Na ile papa Francesco i Światowe Dni Młodzieży przysłużyły się turystyce w Małopolsce? To pytanie nurtowało mnie już od pierwszych dni imprezy. A zwłaszcza, gdy na własne oczy zobaczyłam tłumy pielgrzymów opuszczające, niczym gigantyczne odnogi rzeki, Campus Misericoriae. Jak również tych, których zastałam w Krakowie. Nie uczestniczyłam w ŚDM, ale odbierałam z nich jedną z grup, aby przewieźć z grodu Kraka do stolicy. 48 Brazylijczyków w autokarze na przemian opowiadało mi swoje wrażenia. Byli jednoznacznie zachwyceni: Polską, naszą gościnnością, zabytkami i przyrodą. Spora część deklarowała, że jeszcze do nas powróci. Postanowiłam przeprowadzić zatem wywiad na temat "efektu Franciszka". Właśnie ukazała się w Aktualnościach Turystycznych POT: http://www.aktualnosciturystyczne.pl/wiadomoci-rot-i-lot/spodziewamy-sie-dlugofalowego-efektu-franciszka (Zdjęcie: MOT)
Pomidory suszone na słońcu, ale i te świeże, prosto z krzaka kojarzą mi się nieodłącznie z Sycylią. Dlaczego? Bo ich smak jest najlepszy. To słońce po prostu się czuje i potwierdzi to każdy, który je próbował. Żadne inne nie są ani w części tak smakowite. Skąd nagle ta refleksja? Po pierwsze dlatego, że przez dwa lata pomidory te mogłam regularnie kosztować podczas Włoskiego Targu Żywności Regionalnej, który koordynowałam - prowadzcc m.in grupę na FB, która nadal się rozrasta
https://www.facebook.com/groups/1229343850416341/
Po wtóre, gdyż miałam okazję do potwierdzenia tej opinii podczas niedawno zakończonego Tygodnia Kuchni z Południa Włoch. Podczas niego w sześciu restauracjach stolicy jednej wrocławskiej można było próbować do woli potrawy sycylijskie, kalabryjskie, apulijskie, rodem z Kampanii i Basilicaty. A także z Sardynii, ponieważ wśród lokali znalazła się moja ulubiona "Sardynia", serwująca non-stop dania z tej drugiej co do wielkości na morzu Śródziemnym wyspy, uważanej przez niektórych za potencjalną Atlantydę.
Impreza została zrealizowana dzięki projektowi Italian Food XP - Experience Italy South&Beyond. Zainicjował go włoski Narodowy Instytut Badań Turystycznych (Isnart), przy wsparciu Ministerstwa Kultury, Dziedzictwa Narodowego i Turystyki (Mibact). Projekt promuje Siec Włoskich Restauracji na Świecie pod znakiem Ospitalita' Italiana, produkcję enogastronomiczną z oznaczeniem (DOP, ITP, STG dla produktów spożywczych i DOC, DOCG i IGT dla win). A także popularyzuje za granicą piękno i atrakcje południowych regionów Italii we współpracy z Izbami Handlowymi we Włoszech i innych krajach. Tydzień Kuchni z Południa Włoch nad Wisłą wsparły Włoska Izba Przemysłowo-Handlowa w Warszawie, UnionCamere czyli organizacja zrzeszająca Włoskie Izby Handlowe, Isnart. Ja miałam okazję uczestniczyć w inauguracyjnej kolacji, zorganizowanej w innej mojej ulubionej restauracji - "San Lorenzo". Mam do niej szczególny sentyment, gdyż kilka lat temu jej szef Luca Dolfi udzielił ciekawej wypowiedzi do mojego przewodnika "Włochy jakich nie znacie".
Na koniec mam jeszcze jedną, istotną informację. Mimo, iż tydzień kuchni Południa zakończył się 25 września, w restauracjach nadal można skosztować niektóre potrawy tych regionów. Warto więc zajrzeć do warszawskich "San Lorenzo" i "Sardynii", ale i "L'Olivo", "Trattoria Pizza Calabria", "Piccola Italia" oraz "Vivere Italiano" we Wrocławiu: http://www.italianfoodxp.pl/ (Zdjęcia: Restauracje "San Lorenzo", "L'Olivo")
https://www.facebook.com/groups/1229343850416341/
Po wtóre, gdyż miałam okazję do potwierdzenia tej opinii podczas niedawno zakończonego Tygodnia Kuchni z Południa Włoch. Podczas niego w sześciu restauracjach stolicy jednej wrocławskiej można było próbować do woli potrawy sycylijskie, kalabryjskie, apulijskie, rodem z Kampanii i Basilicaty. A także z Sardynii, ponieważ wśród lokali znalazła się moja ulubiona "Sardynia", serwująca non-stop dania z tej drugiej co do wielkości na morzu Śródziemnym wyspy, uważanej przez niektórych za potencjalną Atlantydę.
