Che storia! Na początku z dużą fantazją podrasowana. Zamczysko w Bracciano oddalone o 30 km na północ od Rzymu postawił w 1470 r. przedstawiciel jednej z licznych gałęzi przepotężnego, wpływowowego w średniowieczu i renesansie rodu Orsinich. Dał on stolicy apostolskiej trzech papieży: Celestyna III ( 1191-1198; zatwierdził założony w Palestynie w 1190 r. zakon krzyżacki), Mikołaja III (1277-1280; jemu zawdzięczamy Ogrody Watykańskie) i Benedykta XIII (1724-1730; Kanonizował Stanisława Kostkę), a poza tym 34 kardynałów i licznych, najemnych dowódców, czyli kondotierów. Orsini potrafili "zrobić sobie PR". Otóż swoje nazwisko Orsini wywodzili od mitycznego założyciela ich rodu o imieniu Ursus, którego miała wykarmić niedźwiedzica - podobnie, jak Romulusa i Remusa -wilczyca w legendzie założycielskiej Rzymu. Stąd w ich herbie znalazł się czarny niedźwiedź, a już od VI w. zwano ich filis Ursis, synami Ursusa. Natomiast historycy dowodzą, że u początku rodu stał niejaki Orsicino, jeden z dowódców legionów cesarza Konstantyna, który został usunięty ze stanowiska w wyniku oszczerstwa. Nie dziwi zatem, że Orsini postawili na bajeczne początki.
Inżynierowie i architekci najwyższej próby pracowali przy wznoszeniu fortecy, która i dziś, czego mogłam doświadczyć odwiedzając ją wieczorem, robi wrażenie niezdobytej. Za ich bytności powstał dziedziniec honorowy, który pamięta króla Francji Karola VIII Walezjusza (roszcząc sobie prawa do Królestwa Neapolu, które odziedziczył po Andegawenach, zapoczątkował tzw. wojny włoskie). Krużganki dziedzińca przywiodły mi na myśl podobne, acz zdobniejsze i elegantsze na Wawelu czy Baranowie Sandomierskim. Schody z dziedzińca prowadziły do komnat reprezentacyjnych na piano nobile. Wśród nich wyróżnia się Sala Broni z imponujących rozmiarów freskiem ukazującym kondotiera Gentile Virginio Orsiniego służącego Królestwu Neapolu w pełni chwały, na czele niezliczonych wojsk ze wznoszacym się na skale, należącym do niego zamkiem w Bracciano. Gentile przedstawiony jest na nim jako wytrawny dyplomata negocjujący warunki pokoju z jadacym obok niego, konno Piotrem Medycejskim (zwanym Nieszczęśliwym z powodu odsunięcia go od władania Florencją po śmierci ojca).
Mnie jednak zachwyciły najbardziej fresk z Komnaty Kobiecej ilustrujący w 18 scenach sposoby spędzania wolnego czasu przez damy dworu. Mam więc je przed oczyma pięknie ubrane, w tańcu, ale też łowiące ryby, bawiące się na plaży, płynące łodzią przy dźwiękach muzyki. Malowidła mogły zostać wykonane na zlecenie Bartolomei Orsini, która w 1496 r. wykazała się niezwykłą odwagą stawiając opór oblegającym zamek wojskom Borgiów, zyskując przydomek Gentil Donna Guerriera
Gdy Paolo Giordano Orsini w 1558 r. poślubił Izabelę Medycejską, Bracciano stało się stolica księstwa o tej nazwie co rozpoczęło okres transformacji fortecy w rezydencję. Powstały loggie, łuki triumfalne, wiszące ogrody, a miłość mająca łączyć przedstawicieli obu znakomitych rodów została wyrażona w serii fresków w Apartamencie Prywatnym, którego obficie złocone sklepienie zdobi amor w powozie ciągniętym przez skrzydlate konie. Jak mówi legenda, Izabela nie była jednak mężowi wierna - w Czerwonej Komnacie przyjmowała podobno kochanków, aby po chwilach uniesień pozbyć się ich wrzucając do studni pełnej ostrzy. Można ją dzisiaj oglądać wraz ze studnią (już zamurowaną) w przyległym pomieszczeniu.
