Szwajcara Tima Meyera dobrze już znają ci, którzy tak jak ja „pochłonęli” w ubiegłym roku „Syryjską legendę”. Tym razem jej autor, Wojciech Kulawski z Bliskiego Wschodu, gdzie rozgrywała się akcja tamtej książki zabiera nas wraz z głównym bohaterem, archeologiem-pasjonatem do Meksyku, aby w Prologu „Meksykańskiej hekatomby” wrzucić od razu w jakąś totalnie ciemną dziurę, zdawałoby się bez wyjścia. Kto by pomyślał, że szansą na życie okażą się… damskie tipsy? Skąd je Tim weźmie, jak się nimi posłuży, a przede wszystkim dlaczego znalazł się w betonowej pułapce? Hola, hola – nie tak szybko! W najciekawszym momencie Kulawski kończy Prolog i cofa akcję w czasie. Widzimy Tima z przyjacielem, który leniwie sączy drinki nad basenem Hotelu Mesaluna w okolicach meksykańskiego miasta Ciudad Juarez. Jest tak sielsko-anielsko, że my po miesiącach pandemicznego zamknięcia wręcz marzymy, aby się z archeologiem zamienić na miejsca i korzystać do woli z formuły all inclusive. Dlatego wypieramy wcześniejsze, migawkowe pojawienie się nowych postaci i to ważnych figur: Johna Gizroma, szefa Biura Badań i Rozwoju CIA oraz generała Gabriela Mendozy, szefa CISEN-u. Co prawda obaj wspominają o jakimś tajemnym projekcie Genius, a właściwie jego zamknięciu, co zresztą stępia naszą czujność, ale nas kusi plażing z Timem nad basenem. I wtedy na ziemię spada… meteoryt. Koniec świata? Nie, to dopiero początek ostrej jazdy. Podczas wartkiej akcji, która znów tak pędzi jak Formula Rossa, najszybszy na świecie rollercoaster w Ferrari World w Abu Dabi dołączają wciąż nowi bohaterowie.
Jednak z licznej galerii pojawiających się w powieści postaci dla mnie najciekawszy jest duet dwóch kobiet – agentki CIA, Walerii i narzeczonej gangstera, Fridy. Obie są olśniewająco piękne i potrafią bez jakichkolwiek skrupułów wykorzystać swoją urodę do osiągnięcia zamierzonych celów. W tym dążeniu przekraczają wszelkie, niewyobrażalne dla zwykłego człowieka granice, zostawiając pod względem pomysłowości daleko w tyle wszystkich zaludniających strony książki mężczyzn. Bledną przy nich nawet rywalizujący o wpływy dwaj przywódcy narkobiznesowych band oraz skorumpowany polityk.
Interesującym wątkiem jest ten poświęcony eksperymentom na ludziach, w których pobrzmiewają dalekim echem marzenia hitlerowskich Niemiec o stworzeniu ubermensch. Warto przy tym pamiętać, że koncepcja nadczłowieka w literaturze pojawia się już u Fiodora Dostojewskiego, który czerpie z heglowskich teorii wielkich jednostek, a potem u Fryderyka Nietzchego. W „Meksykańskiej hekatombie” przedmiotem doświadczeń są istoty najsłabsze, dzieci. Jaką cenę przyjdzie im zapłacić za to, że służą nauce i ile można dla niej poświęcić? Dyskusja na ten temat wychodzi poza ramy tej powieści i jest nie tylko kontynuacją, wariacją tematyki poruszanej chociażby u noblisty Kazuo Ishiguro w dwóch rewelacyjnych jego książkach: „Nie opuszczaj mnie” (film na jej podstawie jest znacznie słabszy https://www.youtube.com/watch?v=OmBAKgAHgpk) oraz „Klara i słońce”.
