardzo telegraficznym skrócie, na chwilę mnie sparaliżowała: strajk kontrolerów na lotnisku w Trieście, a więc naszym docelowym. - Co robimy? Lecimy? - pytał. - Naturalnie! - już pozbierałam myśli. Trzeba jechać na lotnisko, przebukować bilety. Na szczęście się udało i to tak dla nas korzystnie, że dzięki późniejszemu odlotowi do Triestu mogliśmy zabawić dłużej w Monachium czyli po prostu pojechać do miasta, a nie tylko, jak zgodnie z poprzednimi planami, tylko wypić kawę w szybkim marszu między jednym a drugim gatem. Zgodnie jednak z międzynarodowymi przepisami Lufthansa, będąc akurat naszym przewoźnikiem na całej trasie, powinna nam zrekompensować blisko siedmiogodzinne opóźnienie. Udaliśmy się zatem do jej stanowisko na lotnisku i tu jaki było nasze zaskoczenie, gdy urzędnik wręczył nam, mętnie zresztą napisaną instrukcję, jakie prawa przysługują pasażerom w przypadku opóźnienia. I odesłał z kwitkiem twierdząc, że możemy ich dochodzić "potem", korespondencyjnie! Nie mieliśmy ochoty się wykłócać, wybierając spacer po stolicy Bawarii. Niesmak jednak pozostał. Niefajnie Lufthanso :(
Tylko przepakowałam walizkę i już jutro znów wsiadam do samolotu lecącego do Italii. Tym razem "lufa" via Monachium (jak ja lubię to lotnisko!) dotransportuje mnie do Triestu. Tam dwa noclegi naszą dziennikarską grupą - same zacne pióra - spędzimy w hotelu Astoria i w międzyczasie pobuszujemy po okolicach: Tarvisio, Sutrio, monte Lussari i Akwileja. Potem zaś już mkniemy nad Adriatyk. I tu niespodzianka dla mnie podwójna, bo zatrzymujemy się w tym samym hotelu, w którym ja potem zostaję na wakacje. Tylko martwi mnie prognoza pogody - czasem słońce, czasem deszcz, a nawet burze :( Jak będę miała ochotę, to coś popiszę, ale jak wakacje to wakacje :)
Ponad milion turystów odwiedza rocznie Bolonię- wynika ze wstępu burmistrza tego miasta, Virginia Meroli do miejskiego informatora. Książeczka w wymiarze kieszonkowym, elegancko wydana z powodzeniem może zastąpić przewodnik. Oprócz zabytków i czasowych wystaw (dlaczego dosłownie koło nosa przeszła mi "Dziewczyna z perłą" czyli retrospektywa holenderskiego malarstwa?) są wizytówki wiodących hoteli i restauracji, mapa centrum oraz sugestie, gdzie można udać się za miasto. Jednym słowem publikacja idealna. Co z tego, gdy rzeczywistość nie jest już tak piękna? Gdy zdrożona, po pół godzinie jazdy na stojąco, w upale, gdyż wentylacja działała raczej kiepsko, dotarłam autobusem z lotniska na dworzec główny - zastałam tam chaos kompletny. Kasy biletowe nie działały, połowę pociągów tego popołudnia akurat odwołano. Mogłam więc sobie pobiegać czy raczej poprzedzierać się w tłumie równie poirytowanych co ja, ludzi od stanowiska do stanowiska, reprezentującego rozmaitych przewoźników, aby dowiedzieć się, czym tak na prawdę mogę dotrzeć do Rimini. Próbowałam też zasięgnąć informacji na ten temat na pobliskim dworcu autobusowym, wyjętym żywcem z PRL - tak jeśli chodzi o wygląd jak i obsługę, ale po kolejnych biegach od Annasza do Kaifasza, wróciłam na dworzec kolejowy.
Dwa dni później, już po powrocie z San Marino, znów wylądowałam na tym samym brudnym, chaotycznym dworcu, aby jak najszybciej z niego uciec. Była niedziela, więc, jak się okazało, całe centrum miasta wyłączono z ruchu kołowego - z walizką mogłam, znów w upale, albo zasuwać kilometrami na piechotę, albo wydać co najmniej 10 euro na taksówkę. Popołudnie, po zainstalowaniu się w hotelu Best Western City (kapitalna, futurystyczna architektura, elegancki design wnętrz)
wyruszyłam na zwiedzanie miasta zdominowanego najwyraźniej przez azjatyckie ale i afrykańskie nacje,
Główne zabytki, akurat w renowacji, przesłonięto białymi planszami,
a słynne dwie wieże, symbol Bolonii skrywa tak gęsta sieć trolejbusowych przewodów, że psuje cały efekt.
Szybko wróciłam do hotelu, rozczarowana i smutna, łowiąc jeszcze kilka widoczków niegdyś luksusowych palazzi, z których całymi płatami odchodziła farba i odpadał tynk.
Dwa dni później, już po powrocie z San Marino, znów wylądowałam na tym samym brudnym, chaotycznym dworcu, aby jak najszybciej z niego uciec. Była niedziela, więc, jak się okazało, całe centrum miasta wyłączono z ruchu kołowego - z walizką mogłam, znów w upale, albo zasuwać kilometrami na piechotę, albo wydać co najmniej 10 euro na taksówkę. Popołudnie, po zainstalowaniu się w hotelu Best Western City (kapitalna, futurystyczna architektura, elegancki design wnętrz)
wyruszyłam na zwiedzanie miasta zdominowanego najwyraźniej przez azjatyckie ale i afrykańskie nacje,
wyraźnie zbiedniałego,
pełnego bazarków z tandetą i ulicznego handlu, czym się tylko da.
Moda na wystawach eleganckich sklepów też wydała mi się jakaś niewłoska - piękne modele zastąpiły szmaty.Główne zabytki, akurat w renowacji, przesłonięto białymi planszami,
a słynne dwie wieże, symbol Bolonii skrywa tak gęsta sieć trolejbusowych przewodów, że psuje cały efekt.
Szybko wróciłam do hotelu, rozczarowana i smutna, łowiąc jeszcze kilka widoczków niegdyś luksusowych palazzi, z których całymi płatami odchodziła farba i odpadał tynk.
A przecież tak wiele spodziewałam się po tym mieście, gdzie dostałam pierwszą w życiu, włoską nagrodę w konkursie Talenti Italiani 2014. Jako jedyna cudzoziemka i Polka zarazem.
Dziękuję liniom Ryanair za ufundowanie biletów lotniczych do Bolonii na tę uroczystość, jak również sieci Best Western na możliwość spędzenia nocy w hotelu Best Western City Bologna. Nie dziękuję natomiast polskiemu PR tej sieci (litościwe przemilczę jego nazwę), którego brak profesjonalizmu jest po prostu porażający!


