Duch rudowłosej damy ponoć krąży po zamku podczas burzowych nocy, gdyż jak mówi inna legenda, Izabelę za niewierność mąż w końcu zamordował. Znamienne, że czarnym charakterem jest w tej opowieści Izabela, prawdziwa kobieta renesansu znajaca kilka języków, grająca na lutni, pisząca poezję. Z mężem nigdy nie stworzyła zgodnego stadła - wszak ich małżeństwo było wyłącznie polityczne. Para rzadko mieszkała razem - ojciec Izabeli zaniepokojony rozrzutnością ziecia, starał sie córkę i jej wiano trzymac przy sobie - kobieta mogła korzystać z tych pieniędzy, co na ówczesne czasy było ewenementem i nie wzbudzało entuzjazmu męża, który też zdradzał.
W końcu XVII w. Orsini z Bracciano wymarli i forteca przeszła do rąk Odescalchich, którzy mają go w posiadaniu do dziś. Jest uważany za jedną z najpiękniejszych i najlepiej zachowanych rezydencji renesansowych.
Krążąc po nich podziwiam Salę do Tarota, dawną bibliotekę, przepastne łoża z badachimami w sypialniach, sale reprezentacyjne, ale też intymność wnętrz gabinetów, zaglądam do kuchni.
Zamek można zwiedzać codziennie, przez cały rok, również w okresie okołoświątecznym - oto tegoroczna choinka https://odescalchi.it/
Fruwając po necie znalazłam też kontrowersyjną fotkę z tegorocznej iluminacji zamku w disneyowskim stylu:
Castello di Bracciano jest modnym miejscem zawierania związków małżeńskich świata gwiazd. W 1949 r. "tak" powiedzieli sobie Tyrone Power i Linda Christian (rodzice Rominy Power), trzydzieści lat później Martin Scrosese i Isabella Rossellini (ich związek trwał jedynie trzy lata). W 1978 r. pobrali się tutaj Eros Ramazzotti i Michelle Hinziker. W 2006 r. odbył się natomiast ślub Toma Cruise'a z Katie Holmes - aktorka wystąpiła wówczas w sukni zaprojektowanej przez Giorgia Armaniego:
Dwa lata wcześniej zamek zagrał w filmie "Wirginia, mniszka z Monzy" w reżyserii Alberta Sironi.
Zamek otaczają tak szczelnie kamienne mury średniowiecznej części Bracciano, że mam wrażenie krążenia po jakimś labiryncie. Mdłe światełko stylowych latarenek wydobywa z ciemności klimatyczne lokaliki, w których można przysiąść wieczorem na dobre jedzenie.
U podnóża twierdzy ściele się jezioro Bracciano. Powierzchnia jeziora wynosi 57,5 km². Głębokość dochodzi do 165 metrów. Jest ono jeziorem wulkanicznym, które powstało poprzez połączenie się kilku wygasłych wulkanów. Otacza go mnóstwo hoteli, gdyż jest to doskonały punkt wypadowy do Wiecznego Miasta. W sezonie - idealne miejsce do wypoczynku i kąpieli. Najwygodniej dojechać na miejsce samochodem, a w przypadku jego braku - linią kolejową FM3 ze Stazione Ostiense w Rzymie.
Zdjęcia wnętrz - FB Castello di Bracciano
Czwarte co do wielkości w Imperium Rzymskim po Termach Karakalli i Dioklecjana oraz termach w Trewirze zostały zbudowane w antycznym mieście Odessos, dzisiejszej Warnie.
Moje pierwsze skojarzenie, gdy kilka dni temu je oglądałam było z Herkulanum. W obu miejscach bowiem współczesne zabudowania pietrzą się kilka metrów nad starożytną ruiną. Dlatego nie można w pełni ocenić ich ogromu - część bowiem nadal kryje się pod fundamentami bloków i żaden archeolog nie podejmie tam eksploracji.