U Kulawskiego sporo jest zresztą odniesień literackich. Widać, że ten autor czyta, ogląda i reaguje na współczesny świat. Podejmuje z nim dialog. To bardzo stymulujące intelektualnie również dla bardziej wymagającego czytelnika, zalewanego teraz w Polsce literaturą prymitywnej, nie zmuszającej do zbytniego myślenia, papki, w której zmielone są razem: ocierający się o toporne porno, seks i epatujący scenami grozy kryminał, a to wszystko doprawione nadmiarem wulgaryzmów. W „Meksykańskiej hekatombie” też mamy sceny erotyczne. I to jakie! – nie zdradzę, ale warto je przeczytać. Są w niej też kryminał, sensacja w stylu kina akcji, bo ten autor pisze „filmowo”, bardzo plastycznymi „kadrami”, które po prostu od razu widzimy. Pojawiają się sceny katastroficzne, elementy fantastyki naukowej z nawiązaniami do prozy Ericha von Dänikena, Stanisława Lema, ale też Herberta George’a Wellsa czy Aldousa Huxleya („Nowy wspaniały świat”).
Dzieje się a dzieje na każdej właściwie stronie. Upadek meteorytu, który okazuje się już… drugim, a może nawet entym w tym samym miejscu, tajemnicze, podziemne laboratorium z genialnymi, klonowanymi obiektami-dziećmi, widowiskowe odbicie więźnia z wcześniej nie do zdobycia placówki odosobnienia przy pomocy pancernego pociągu, korupcja polityków, walka dwóch gangów handlarzy narkotyków, tajne operacje CIA i miejsce, "gdzie ludzie rodzą się bogami" - starożytne miasto piramid, Teotihuacan. I jak zwykle u Kulawskiego zaskakujący koniec. „Z tego świata każdy ma tyle, ile sobie weźmie” – taką dedykację napisał mi autor w egzemplarzu recenzenckim. Ile z niego i czy uczciwie czerpiemy, jak to czynią bohaterowie powieści i kto okaże się wielkim wygranym? Bardzo się zdziwicie. Sięgnijcie więc po „Meksykańską hekatombę”. A przy okazji przeczytajcie też "Syryjską legendę", którą również recenzowałam:
- Nie ma duchów! To inscenizacja – orzekła autorytatywnym tonem pewna blogerka, wydymając piękne wargi w wymowną „podkówkę” na widok zdjęcia Żółtej Damy uchwyconej na murach Zamku w Liwie. Widmo ducha będącego „wizytówką” mazowieckiej warowni zarejestrował naoczny świadek zdarzenia, Dawid Kołodyński 18 listopada 2014 r.
Spór o to natomiast, czy duchy istnieją czy nie miał miejsce zaledwie tydzień temu, podczas wizyty studyjnej dziennikarzy i blogerów, zorganizowanej przez Urząd Marszałkowski Województwa Mazowieckiego w Warszawie.
Jednym z punktów programu było zwiedzanie Zamku w Liwie. Położony nad rzeką Liwiec, tuż przy historycznej granicy Mazowsza i Litwy, o czym przypomina drewniany znak z Orłem u podnóża nie przypomina bynajmniej klasycznych zamków.
Do dzisiaj bowiem z murowanej twierdzy, jaką kazał wznieść książę mazowiecki Janusz I Starszy pozostała praktycznie tylko wieża bramna, a na jej tyłach ruiny jednego z dwóch równoległych budynków – w miejscu jednego z nich znajduje się XIX-w., pobielany dworek. Nietypowa to zatem konstrukcja i… mała. Oryginalny zamek wzniesiono na planie kwadratu i najbardziej przypomina twierdzę w litewskich Trokach, która jednak doskonale zachowała się do naszych czasów i jest kubaturowo większa. Do obu zamków, co ciekawe prowadzą podobne, drewniane mosty – ten w Liwiu zbudowany, czy też odtworzony na podstawie wykopalisk archeologicznych i „zasponsorowany” ze środków UE, wyposażono w tablice informacyjne.
Oprowadzający naszą grupę po warowni „tropiciel” duchów alias kustosz mieszczącego się w niej muzeum, Dawid Kołodyński wspomniał, że stanęła na nadliwieckich mokradłach, a wsparto ją na wbitych w grząskie dno – palach. Podobnie jak we włoskiej Wenecji.