Impreza została zrealizowana dzięki projektowi Italian Food XP - Experience Italy South&Beyond. Zainicjował go włoski Narodowy Instytut Badań Turystycznych (Isnart), przy wsparciu Ministerstwa Kultury, Dziedzictwa Narodowego i Turystyki (Mibact). Projekt promuje Siec Włoskich Restauracji na Świecie pod znakiem Ospitalita' Italiana, produkcję enogastronomiczną z oznaczeniem (DOP, ITP, STG dla produktów spożywczych i DOC, DOCG i IGT dla win). A także popularyzuje za granicą piękno i atrakcje południowych regionów Italii we współpracy z Izbami Handlowymi we Włoszech i innych krajach. Tydzień Kuchni z Południa Włoch nad Wisłą wsparły Włoska Izba Przemysłowo-Handlowa w Warszawie, UnionCamere czyli organizacja zrzeszająca Włoskie Izby Handlowe, Isnart. Ja miałam okazję uczestniczyć w inauguracyjnej kolacji, zorganizowanej w innej mojej ulubionej restauracji - "San Lorenzo". Mam do niej szczególny sentyment, gdyż kilka lat temu jej szef Luca Dolfi udzielił ciekawej wypowiedzi do mojego przewodnika "Włochy jakich nie znacie".
Na koniec mam jeszcze jedną, istotną informację. Mimo, iż tydzień kuchni Południa zakończył się 25 września, w restauracjach nadal można skosztować niektóre potrawy tych regionów. Warto więc zajrzeć do warszawskich "San Lorenzo" i "Sardynii", ale i "L'Olivo", "Trattoria Pizza Calabria", "Piccola Italia" oraz "Vivere Italiano" we Wrocławiu: http://www.italianfoodxp.pl/ (Zdjęcia: Restauracje "San Lorenzo", "L'Olivo")
Na zwiedzanie San Gimignano z grupą zawsze jest za mało czasu. Pół godzinki, w najlepszym razie godzina i w dalszą drogę. Wystarcza na dojście z parkingu do Placu Cysterny i zjedzenie porcji lodów w Gelateria Dondoli. Kolejka pod tym wielokrotnie nagradzanym w konkursach zakładem jest zawsze znaczna, ale pracujące w nim dziewczyny są tak operatywne i sprawne językowo - rozumieją już nawet zamówienia po polsku!, że nie czeka się długo na upragniony rożek czy coppettę. Może dlatego ten Manhattan średniowiecza kojarzony jest najbardziej właśnie z lodami.
Będąc przed tygodniem z moja grupą, choć z szarych, chmur, tak nisko zawieszonych, że niemal zasnuwały szczyty tutejszych wież, stale kapało, postanowiłam przełamać ten stereotyp. San Gimignano zasługuje na czas, aby się po nim powłóczyć. I tak też uczyniłam, po obowiązkowych lodach - trzeba przyznać, są wyborne - dając grupie 1,5 godziny czasu wolnego. Sama, pod parasolem ruszyłam na drugi koniec średniowiecznej części miasteczka zamkniętej solidnymi murami. Zignorowałam sklepy z dziczyzną i alkoholami, oblegane przez tłumy, nawet te, które gwarantowały mi, że sprzedawane w nich kiełbasy z dzika pochodzą z rodzinnej produkcji.