Wiadomo jednak, że były potężne. Wzniesione między II a III w n.e. podczas panowania Septymiusza Sewerusa, cesarza, który urodził się w Libii - za jego czasów doszło do rozszerzenia granic Imperium w Afryce od Mauretanii po Trypolitanię. W 202 r. wydał rozporządzenie zakazujące przyjmowania wiary chrześcijańskiej i żydowskiej oraz zgromadzeń, co spowodowało nasilenie represji wobec tych grup. Jednocześnie zafascynowany prawem. Obrońca ubogich. Był ojcem cesarza Karakalli
Łaźnie mają powierzchnię około 7000 m², zachowane mury w niektórych miejscach osiągają wysokość 22 m. Są największymi w regionie Bałkanów i największym zachowanym starożytnym budynkiem na terenie dzisiejszej Bułgarii.
Łaźnie działały do 280 r.n.e. Pełniły ważną funkcję społeczną w starożytnym Odessos, gdyż były nie tylko miejscem, gdzie dbało się o higienę ciała, ale też o tężyznę fizyczną. Przede wszystkim zaś słyżyły za dobry punkt spotkań, przede wszystkim mężczyzn, którzy korzystali z nich codziennie, podczas gdy kobiety tylko w określone dni w tygodniu.
Wyposażone były w wiele udogodnień, w tym apodyterium, frigidarium, tepidarium i caldarium, a także palestrę. Ciepło we wnętrzach uzyskano z pomocą hypokaustum, czyli ogrzewania podłogowego (to współczesne działa na podobnej zasadzie). Zachowało się całe pomieszczenie z jego elementami.
W połowie IV tysiąclecia p.n.e. rozpoczął się napływ na tereny obecnej Bułgarii plemion koczowniczych z Azji Środkowej. W V wieku p.n.e. utworzyły one Królestwo Tracji. Tereny te zdobyli Rzymianie i w połowie I wieku powstała tam rzymska prowincja Mezja. W Warnie znajduje się imponujące Muzeum Archeologiczne ze zbiorami od czasów neolitu, w tym mnóstwem zachwycających, złotych ozdób znalezionych w nekropolii z tamtych odległych czasów. Placówka ma też sale poświęcone czasom rzymskim. Powstały wówczas nowe mury miejskie, termy, świątynie, ulice zostały wybrukowane i ozdobiły je liczne pomniki, a teatry z czasów greckich odnowiono. Nie mogło zabraknąć tak obecnego na ścianach pompejańskich domów fallusa - symbolu prosperity.
W połowie IV tysiąclecia p.n.e. rozpoczął się napływ na tereny obecnej Bułgarii plemion koczowniczych z Azji Środkowej. W V wieku p.n.e. utworzyły one Królestwo Tracji. Tereny te zdobyli Rzymianie i w połowie I wieku powstała tam rzymska prowincja Mezja. W Warnie znajduje się imponujące Muzeum Archeologiczne ze zbiorami od czasów neolitu, w tym mnóstwem zachwycających, złotych ozdób znalezionych w nekropolii z tamtych odległych czasów. Placówka ma też sale poświęcone czasom rzymskim. Powstały wówczas nowe mury miejskie, termy, świątynie, ulice zostały wybrukowane i ozdobiły je liczne pomniki, a teatry z czasów greckich odnowiono. Nie mogło zabraknąć tak obecnego na ścianach pompejańskich domów fallusa - symbolu prosperity.
- Leccisu w dialekcie salentyńskim, pietra leccese po włosku to miękki, wapienny kamień o miodowo-piaskowym odcieniu wydobywany w prowincji Lecce przez co łatwo go kształtować – opowiada Emanuele Antonio Gigante, właściciel pensjonatu w Lizzanello w okolicach Lecce i rzeźbiarz.
Znajdujemy się na południu Włoch, w moim ukochanym regionie Apulia, na Półwyspie Salentyńskim, który pokazała mi moja lokalna cicerone, dziennikarka Carmen Mancarella.