Na zamku w Liwie straszy na potęgę i biada temu, kto uważa, że to bujda. „Czucie i wiara silniej mówi do mnie niż mędrca szkiełko i oko” – deklarował poczciwy Mickiewicz w swojej programowej balladzie „Romantyczność”. A ja zdanie wieszcza podzielam, bo jakże to zamek bez ducha? To jakby pannę bez giezła puścić…
W warowni w księżycowe noce (ale i te czarne jak smoła, też), na murach pojawia się dama w żółtej sukni – to kasztelanowa Ludwika, którą zazdrosny mąż, pan zamczyska ściąć kazał, gdy rzekomo zgubiła trzy jego cenne podarunki, pierścienie z brylantami. Miesiąc po tym, jak głowa pięknej kobiety spadła pod ciosem miecza okazało się, że biżuterię zrabowała sroka-złodziejka i schowała w gnieździe w pobliżu zamku. Gdy prawda wyszła na jaw – kasztelan zakończył życie skacząc z zamkowej wieży http://liw-zamek.pl/zolta-dama/ Inna legenda mówi, że w przyzamkowych mokradłach tkwią szwedzkie armaty z czasów „potopu” http://liw-zamek.pl/armaty-szwedzkie/, zaś w piwnicach zamkowych są skarby pochowane przez królową Bonę http://liw-zamek.pl/o-diable-co-zlota/.
Żółta dama z Liwca doczekała się nie tylko sesji foto, ale i serii obrazów pędzla Aleksandra Puszkina, zdobiących klatkę schodową prowadzącą na mansardę dworu. Przy czym zbieżność imienia i nazwiska ze słynnym rosyjskim pisarzem, autorem m.in. „Borysa Godunowa” czy „Eugeniusza Oniegina” jest czystym przypadkiem. „Nasz” Puszkin to białoruski malarz, choć poetyka zastosowana w obrazach żywo przypomina bajkową atmosferę puszkinowskiego poematu „Rusłan i Ludmiła” (kto nie czytał – polecam!). Obrazy po prostu mnie oczarowały i myślę, że i Wam się spodobają (to cały cykl przedstawiony wyżej, wraz z obrazem otwierającym posta oraz ostatni, poniżej)
Na ścianie u szczytu schodów prowadzących na mansardę dworku przykuwa natomiast uwagę nowa wersja Bitwy pod Grunwaldem według Krzysztofa Buczaka, czyli wybrane „kadry” wyjęte z płótna Matejki i zestawione tak, aby dały efekt ruchu. Co o tym myślicie?
Wreszcie, już na mansardzie – prawdziwy rarytas, czyli Panorama Berezyna, a raczej jej reprodukcja prezentująca w skali 1:500 nieistniejące już teraz w całości dzieło Wojciecha Kossaka i Juliana Fałata. Płótno przedstawia drugi dzień przeprawy przez rzekę Berezynę podczas odwrotu z Rosji Wielkiej Armii Napoleona. W oryginale dzieło miało wymiar 15x200 m, ale gdy Kossak nie znalazł dla niego stałego miejsca ekspozycji, zaczął ciąć je na kawałki i sprzedawać w częściach. Do dziś zachowało się w różnych miejscach w Polsce sześć fragmentów panoramy.
Pod egidą kustosza zwiedziliśmy też Galerię „Podziemie” i piwnicach gotyckich – co za miły chłód w pełen spiekoty, lipcowy dzień! To tu znajduje się makieta zamku z Przygródkiem oraz artefakty wykopane przez archeologów, w tym zestaw osiemdziesięciu pięciu grotów do strzał kuszniczych (tzw. bełtów) oraz fragmenty pięknych renesansowych kafli kominkowych pochodzących z budynków zamkowych.