Na sąsiadującym z Piazza della Cisterna, Piazza del Duomo czyli Placu Katedralnym nie można było wetknąć szpilki. Dwa konkurujące ze sobą orszaki gości weselnych wyglądały swoich państwa młodych, z których jedni zdecydowali się na ślub kościelny, a drudzy świecki. Ponieważ zaś świątynia sąsiaduje z Palazzo Nuovo della Podesta, znanym bardziej jako Palazzo del Comune, gdyż pełni funkcję Urzędu Miasta, stąd takie nagromadzenie przybyłych na podniosłą uroczystość. Nie miałam szansy znajdującej się w środku Sali Dantego, który dokładnie w 1300 r. , jako ambasador Republiki Florenckiej wypowiadał się przed tutejszym Podestą czyli najwyższym urzędnikiem, mającym uprawnienia sądownicze i wojskowe. Na urząd ten, ustanowiony w XII w. przez Fryderyka I Barbarossę, wybierano osoby pochodzące z obcych rodów książęcych i rycerskich, co gwarantować miało bezstronność ocen. Jak również zerknąć na bardzo erotyczny fresk sieneńczyka zmarłego potem w San Gimignano, Memma di Filippuccio w starym Palazzo del Podesta':
Zależało mi, aby dotrzeć do kościoła św. Augustyna, imponującej wielkością w stosunku do sąsiednich kamieniczek, budowli romańsko-gotyckiej, która z zewnątrz może rozczarować. W przeciwieństwie do chiostro, gdzie spędziłam sama kilka chwil na medytacji.
Wracając malowniczą uliczką S. Matteo, której patronuje św. Mateusz natknęłam się na samotną akwarelistkę, na przekór paskudnej aurze malującą kolejne widoczki San Gimignano pełne słońca. To nie był kicz jakich wiele oferuje się turystom nie tylko w toskańskich miastach. Jej obrazki miały to "coś". Sylvie James, bo tak się nazywa artystka, choć z pochodzenia Brytyjka, od lat mieszka w San Gimignano i tu tworzy. Con amore do ziemi, tradycji, natury. Impulsywnie sięgnęłam po portfel i lekką ręką zapłaciłam 15 euro za akwarelę. Niewiele za kwintesencję Toskanii. Takiej, za którą zawsze tęsknię w Warszawie: zielone wzgórza z domami z otoczaków, w powodzi cyprysów, łan czerwonych maków, a w oddali niczym miraż, spowite różaną mgiełką, San Gimignano. Ona właśnie zdobi początek tego posta. Czy nie jest urocza?
Mam dwie godziny wolne. Jedynie 120 minut dla siebie. W Sienie. Moja grupa, którą prowadzę po Toskanii od dwóch dni zaledwie - po obowiązkowym zwiedzaniu rozbiegła się we wszystkie strony: do katedry, na zakupy, na kawę.
Błądzę po wąskich uliczkach, które za każdym razem, gdziekolwiek bym nie skręciła, wyprowadzają mnie znów na Piazza del Campo. Mój wzrok przesuwa się po murach kontrad czyli dzielnic - miasto ma ich siedemnaście, a każda jakże oryginalną, nietypową nazwę. To nie warszawski Mokotów albo Wola, czy krakowskie Podgórze, Zwierzyniec lub Stare Miasto. W Sienie większość ma nazwy zwierzęce: Gęś, Baran, Żółw, Smok, Ślimak, Orzeł, Gąsienica, Jeżozwierz, Wilczyca, Pantera.
Tylko dziesięć z nich bierze każdorazowo udział w palio, końskiej gonitwie organizowanej dwukrotnie w ciągu roku na Piazza del Campo, gdzie wszelkie chwyty są dozwolone, byle tylko wygrać. Z niej właśnie słynie Siena.
O samym palio napisano już tak wiele: w przewodnikach, prasie, na blogach w przeciwieństwie do głównej nagrody. A jest nią właśnie Palio, stąd nazwa całego wydarzenia. Określane przez sieneńczyków mianem cencio jest w istocie oryginalnym malowidłem na materiale, a ściśle na jedwabiu w kształcie wydłużonego ku dołowi prostokąta. Rozpina się je na biało-czarnym stelażu i niesie niczym sztandar w procesji. Za każdym razem innemu artyście przypada zaszczyt stworzenia palio. W tym roku był to Tommaso Andreini, którego istnienie odkryłam właśnie podczas tych dwóch godzin w Sienie.
