Widzicie tych trzech mężczyzn na dalszym planie po lewej stronie obrazu? Okryci płaszczami, z twarzami, które dobrze maskują czarne kapelusze o szerokich rondach stoją pod kościołem św. Łazarza od żebraków (Chiesa di S. Lazzaro dei Mendicanti) w takim miejscu Wenecji, które od wieków wyjątkowo inspirowało malarzy światowej sławy, a współcześnie również fotografików i filmowców. Nie jest to żaden z turystycznych must see places, a Rio dei Mendicanti - Kanał Żebraków. Oddzielający dwie dzielnice miasta, Canareggio i Castello, które łączy jeden most - miał opinię drogi wodnej pozwalającej na swobodną nawigację, co w Wenecji bynajmniej nie jest standardem. Jednocześnie jednak miejsce to, jak sama nazwa może sugerować cieszyło się złą sławą, gdyż kiedyś mieszkała tu biedota, a w okolicy grasowała malavita, czyli typy spod ciemnej gwiazdy. Wracając jednak do obrazu - trzej panowie na nim uchwyceni są jak najbardziej eleganccy, odstają wyraźnie zatem od swego biednego otoczenia. A uchwycił ich pędzlem w 1723 r. Giovanni Antonio Canal zwany Canaletto (1697-1768), wuj znanego nam Bernarda Belotta też zwanego Canaletto, autora słynnych vedut, czyli panoram miejskich Warszawy, którego trzechsetlecie urodzin w tym roku właśnie obchodzimy, o czym za chwilę. Bez Giovanniego Antonia nie byłoby niewątpliwie Bernarda Bellotta-malarza. To on wprowadził siostrzeńca w świat malarstwa, zdradził wszystkie techniki mu znane, w tym tajemnicę posługiwania się camera obscura. Ten prosty przyrząd optyczny, pierwowzór aparatu fotograficznego pomagał obu panom (ale też Leonardo da Vinci!) nie tylko w uzyskaniu efektów miękkości, kontrastów, lekkiego rozmycia, ale przede wszystkim perspektywy, choć podchodzili do niej... dosyć liberalnie. Giovanni Antonio uważany był prawdopodobnie przez sobie współczesnych za świetnego vedutystę, który zakochany w swoim mieście rodzinnym pokazywał je na swoich płótnach takim, jakie było, nie stroniąc zatem o dokumentowania na płótnie bolesnych różnic społecznych, a jednocześnie w świetle i kolorach dodających Wenecji blasku. Tym tropem poszedł potem Bernardo Bellotto, a uczeń przerósł mistrza do tego stopnia, że o tym drugim wiemy bardzo dużo.
Świadczy o tym chociażby piękna wystawa poświęcona młodszemu Canaletto w Zamku Królewskim w Warszawie. Tymczasem o jego wuju do naszych czasów przetrwały informacje szczątkowe. I to postanowił właśnie zmienić mój ulubiony, współczesny włoski pisarz, autor sfilmowanej trylogii o Medyceuszach - Matteo Strukul w swojej najnowszej powieści "Il cimitero di Venezia" (jeszcze nie przetłumaczonej na polski).
Akcja historycznego thrillera ropoczyna się nocą w Wenecji właśnie na Rio dei Mendicanti, w Kanale Żebraków, gdzie ubogi Sante przemieszczający się na swojej bieda-łódce natyka się na... trupa i to w dodatku pięknej, najwyraźniej pochodzącej z wyższych sfer młodej kobiety. Pech chce, że właśnie ten zaułek, w tym samym niemal czasie maluje Giovanni Antonio, co ściąga mu na głowę nie lada kłopoty z policją kryminalną i inkwizycją na czele, a sam doża zleca malarzowi bardzo trudną rolę... detektywa podążającego śladem bohaterów własnego płótna. Strukul wydobywa starszego Canaletta z cienia zapomnienia, a dzięki temu bardziej zrozumiały staje się dla nas i bliższy Bernardo Bellotto, któremu wuj sam zasugerował, aby przyjął jego przydomek - Canaletto słusznie rozumując, że dwaj artyści pracujący pod jednym szyldem mają większą moc przebicia. Giovanni Antonio swój przydomek zawdzięczał niewielkiemu wzrostowi, siostrzeniec chyba kłopotów z posturą nie miał, o czym świadczy jego autoportret zawarty na większym płótnie z okresu warszawskiego:
Natomiast w pierwszej fazie, terminując u wuja po prostu kopiował jego obrazy lub/i przedstawiał malowane przez niego miejsca z innej perspektywy. Oto obraz Bernarda przedstawiający to samo miejsce, Rio dei Mendicanti, ale oglądane od drugiej strony:
Skoro zaś wspomniałam, że Rio dei Mendicanti było tak ochoczo uwieczniane przez artystów - zaprezentuję, jak je widział Francesco Lazzaro Guardi (1712-1793), wenecki malarz rokokowy uważany za jednego z ostatnich przedstawicieli klasycznej szkoły weneckiej:
Nie mogę pominąć wizji Rio dei Mendicanti Johna Singera Sargenta (1856-1925). Ten amerykański malarz urodzony we Florencji, gdzie studiował na Akademii, zafascynowany Velazquezem zasłynął głównie jako portrecista VIP-ów tej rangi co Roosevelt czy Rockefeller, ale malował również pejzaże miejskie:
Czas jednak powrócić do głównego wątku i panów Canaletto.Na wspomnianej, warszawskiej wystawie poświęconej Bernardo Bellotto możemy zobaczyć więcej jego płócien z Wenecji:
Ten obraz przedstawia górny bieg Canal Grande z widokiem na Santa Croce i pochodzi z roku 1738, kiedy Bernardo, po zaledwie trzech latach terminowania u wuja został przyjęty do weneckiej gildii malarzy Fraglia dei Pittori. Dwa lata później, w towarzystwie swojego mistrza wyruszył do Padwy i Florencji, następnie do Rzymu. Z okresu pobytu Bernarda w Wiecznym Mieście pochodzi inny obraz z kolekcji zaprezentowanej na wystawie w Zamku Królewskim pokazujący Koloseum. Z prawej jego strony, na dalekim planie widnieje wyraźnie... Piramida Cestiusza, bardzo przecież odległa... Czy Bernardo w swoich czasach mógł ją tak widzieć czy, jak to miał w zwyczaju zabawił się z perspektywą przybliżając znacznie dalszy plan?
W dalszym okresie twórczości Canaletto będzie dążył do bardzo precyzyjnego oddania rzeczywistości tak, jak to ma miejsce w przypadku vedut Warszawy. Ale to już możecie sami zobaczyć wybierając się, moim tropem na wystawę do Zamku Królewskiego, którą Wam z całego serca polecam, gdyż zgromadzono na niej ponad 150 płócien mistrza wypożyczonych z wielu muzeów oraz kolekcji prywatnych z różnych częściach świata: https://www.zamek-krolewski.pl/bernardo-bellotto
Mam słabość do tej historii stworzonej przez Brama Stokera, tak, jak do wszystkich powieści gotyckich. Można ją interpretować na tyle rozmaitych sposobów, nie sprowadzając wszystkiego do wydłużonych kłów i morza krwi, którą do tej pory epatowali twórcy biorący na warsztat dzieło irlandzkiego pisarza przełomu XIX i XX w. Nawet genialny Francis Ford Coppola w swoim filmie opowiadającym o księciu Vladzie nie uniknął czerwonej farby i naturalnie ząbków. Natomiast, za co mu chwała, wybrał muzykę Wojciecha Kilara. Tylko ja jej z tego obrazu z Winoną Rider nie pamiętam. Z pewnością nie jest to wina utworów naszego kompozytora, po które sięgnął do swojej interpretacji Draculi, obsypany nagrodami choreograficznymi z całego świata obecny dyrektor Polskiego Baletu Narodowego, Krzysztof Pastor. I stworzył balet, o którym nie mogę przestać myśleć, gdyż podczas dwugodzinnego spektaklu w Teatrze Wielkim udało mu się mnie porwać skutecznie do świata, jaki wykreował na scenie. To właśnie muzyka Kilara nadała przedstawieniu rangę i rytm, stanowiąc jednocześnie zabawę intelektualną dla osób ją znających, gdyż Pastor sięgnął tu również po raz pierwszy w swojej karierze reżyserskiej, po muzykę filmową. I tak w Akcie I towarzystwo zebrane w londyńskim salonie pani Westerny, matki Lucy – przyjaciółki Miny tańczy walca z… „Trędowatej” Jerzego Hoffmana, bez wątpienia evergrenna, pomimo, że nakręconego w 1976 r. W akcie II, w tym samym salonie zabrzmi walc z „Ziemi obiecanej” Andrzeja Wajdy, filmu nakręconego rok wcześniej przed adaptacją „wyciskacza łez” Heleny Mniszkówny, bo w 1975 r. Jest też oczywiście muzyka z filmu Coppoli, ale tu rzeczywiście wspiera opowieść. Ponieważ jednak Pastor w wywiadzie zamieszczonym w programie spektaklu sam wyznaje, że było jej za mało, więc musiał się wspomóc jeszcze innymi utworami Kilara, co w sumie dało znakomity, moim zdaniem efekt. Do tego zmieniająca się niemal w każdym obrazie scenografia brytyjskiego duetu Phila R. Daniela i Chralesa Cusicka Smitha, z jednym jednak, dyskretnie stale obecnym elementem – koronkowymi, wiktoriańskimi arkadami pod sufitem stanowiącymi ilustracyjną ramę tej opowieści zachowującej wierność oryginałowi dzięki librettu Pawła Chynowskiego. Więcej na stronie tego bloga "Podróże intelektualne"
W piątek 7 października 2022r. Prezydent Miasta Stalowa Wola, pan Lucjusz Nadbereżny zaprasza wszystkich mieszkańców i przyjezdnych na pierwsze wydarzenie w ramach nowego cyklu pt.” Poznajmy się w Stalowej Woli”. Cykl ten ma na celu zaprezentowanie kultury różnych państw. Dlatego w programie poszczególnych wydarzeń nie zabraknie zabawy językowej, czyli krótkiego kursu danego języka, kuchni charakterystycznej dla wybranego kraju czy występów artystycznych nawiązujących do państwa – bohatera wydarzenia. Spotkania w ramach nowego cyklu będą również okazją do integracji obcokrajowców, którzy przybyli do Stalowej Woli, z mieszkańcami oraz zachęcenia stalowowolan do odwiedzania innych krajów.