Przy pomoście Przygródka rozpościera się zielona murawa pola namiotowego, a dosłownie naprzeciwko karczma, w której i nasza grupa jadła obiad. Niestety nie poleciłabym tego miejsca smakoszom, bo pierogi mają grube ciasto, a nadzienie pozostawia sporo do życzenia. Przydałyby się tutaj kuchenne rewolucje, choć niekoniecznie w wykonaniu Magdy Geissler, za której metodami i menu nie przepadam, stawiając na przykład na Roberta Sowę. Na tyłach zamku, za wspomnianym znakiem dawnej granicy Mazowsza i Litwy leniwie toczy wody Liwiec. Na mikroskopijnej plaży można zażyć kąpieli słonecznej, a potem rzucić się w rzeczny nurt bez obaw, bo w tym miejscu jest płytko.
A jak chcecie dowiedzieś się więcej o zamkach z duchami na Mazowszu, to przeczytajcie mój artykuł na stronie magazynu ŚWIAT PODRÓŻE KULTURA:https://magazynswiat.pl/23868/polska-gdzie-na-mazowszu-straszy.html
Potrafi snuć opowieść jak rzadko kto z pisarzy jej pokolenia. I nieważne, czy jest to współcześnie osadzona historia dziewczyny z patologicznej rodziny (trylogia "Jedno życie wystarczy"), czy powieść historyczna. Taką bowiem są "Zniewoleni" - najnowsza książka małopolanki osadzona w realiach XIX-wiecznej Galicji, będąca pierwszą częścią trzytomowej sagi rodzinnej Niepołomice. Tutaj burzliwy romans tylko pozornie jest wątkiem zasadniczym, a tak na prawdę stanowi pretekst do jakże filmowego przedstawienia okresu między rzezią galicyjską a powstaniem styczniowym. O tym pierwszym, chłopskim zrywie pod egidą Jakuba Szeli przeciw panom uczono nas w PRL-owskiej szkole jakoś bez przekonania i jednostronnie, tendencyjnie: "dziedzice - obiboki z możnych rodów źle traktowali poddanych, to ci im odpłacili". Był też w tym podtekst ideologiczny: socjalistyczna ojczyzna zniosła podziały na stany i teraz więcej nie będzie rozlewu krwi bratniej, bo wszyscy mają po równo (czyli, jak pamiętamy niewiele, a nową klasą dominującą i wyzyskującą były komunistyczne władze). Edyta Świętek, choć historykiem nie jest to widać, że dzieje swojej małej ojczyzny dobrze przestudiowała, dzięki czemu uzyskujemy obraz tej jakże tragicznej rabacji oglądany ze wszystkich stron: panów-dziedziców, ich poddanych-chłopów pańszczyźnianych, ale i kmieci wyzwolonych, gospodarzących na własnych morgach otrzymanych ongiś jeszcze przez króla oraz Żydów. A ten obraz żywo przypomina film "Wołyń" Wojciecha Smarzowskiego. Bo choć oba wydarzenia dzieli sto lat, to przyczyny tragicznego pogromu, który nie oszczędza nawet kobiet, starców i dzieci są podobne. Rzeź galicyjska i powstanie styczniowe stanowią jakby ramy książki, pomiędzy którymi osnuta jest zasadnicza opowieść o losach trzech rodzin, w tym dwóch szlacheckich - Parnickich i Żelechowskich oraz wyzwolonych kmieci, Trzosów. Nota bene rodzina o tym nazwisku rzeczywiście mieszka w pobliżu Niepołomic z dziada pradziada, a ziemie jej nadał sam król Kazimierz Wielki. Jednak pisarka podkreśla we wstępie, że wykorzystałą tę historię jako inspirację do stworzenia bohaterów fikcyjnych, którzy nie mają nic współnego z potomkami tamtego rodu.