Pensjonat i pracownia Antonia, gdzie oczywiście zawiozła mnie Carmen pełne są nastrojowych lamp, figur i abstrakcji. W swoim studio rzeźbiarz organizuje warsztaty dla turystów.
Sąsiadują one z wielkim, odkrywkowym kamieniołomem – skałę w ciętych blokach wydobywał z niego ojciec Antonia.
– Leccisu zobaczysz w Salento wszędzie – od budowli megalitycznych po barokowe kościoły w Lecce, w których artyści celem uodpornienia kruchej jak widzisz, porowatej skały na kaprysy pogody moczyli ją w kozim lub krowim mleku – podkreśla mój gospodarz. I demonstruje mi, jak z kamienia pokrytego flamastrowym wzorem jednym ruchem młoteczka uderzającego w dłutko „wyskakują” zaplanowane wzory liści i kwiatów.
Przejmuję od Antonia dłuto i młoteczek, gdyż sama chcę się zabawić w artystę. Rzeczywiście łatwo rzeźbi się w leccisu i łatwo, jak się nie ma o tym pojęcia, zepsuć materiał. Tym bardziej podziwiam otaczające mnie dzieła.
Zaopatrzona w wiedzę, jak rzeźbi się w pietra leccese, mogę teraz zanurzyć się w sztukę baroku w samym Lecce.
Te pełne detali zdobienia kolumn, portali, fontann zachwycają kunsztem wykonania.
Nie tylko mnie, skoro sztuka barokowa Lecce doczekała się własnej monety 5 euro:
Zdjęcie monet 5 euro FB Turismo Italia News
Już za dwa tygodnie znów ruszam na moje włoskie trasy. Nim to jednak nastąpi - chciałam podziękować Czytelnikom, Wam kochani za wierność. Wszak od miesięcy nic nie piszę, a nadal przy mnie trwacie, zaglądacie i moje zasiegi, zamiast maleć, rosną. Dużo się dzieje i sporo piszę, ale przede wszystkim do National Geographic Traveler, intensywnie jeżdżę i coraz więcej oprowadzam włoskich, małych grup po Warszawie. Stąd to milczenie. Pragnę się jednak poprawić. Postaram się przynajmniej. Dlatego dziś zdecydowałam się na kilka zdań o Subiaco. Miejscowość oddalona 54 km od Rzymu odegrała bardzo ważną rolę w rozwoju sw. Benedykta z Nursji. To jeden z moich ulubionych, bo niezwykłych świętych, których szlakiem lubię prowadzić pielgrzymów po Włoszech (wg moich programów autorskich). Benedykt urodził się w Umbrii, w miejscowości Nursja (wł. Norcia), dosłownie rzut kamieniem od Roccaporeny i Cascii związanych ze św. Ritą - kolejną, niebanalną świętą z moich podróży. Wracając do Benedykta - kojarzony jest z opactwem na Montecassino, które zbudował na gruzach pogańskiego miejsca kultu. Ja jednak lubię zaglądać do Subiaco, który stanowił etap "przed", gdy Benedykt postanowił ostatecznie zrezygnować z uroków życia doczesnego, a miał z czego, skoro ojciec był właścicielem ziemskim, stać go było na wysłanie syna na studia do Wiecznego Miasta, które jednak przerwał. Dlaczego, skoro po upadku Imperium Rzymskiego chrześcijaństwo dynamicznie się rozwijało? Były to jednak zarazem czasy chaosu, inwazji barbarzyńców. Benedykt w tym niepewnym, głośnym świecie zapragnął nagle izolacji, ciszy, miał potrzebę odnalezienia, usłyszenia tego, co mu naprawdę w duszy gra. Wybrał grotę właśnie w okolicach Subiaco. Położoną wysoko w Apeninach. Prawdopodobnie planował najpierw życie w samotności. Zamknięty pośród skał, okryty zwierzecymi skórami, z broda i długimi, niestrzyżonymi włosami wydał się najpierw góralom wypasającym w pobliżu kozy jakimś dziwnym stworem. Odkryli w nim jednak szybko "człowieka Bożego", zaczęli przynosić mu jedzenie, a on stał się dla nich pasterzem dusz. Wkrótce zaczęli dołączać do niego uczniowie i z vita contemplativa przeszedł do vita attiva. Pod jego kierunkiem powstało 12 małych klasztorów po 12 uczniów każdy. Dziś klasztor w Subiaco jawi sie jako imponujące dzieło architektoniczne.