Zadecydował czysty przypadek. Mijałam właśnie galerię sztuki i zobaczyłam konie w pędzie. W tumanie kurzu, bo Piazza del Campo na palio pokrywane jest mieszaniną piasku i wulkanicznego tufu. Z szarego obłoku wynurzały się sylwety koni i dżokejów, tak realistyczne, jakbym oglądała film na you tube. A przecież było to płótno. Aż się zatrzymałam i już po chwili byłam w środku galerii, już pytałam jej właścicielkę o autora niezwykłego obrazu. Pokazała mi kolejne, a ja pożałowałam, że nie mogę ich wszystkich, z miejsca nabyć.
Wyraźna inspiracja surrealizmem w wydaniu Dalego, ale też poetyką Italo Calvino. Andreini, rocznik 1977 r. z równą swobodą bowiem tworzy obrazy realistyczne, jak i zanurza się w "odjechaną" baśniowość.
Zakochany w Sienie i w samym palio, od 1995 r. tworzy sztandary i dekoruje tamburyny dla kontrady Wieża (Contrada della Torre). Dla tej samej dzielnicy zaprojektował też uroczyste kaftany, w tym zwycięski w 2005 r. Nie narzeka na brak zleceń również od innych dzielnic, przeważnie dotyczących palio, jak również z poszczególnych parafii. Na co dzień pracuje dla sieneńskiej firmy Voltoini, zajmującej się restauracją dzieł sztuki. I maluje swoje zanurzone w legendach i palio obrazy:
Albo toskańskie miasta jak to na kolejnym płótnie, które mogłoby być zarówno Sieną jak i "Manhattanem średniowiecza", czyli San Gimignano, a może ponurą późniejszym popołudniem Volterrą?
Paleta barw to głównie wszystkie odcienie szarości, brudne błękity i beże. Tylko niekiedy pozwala sobie na malowanie nostalgicznych widoczków, które też nie są banalne: www.tommasoandreini.it/
Jego tegoroczne palio, poświęcone zresztą z duchem przesłania papieża Franciszka Miłosierdziu, jest surrealistyczne. Jednocześnie spełniając surowe reguły, jakim podlega. Najważniejszą z nich jest to, że malowidło musi zawierać elementy nawiązujące wyraźnie do wydarzenia, ku czci jakiego jest rozgrywane. 2 lipca jest to uroczystość Matki Bożej z Provenzano, zaś 16 sierpnia Wniebowzięcia Matki Boskiej. Kolejną, że palio lipcowe wykonywane jest zawsze przez artystę ze Sieny, a sierpniowe - nie pochodzącego z tego miasta. Wśród nich byli naturalnie najsłynniejsi, w tym Botero. ale też budzący kontrowersję czy wręcz oburzenie, jak libański malarz Ali Hassoun.
W 2009 r. wykonał on bowiem palio, na którym św. Jerzy zyskał rysy i strój arabskie, a w koronie Matki Boskiej sąsiadowały ze sobą elementy chrześcijańskie i muzułmańskie.
Niektórym hierarchom kościelnym taki synkretyzm religijny nie przypadł do gustu http://www.smtvsanmarino.sm/attualita/2010/07/03/negri-inaccettabile-drappellone-palio-siena
Igor Mitoraj to pierwszy artysta współczesny, którego rzeźby ozdobiły pizański Plac Cudów. Przyznam szczerze, że dotąd o tym nie wiedziałam. Prawdopodobnie dlatego, że nasze media, nie wiedzieć czemu, nie rozgłaszały tego faktu. Z drugiej strony dlaczego ja, będąc dziennikarką wcale się nie dziwię. Przecież z założenia wiadomo, że to temat mało "nośny", nie sprzeda się tak jak wiecznie "grana" aborcja, którą wyciąga się jak zająca z kapelusza gdy opozycja wypływa na niebezpieczne wody, ślub pani od testu białej rękawiczki czy inne, fascynujące przecież niezmiernie odbiorcę tematy.