Dzięki takiej właśnie konstrukcji powieści, gdzie postacie wymyślone spotykają się z tymi znanymi z kart historii, czyta się ją po prostu świetnie. Z jednej strony bowiem czerpie z naszej literatury XIX w. - dźwięczą w niej dalekie echa "Nad Niemnem", "Lalki" Prusa. Są nawiązania do poezji romantycznej i malarstwa Grottgera w scenach walki powstania styczniowego w finale. Jednak to, co zawsze stanowi siłę książek autorki to włąśnie postacie tak przedstawione, że wydają się jak żywe, z krwi i kości. Każda inna, obdarzona odmiennymi cechami charakteru i w zależności od pozycji społecznej odziana i mówiąca we właściwy dla niej sposób. Świętek niczym Oskar Kolberg sięgnęła przy tym jakże zręcznie do dawnej kultury galicyjskiej wsi, wykorzystując zarówno język - poszczególne słowa nadające właściwy koloryt i ludową poezję, gusła, zabobony. Mamy więc chłopkę Bernadetę, której teściowa przed urodzeniem dziecka nie pozwala myć i czesać włosów, bo "tak trzeba dla odegnania złego". Ta sama Betka zresztą, mimo zaawansowanej ciąży wyrusza do ukrytego w lasach, cudownego źródełka po tym, jak rzuca na nią urok inna kobieta - dopiero, gdy dziewczyna w wodzie dostrzega monstrancję (ona ją rzeczywiście widzi - jakże piękne nawiązanie do Mickiewicza, romantycznej opozycji czucia oraz szkiełka i oka), wie, że urodzi zdrowe dziecko. I rzeczywiście na świat wydaje chłopczyka jak malowanie. Pisarka ciekawie przedstawia też społeczność wyznania mojżeszowego z zawiadującym wioskową karczmą starym Mojsiejowiczem, który wie, że "Żyd, aby mu się dobrze działo, musi trzymać z każdym". Ciekawym zabiegiem jest pokazanie zubożenia naszej szlachty, która aby ratować majątki musi wchodzić w koligacje z niższymi stanami - dlatego Antoni Parnicki poślubia kupcównę Cecylię Zalewską.
Bohaterowie "zniewoleni" są nie tylko poprzez fakt, że Polska znajduje się pod zaborami, bo ten fakt boli jedynie szlachtę, która marzy o kolejnym powstaniu. Chłop z kolei zniewolony jest przez dziedzica, do którego należy, a ten czyni to wiele sposobów nie tylko poprzez pańszczyznę (przymus pracy, bicie, a nawet zabijanie), ale i bezkarne "psucie" wioskowych panien i młodych mężatek, przede wszystkim zaś brak edukacji. To właśnie ciemnota wsi sprawia, że austriacki zaborca tak łatwo manipuluje chłopami. Świętek znakomicie to pokazuje.
I jeszcze jedno - autorka w swojej sadze znów porusza się po bliskich jej miejscu zamieszkania terenach tym razem akcję powieści sytuując pośród niepołomickiej puszczy. Jest to zaś obszar wyjątkowo związany z polską historią, gdyż o nim wspomina już Długosz w swoich kronikach.
Miłość - spełniona i niespełniona, zazdrość kobiety o kobietę, nienawiść chłopów do ciemiężycieli - panów i wreszcie okupione krwią zrywy niepodległościowe - powieść pełna jest emocji zwrotów akcji tak szybkich i emocjonujących, że zaczynając ją czytać należy odłożyć wszelkie inne sprawy ad acta, póki nie zamknie się książki na ostatniej stronie. Bardzo wszystkim polecam lekturę zwłąszcza na obecne, burzowe wieczory!
Edyta Świętek, Niepołomice. Zniewoleni, Wydawnictwo Skarpa Warszawska, Warszawa 2021 r.
W grudniu bieżącego roku minie sto lat od chwili, kiedu Giacomo Puccini przeprowadził się do domu w nadmorskim kurorcie Viareggio, który pieszczotliwie nazwał "Villino", czyli "willunią". Z tej okazji Fundacja Giacomo Puccini, realizująca właśnie kampanię "The Lands of Giacomo Puccini" otwiera od 17 lipca dla zwiedzających wnętrza posiadłości kompozytora.