Cykl spotkań zainicjuje słoneczna Italia, bogata w śródziemnomorskie smaki, ekskluzywną modę i barwnych artystów, a przede wszystkim charakterystyczna ze względu na niepowtarzalny sposób bycia i otwartość mieszkańców Półwyspu Apenińskiego.
Spotkanie odbędzie się w stalowowolskim Centrum Aktywności Seniora - nowoczesnym miejscu stworzonym nie tylko dla osób starszych, które ma łączyć pokolenia. Dlatego wieczór włoski adresowany jest do wszystkich grup wiekowych.
We włoski klimat o godz. 16 będę miała zaszczyt wprowadzić osobiście za sprawą prelekcji "Włochy jakich nie znacie" nawiązującej tytułem do mojej pierwszej publikacji o Włoszech sprzed 12 lat.
Do Stalowej Woli przywiozę natomiast swój "Atlas turystyczny Rzymu" - książkę będzie można nabyć w dniu wydarzenia.
W tym samym czasie o godz. 16 odbędą się warsztaty projektowania ubioru, którego tajniki przekażą zgromadzonym gościom odnoszące coraz większe sukcesy w świecie mody – Kovalowe. Projektantki opowiedzą również o udziale w Satisfashion Milano we Włoszech. Na warsztaty obowiązują zapisy. Ilość miejsc jest ograniczona.
Uczestnicy spotkania będą mogli również spróbować swoich sił w nauce języka włoskiego na przygotowanej specjalnie dla nich lekcji pokazowej, a po intensywnym kursie Giancarlo Russo zaprosi wszystkich smakoszy włoskiej kuchni na pokaz kulinarny z degustacją.
Giancarlo Russo to jedyny w Polsce oficjalny kucharz, który przygotował dania dla dwóch papieży: Jana Pawła II i Benedykta XVI oraz delegacji z Watykanu podczas pielgrzymek papieskich do Polski. Pełnił funkcję kucharza Episkopatu Polski. Jest laureatem nagrody Hermesa w kategorii Osobowość Gastronomii 2016 roku. Wieloletni, były Prezes Włoskiego Stowarzyszenia Kucharzy w Polsce (FIC Polonia). Aktywnie uczestniczy w najważniejszych wydarzeniach kulinarnych w Polsce i za granicą. Prowadzi szkolenia dla szefów kuchni i kucharzy oraz osób prywatnych pasjonujących się kuchnią włoską. Trener w wielu projektach gastronomicznych.
Po tej kulinarnej podróży czas na włoskie rytmy i koncert Marco Bocchino, który potrafi rozruszać każdą publiczność. Marco Bocchino to włoski wokalista, autor i kompozytor..Niejednokrotnie miał okazję przedstawić swoje włoskie piosenki polskiej publiczności, zarówno podczas koncertów jak i programów telewizyjnych, takich jak: Europa da się lubić, Pytanie na śniadanie czy Jaka to melodia? Wystąpił także w polskich preselekcjach festiwalu Eurowizja.
Podczas całego wydarzenia będzie można zajrzeć do nowej kawiarenki, napić się włoskiej kawy i skosztować pysznego ciasta. Będzie można również kupić włoskie produkty rzemieślnicze.
Poznajmy włoską kulturę w Stalowej Woli. Wstęp wolny. Liczba miejsc ograniczona.