Zmarłemu zaledwie dwa lata temu w Paryżu, polskiemu rzeźbiarzowi, od 1968 r. tworzącemu z sukcesem poza granicami naszego kraju poświęcona została w 2014 r. retrospektywa w Pizie. Blisko sto prac, pod jednym tytułem "Anioły (Angeli) artysty zapełniło nowo otwartą przestrzeń wystawową przy Piazza dei Miracoli - jej debiut nastąpił dokładnie w 950 lat od położenia pierwszego kamienia pod budowę katedry. Jednocześnie niektóre rzeźby wystawiono za zewnątrz, na budzącej tyle zachwytów, zielonej murawie, z której wyrastają, oślepiające niemal bielą w pełnym słońcu, budowle Placu Cudów. W ciągu zaledwie kilku miesięcy wcale wystawę (wstęp 3 euro dorośli, 2 euro dzieci i specjalne udogodnienia dla niepełnosprawnych) odwiedziło 50 mln turystów, dlatego zdecydowano się ją przedłużyć. Organizatorem wydarzenia była Opera della Primaziale Pisana: www.opapisa.it
Ja odwiedziłam Pizę z moją grupą, tym razem jako jej pilotka w ubiegłym tygodniu. I na tyłach Krzywej Wieży natknęłam się niespodziewanie na jednego anioła Mitoraja. Solidny brąz przekuty na smutek boskiego posłańca o złamanych skrzydłach. tak głęboki, że aż Krzywa Wieża z żalu niemal się wyprostowała, co pokazują moje zdjęcia.
Przebiegając strony poświęcone Mitorajowi we Włoszech w internecie, wyczytałam natomiast, że nie umknął zakusom wandali. Niedawno, bo w czerwcu łobuzy próbowały zniszczyć jedno z dzieł, stojące w Lukce. Wyrwały lancę Centaurowi, szczęście w nieszczęściu porzucając ją pod rzeźbą, widać ktoś przepłoszył złoczyńców. Jednak już miesiąc później pomnik odnowiono, o czym z dumą zakomunikował portal Lucca in diretta: http://www.luccaindiretta.it/versilia/item/29179-restaurato-il-centauro-di-mitoraj-danneggiato-dai-vandali.html
Vin santo i cantucci. Albo odwrotnie, ale i tak jedno łączy się z drugim. Te smakowite, twarde ciasteczka z migdałami, zanurzone właśnie w deserowym winie, które ze świętością może ale nie musi mieć dużo wspólnego, kojarzą się nieodłącznie z Toskanią. Mnie dzisiaj szczególnie, gdyż właśnie szykuje mi się kolejna wyprawa w te strony za równo tydzień. Sięgnęłam więc po zachomikowane vinello i cantucci, a że in vino nie tylko veritas, ale i natchnienie, ponownie zasiadłam do komputera i ruszył ciąg skojarzeń.
Najpierw troszkę historii. Tradycja vin santo obejmuje zarówno Toskanię, jak i sąsiednią Umbrię, a ten wyborny trunek wytwarzany jest ze szczepów Trebbiano i Malvasii. Legenda mówi, że podczas epidemii dżumy w 1384 r., pewien franciszkanin z Prato leczył ofiary zarazy winem mszalnym. Zyskało ono szybko nazwę świętego, gdyż dziesiątkowana przez czarną śmierć ludność uwierzyła w cudowne właściwości specyfiku. Według innych źródeł, przemawiający podczas Conciglio di Firenze w 1439 r., arcybiskup grecki Giovanni Bessarione miał rzec, wznosząc do góry kielich "To jest wino z Xantos", mając na myśli, należącą dziś do Turcji wyspę Ksantos (Xantos), nota bene wspomnianą już w homerowskiej Iliadzie. Zgromadzeni podczas obrad rady dostojnicy opacznie jednak zinterpretowali słowa hierarchy, myląc je z łacińskim sanctus czyli święty, przekonani, że ma na myśli boskie właściwości wina.
Cantucci pojawiają się na scenie historii znacznie później, oficjalnie po raz pierwszy w Vocavolario dell Accademmia della Crusca z 1691 r. jako "biscotto a fette, a fior di farina, con zucchero e chiara di uovo".
Wnoszę z tego, że znana nam z obrazu Leonarda Mona Lisa vin santo pić mogła. I może niejednokrotnie je kosztowała? Wiąże ją bowiem z tym trunkiem jedno miejsce, a mianowicie XIV -w. Villa di Vignamaggio, w miejscowości Petriolo, w samym sercu toskańskiej krainy wina, Chianti. http://www.vignamaggio.com/la-villa/monna-lisa-leonardo/
Współcześnie tenuta słynie z produkcji tego właśnie wina, w tym Vinsanto del Chianti Classico DOC.