W niej właśnie Puccini stworzył znaczną część swojej ostatniej, niedokończonej opery "Turandot". Dopisania finału dzieła podjął się, wg wskazówek mistrza zaprzyjaźniony z nim kompozytor Franco Alfano. Podczas prawykonania opery w mediolańskiej La Scali, orkiestra i spiewacy zamilkli, a dyrygujący całością Arturo Toscanini odwrócił się do widowni i rzekł: "Tutaj kończy się dzieło nie dokończone przez mistrza z powodu jego śmierci".
W tym miejscu Puccini spędził ostatnie trzy lata swojego życia, aby w listopadzie 1924 r. wyjechać do Brukseli na operację raka gardła. Kilka dni po niej jednak, 29 listopada kompozytor zmarł na atak serca.
Z willą Pucciniego w Viareggio związana jest też postać Galileo Chiniego, autora scenografii do opery i masek z ceramiki zdobiacych dziś fasadę domu. Dzięki współpracy Fundacji z Muzeum Enrico Caruso całe lato w willi wypełni program artystyczny poświęcony 100-leciu śmierci wielkiego tenora. Sama willa otwarta będzie do 18 września, z tym że zwiedzanie odbywać się będzie tylko w soboty - w godzinach 15-18 (cztery wejścia na dzień). Rezerwacja biletów na stronie: puccinimuseum.org (Źródło: Camera di Commercio Industria Artigianato Agricoltura di Lucca, zdj. Camera di Commercio i Anna Kłossowska - Turandot i zdjecie pośmiertne)
Wizz Air uruchomił loty z Dubrownika w Chorwacji. Łącznie linia oferuje trzy trasy z "Perły Dalmacji": do Rzymu, Warszawy i Wiednia. Pierwszy lot Wizz Air z Warszawy do Dubrownika został powitany salutem wodnym 3 lipca. Trasa do Wiednia ruszy jeszcze w lipcu, a do Rzymu we wrześniu. Bilety są dostępne na wizzair.com lub poprzez aplikację mobilną WIZZ.
Aby pomóc pasażerom i załodze podróżować bezpiecznie i bezproblemowo, linia Wizz Air wdrożyła dodatkowe procedury w zakresie higieny ułatwiające utrzymywanie dystansu fizycznego podczas wchodzenia na pokład oraz zwiększenie czystości w samolocie. Pasażerowie powinni odprawiać się drogą elektroniczną oraz dokonywać płatności online za usługi (m.in. wykupując dodatkowy bagaż), aby zminimalizować zbędny kontakt fizyczny na lotnisku. W celu prób powstrzymania rozprzestrzeniania się możliwych infekcji, pasażerowie są proszeni o przestrzeganie nowych zasad dotyczących dystansu fizycznego zarówno podczas wchodzenia jak i schodzenia z pokładu.
Skuteczny system wentylacji w samolotach WIZZ całkowicie zmienia powietrze w kabinie 20 razy na godzinę. Pomimo faktu, że filtry HEPA znajdujące się we wszystkich samolotach Wizz Air, odfiltrowują z powietrza w kabinie 99,97% wirusów i bakterii, załoga oraz pasażerowie są zobowiązani nosić maski podczas całego lotu.
Wizz Air zapewnia, że jego klienci mogą bez obaw dokonywać rezerwacji. Aby zachować spokój, pasażerowie mogą rezerwować bilety wraz z pakietem ubezpieczenia podróżnego linii, który obejmuje ubezpieczenie COVID-19* i Wizz Flex. Dzięki WIZZ Flex, pasażerowie mogą bezpłatnie odwołać swój lot do 3 godzin przed wylotem i natychmiast otrzymać 100% kwoty rezerwacji w punktach WIZZ.
Ubezpieczenie podróżne Wizz Air obejmuje koszty leczenia i ochronę anulowania w przypadku zakażenia COVID-19. rms, obowiązują warunki i wyłączenia.