Dosłownie wbity w zbocze góry Taleo, wyrasta z niej podparty dziewięcioma potężnymi arkadami. Wnętrze z kolei stanowi skomplikowany labirynt przejśc i kaplic na kilku poziomach nadbudowanych nad oryginalną grotą św. Benedykta, w której znajduje się jego młodzieńcza, lśniaca bielą marmuru, figura.
Fascynujące jest połączenie skał z tynkiem pokrytym cennymi freskami ilustrujacymi życie św. Benedykta i jego siostry - bliźniaczki, Scholastyki, z którą został pochowany na Montecassino.
Rzadko kto wie, że w klasztorze znajduje się prawdopodobnie najbardziej wiarygodny wizerunek sw. Franciszka z Asyżu, który przywędrował pieszo do Subiaco jeszcze przed otrzymaniem stygmatów i został sportretowany przez nieznanego artystę.
Jest też wśród malowideł jedno jakże dosadnie będące odzwierciedleniem maksymy memento mori - trzy stadia rozkładu ciała po śmierci, która nie oszczędza nikogo, ani biednego, ani bogatego odzierając go z wszelkich bogactw, o czym tak kapitalnie pisał ks. Józef Baka: O bogaczu!/Godnyś płaczu/Masz gody/ Wygody/I futra/Do jutra (...)Po chwili/Posili/Śmierć łzami/Konwiami/Twoje złoto/Jako błoto.
Do 251 metrów głębokości liczy Jezioro Iseo, 25-km akwen polodowcowy we włoskiej Lombardii, gdzie miałam okazję podziwiać jeden z najbardziej urokliwych wschodów słońca. Jego jasna kula wysuwała się powoli zza zaśnieżonych szczytów Alp Lombardzkich, zalewając wodną toń i kołyszące się na niej łódeczki oraz jachty złocistym światłem.
O tak wczesnej porze nie było wokół mnie żywej duszy, zaś wytyczone wzdłuż brzegu ścieżki zachęcały do długiego spaceru. Wreszcie, po dłuższym marszu przysiadłam i zapatrzyłam w skrzące jakby tysiącem diamentów lustro wody.
Gdzieniegdzie wyskakiwały ponad jego powierzchnię ryby - jezioro obfituje w szczupaki i liny, które po złowieniu szybko lądują na stołach okolicznych restauracji.
Piękno natury sprawiło, że przypomniała mi się lokalna legenda. Otóż przed wiekami w jednej z nadbrzeżnych wsi stał śliczny romański kościołek zdobiony dzwonnicą. Niestety ani jego uroda ani też dźwięk dzwonu nie były wstanie przyciągnąć mieszkańców do świątyni - skłóceni ze sobą, aroganccy i samolubni, nie tyle omijali, co ignorowali Dom Boży. Zdesperowany proboszcz postanowił więc pomodlić się o pomoc do Niebieskiej Instancji, a ta wysłała anioła, który zasugerował kapłanowi zbudowanie potężniejszego dzwonu o bardziej donośnym dźwięku. Jednak gdy duchowny zwrócił się z taką prośbą do okolicznych ludwisarzy, ci mu zdecydowanie odmówili, na odczepnego darowując nieco metalowych odpadów. Zrozpaczony ksiądz znów poprosił o pomoc anioła. - Nie martw się więcej, sam zdołasz wykonać ten dzwon, tylko musisz do stopu dorzucić to srebrne cyborium, które ci daję, co zapewni dzwonowi krystalicznie czysty dźwięk i moc - zapewnił anioł. I dodał: - Zobaczysz, teraz już ludzie przyjdą do kościoła, a jeśli tak się nie stanie, sam Bóg ześle na nich straszliwą karę!