Przed wiekami miejsce to, należące do kuzynostwa miała odwiedzać Lisa Gherardini, znana światu jako Mona Lisa czy też Monna Lisa z obrazu Leonarda, o której tak pisał Giorgio Vasari "Naprawdę portret ten każdego wybitnego artystę musi zdumieć i zachwycić. A chociaż pani Lisa była bardzo piękna, Leonardo szukał dodatkowych podniet z dziedzin sztuki. W czasie gdy pozowała, zawsze ktoś grał i śpiewał; sprowadzał nawet różnych trefnisiów, aby ją rozśmieszali. Szukał, jak odsunąć melancholię, którą tak często w portretach okazuje malarstwo. Tymczasem w portrecie Leonarda znalazł się tak czarujący uśmiech, że wydaje się bardziej niebiański niż ludzki".
I on zapewnił damie nieśmiertelność.
W ogrodach i villa Vignamaggio zagościła też na dłużej ekipa bodaj najlepszej w historii kina (przynajmniej dla mnie) filmowej adaptacji Szekspira w reżyserii Kennetha Brannagha, "Wiele hałasu o nic". Nie mam najmniejszych wątpliwości, że korzystała z zasobnych piwniczek posiadłości, delektując się nie tylko "świętym" winem. :)
“Dal porto di Vernazza le luci erano
a tratti scancellate
dal crescere dell’onde invisibili al
fondo della notte”
a tratti scancellate
dal crescere dell’onde invisibili al
fondo della notte”
Tak pisał Eugenio Montale o jednej z pięciu miejscowości Cinque Terre w Ligurii. Na zdjęciu o nieco spełzłych kolorach stoję, jeszcze bardzo nieśmiała przed obiektywem obcej osoby, która trzyma mój pierwszy, własny aparat. co ja mówię, aparacik, bawidełko, stupid camera, jaką z dumą nabyłam podczas mojego stypendium w Ligurii właśnie. Lata świetlne temu. Ubrana w trampeczki ze "szczęk" pod Pałacem Kultury i Nauki w kolorze żółtym - na szyi - "biżuteria" z lakierowanych nasionek, bodaj nasturcji. Taki domowy hand-made. Na ramieniu dzielnie dźwigam, ciężką jak pierun torbę ze Składnicy Harcerskiej. Zbyt szerokie szorty trzyma pasek z włoskiego mercatino "da pochi soldi". Nie stać mnie na wiele - właśnie kupiłam podręczniki na kursy, w tym tomiszcze Montalego.
Z tyłu mam mini-marinę, bo w Cinque Terre wszystko jest lilipucie, jak same "ziemie", skrawki lądu wydarte zazdrosnemu morzu przez tutejszych rybaków, aby na nich wznieść kolorowe jak odcienie słońca o różnych porach dnia, domeczki. Długo nie byłam w mojej Ligurii, niegdyś tak intensywnie zwiedzanej: tropami Konopnickiej, która w Nervi ma tablicę na nadmorskim deptaku, Żeromskiego, za to, że wysłał do Ligurii bohaterów "Dziejów grzechu", Byrona, upamiętnionego w Portovenere grotą dedykowaną "the immortal poet who as a daring swimmer defied the waves of the sea from Portovenere to Lerici" i Shelleya. Ten ostatni, pływak z kolei fatalny, zginął podczas sztormu na pokładzie szkunera z Pizy do Lerici. Już niedługo znów tam wrócę. Do mojej Ligurii.
Z tyłu mam mini-marinę, bo w Cinque Terre wszystko jest lilipucie, jak same "ziemie", skrawki lądu wydarte zazdrosnemu morzu przez tutejszych rybaków, aby na nich wznieść kolorowe jak odcienie słońca o różnych porach dnia, domeczki. Długo nie byłam w mojej Ligurii, niegdyś tak intensywnie zwiedzanej: tropami Konopnickiej, która w Nervi ma tablicę na nadmorskim deptaku, Żeromskiego, za to, że wysłał do Ligurii bohaterów "Dziejów grzechu", Byrona, upamiętnionego w Portovenere grotą dedykowaną "the immortal poet who as a daring swimmer defied the waves of the sea from Portovenere to Lerici" i Shelleya. Ten ostatni, pływak z kolei fatalny, zginął podczas sztormu na pokładzie szkunera z Pizy do Lerici. Już niedługo znów tam wrócę. Do mojej Ligurii.