Dzwon udał się proboszczowi wyjątkowo i zachwycał anielskimi tonami, jednak tylko jego - wieśniacy po raz kolejny go zlekceważyli. Przez wiele tygodni duchowny nie dawał za wygraną, wspinał się na wieżę, wprawiał w ruch serce dzwonu za pomocą długiego sznura, co kosztowało go wiele wysiłku, aż pewnego dnia padł martwy. Anioł, który wcześniej przyszedł mu z pomocą, tym razem zabrał go do nieba. Dzwon zaś dzwonił donośnie dalej, już sam, przez całe dnie prowokując coraz większe drgania wielkiego masywu skalnego zawieszonego nad wsią. Tak nadwerężony, runął pewnej nocy na zabudowania grzebiąc pod rumowiskiem opornych ludzi, a całość zalały wody jeziora. Podobno czasem z doni dobiega dźwięk anielskiego dzwonu, zawsze jednak zwiastuje nieszczęście. Jezioro otacza niewysoka na szczęście, wpisana kolorystycznie w krajobraz architektura. Mnóstwo tu niewielkich hotelików i nieskategoryzowanych miejsc, w których można wypocząć. Ja spałam na przykład w przesympatycznym hoteliku "Stazione" z widokiem na rzekę Oglio, która właśnie w miejscowości Paratico łączy się z jeziorem. Co zabawne, w połowie mostu przerzuconego nad rzeką kończy się wspomniane Paratico i w tym samym miejscu zaczyna kolejna miejscowość, Sarnico. Iseo przegrywa rywalizację z północnowłoskimi jeziorami Garda czy Como, według mnie niezasłużenie, gdyż i jego wody oplatają liczne szlaki piesze oraz rowerowe, a w pobliskich Alpach kuszą via ferraty. Mało tego, niedaleko znajduje się światowej klasy atrakcja turystyczna, czyli Narodowy Park Rysunków Naskalnych w Naquane w Val Camonica. Było to pierwsze miejsce w Italii wpisane na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO już w 1979 r. Prehistoryczne petroglify rozrzucone są na 2000 skał w ponad 180 miejscowościach na terenie 24 gmin, a ich wiek sięga 10 tys. lat wstecz. Park otwarty jest również poza sezonem (wiosną do zachodu słońca). Amatorzy starożytnego imperium rzymskiego odnajdą ślady jego niegdysiejszej obecności wzdłuż trasy rowerowej wytyczonej brzegiem rzeki Oglio - Ciclabile dell'Olio (ruiny rzymskiego miasta w Cividate Camuno, sanktuarium bigini Minerwy w Breno czy najlepiej zachowany dom alpejski z I w p.n.e. w Pescarzo (Capo di Ponte). Mniejszy napływ turystów oznacza niższe ceny i większy spokój dla tych, którzy pragną wypocząć w ciszy - w sezonie lokale zamykane są jak na Włochy bardzo wcześnie, bo ok. 22.
Pomocny link:
href="https://www.in-lombardia.it/en/tourism-in-lombardy/valle-camonica">
Zdjęcia własne oprócz Val Camonica: Anfiteatro Romano Cividate Camuno Luca Giarelli/Wikimedia oraz rysunki naskalne www.turismovallecamonica.it/
Piękno natury sprawiło, że przypomniała mi się lokalna legenda. Otóż przed wiekami w jednej z nadbrzeżnych wsi stał śliczny romański kościołek zdobiony dzwonnicą. Niestety ani jego uroda ani też dźwięk dzwonu nie były wstanie przyciągnąć mieszkańców do świątyni - skłóceni ze sobą, aroganccy i samolubni, nie tyle omijali, co ignorowali Dom Boży. Zdesperowany proboszcz postanowił więc pomodlić się o pomoc do Niebieskiej Instancji, a ta wysłała anioła, który zasugerował kapłanowi zbudowanie potężniejszego dzwonu o bardziej donośnym dźwięku. Jednak gdy duchowny zwrócił się z taką prośbą do okolicznych ludwisarzy, ci mu zdecydowanie odmówili, na odczepnego darowując nieco metalowych odpadów. Zrozpaczony ksiądz znów poprosił o pomoc anioła. - Nie martw się więcej, sam zdołasz wykonać ten dzwon, tylko musisz do stopu dorzucić to srebrne cyborium, które ci daję, co zapewni dzwonowi krystalicznie czysty dźwięk i moc - zapewnił anioł. I dodał: - Zobaczysz, teraz już ludzie przyjdą do kościoła, a jeśli tak się nie stanie, sam Bóg ześle na nich straszliwą karę!
Dzwon udał się proboszczowi wyjątkowo i zachwycał anielskimi tonami, jednak tylko jego - wieśniacy po raz kolejny go zlekceważyli. Przez wiele tygodni duchowny nie dawał za wygraną, wspinał się na wieżę, wprawiał w ruch serce dzwonu za pomocą długiego sznura, co kosztowało go wiele wysiłku, aż pewnego dnia padł martwy. Anioł, który wcześniej przyszedł mu z pomocą, tym razem zabrał go do nieba. Dzwon zaś dzwonił donośnie dalej, już sam, przez całe dnie prowokując coraz większe drgania wielkiego masywu skalnego zawieszonego nad wsią. Tak nadwerężony, runął pewnej nocy na zabudowania grzebiąc pod rumowiskiem opornych ludzi, a całość zalały wody jeziora. Podobno czasem z doni dobiega dźwięk anielskiego dzwonu, zawsze jednak zwiastuje nieszczęście. Jezioro otacza niewysoka na szczęście, wpisana kolorystycznie w krajobraz architektura. Mnóstwo tu niewielkich hotelików i nieskategoryzowanych miejsc, w których można wypocząć. Ja spałam na przykład w przesympatycznym hoteliku "Stazione" z widokiem na rzekę Oglio, która właśnie w miejscowości Paratico łączy się z jeziorem. Co zabawne, w połowie mostu przerzuconego nad rzeką kończy się wspomniane Paratico i w tym samym miejscu zaczyna kolejna miejscowość, Sarnico. Iseo przegrywa rywalizację z północnowłoskimi jeziorami Garda czy Como, według mnie niezasłużenie, gdyż i jego wody oplatają liczne szlaki piesze oraz rowerowe, a w pobliskich Alpach kuszą via ferraty. Mało tego, niedaleko znajduje się światowej klasy atrakcja turystyczna, czyli Narodowy Park Rysunków Naskalnych w Naquane w Val Camonica. Było to pierwsze miejsce w Italii wpisane na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO już w 1979 r. Prehistoryczne petroglify rozrzucone są na 2000 skał w ponad 180 miejscowościach na terenie 24 gmin, a ich wiek sięga 10 tys. lat wstecz. Park otwarty jest również poza sezonem (wiosną do zachodu słońca). Amatorzy starożytnego imperium rzymskiego odnajdą ślady jego niegdysiejszej obecności wzdłuż trasy rowerowej wytyczonej brzegiem rzeki Oglio - Ciclabile dell'Olio (ruiny rzymskiego miasta w Cividate Camuno, sanktuarium bigini Minerwy w Breno czy najlepiej zachowany dom alpejski z I w p.n.e. w Pescarzo (Capo di Ponte). Mniejszy napływ turystów oznacza niższe ceny i większy spokój dla tych, którzy pragną wypocząć w ciszy - w sezonie lokale zamykane są jak na Włochy bardzo wcześnie, bo ok. 22.
Pomocny link:
href="https://www.in-lombardia.it/en/tourism-in-lombardy/valle-camonica">
Zdjęcia własne oprócz Val Camonica: Anfiteatro Romano Cividate Camuno Luca Giarelli/Wikimedia oraz rysunki naskalne www.turismovallecamonica.it/



















