(źródło: Wizz Air, zdj. Anna Kłossowska)
Jak informuje Warszawska Organizacja Turystyczna m.in. na swojej stronie https://wot.waw.pl/project/pokemon-go-fest-city-activation-w-warszawie/, dzięki jej zaangażowaniu jedno z największych wydarzeń w świecie gier mobilnych zawita do Warszawy. Już 17 lipca 2021 w stolicy odbędzie się Pokemon GO Fest 2021 – City Activation.
Warszawa jest jednym z 22 miast na świecie, w których Niantic, właściciel tej najpopularniejszej gry mobilnej, zdecydował się zorganizować wiele dodatkowych atrakcji w przestrzeni miejskiej dla graczy. Aktywacja miejska polega na przemieszczaniu się i eksploracji miasta przez osoby grające w grę Pokemon GO na swoich smartfonach. W aplikacji opartej na formule AR (augmented reality - rozszerzonej rzeczywistości) gracze będą mieli do wykonania różne zadania oraz pojawią się specjalne postaci z tej gry do odkrycia w Warszawie.
Liczba graczy Pokemon GO na całym świecie sięga wielu milionów, przeciętny użytkownik gier AR ma 22-35 lat, a na swoje hobby, w tym związane z nim podróże, wydaje znaczne sumy pieniędzy. Warto podkreślić, że Warszawa jest jedynym miastem w regionie Europy Środkowo-Wschodniej, w którym ten event się odbędzie (ogółem na świecie wydarzenie odbędzie się w Polsce, Niemczech, Austrii, Hiszpanii, Wielkiej Brytanii, Francji, USA i Australii). Listę wszystkich miast oraz dalsze szczegóły dotyczące wydarzenia można śledzić https://pokemongolive.com/events/city-activation/ (źródło: WOT, zdj. Pixabay)
Wrocław – Olsztyn-Mazury to połączenie, które właśnie znalazło się w nowej ofercie wrocławskiego portu lotniczego. Podróż z Dolnego Śląska na Warmię i Mazury potrwa niewiele ponad godzinę, a całą trasę obsługiwać będą linie lotnicze Ryanair.
Nowe połączenie lotnicze z Wrocławia do Olsztyna to dobra wiadomość dla miłośników wypoczynku nad jeziorami i fanów żeglarstwa, a także mieszkańców Warmii i Mazur, którzy chcieliby odwiedzić Wrocław i cały Dolny Śląsk. Do tej pory podróż samochodem na Mazury zajmowała nawet pół dnia. Teraz możliwość krótkiego lotu ma zachęcić turystów do podróży w obu kierunkach.
– Połączenie lotnicze Wrocław-Olsztyn otwiera nowe możliwości, szczególnie dla turystów w sezonie wakacyjnym, który niedawno się rozpoczął. Zapraszamy również mieszkańców Warmii i Mazur do korzystania z połączenia i odkrywania uroków naszego pięknego regionu. Dzięki takim działaniom wspomagamy branżę turystyczną, a Mazury jeszcze nigdy nie były tak blisko Dolnego Śląska. – podkreśla Cezary Przybylski, Marszałek Województwa Dolnośląskiego.
Krótki czas podróży na Mazury to świetna perspektywa zwłaszcza dla osób, które planują spędzić tegoroczne wakacje w kraju.
– Siatka połączeń wakacyjnych z wrocławskiego lotniska jest bardzo bogata. To nie tylko popularne kierunki na południe Europy czy lubiane destynacje czarterowe, ale też propozycje dla tych, którzy chcą spędzić wakacje w Polsce. Teraz do wygodnych i szybkich połączeń dochodzi możliwość podróży w wyjątkowo atrakcyjny region Warmii i Mazur – mówi Dariusz Kuś, prezes Portu Lotniczego Wrocław.
Do Olsztyna polecimy dwa razy w tygodniu: w poniedziałki o godz. 11.55 i piątki o 17.35. W te same dni tygodnia turyści mogą podróżować także w odwrotnym kierunku: w poniedziałek o 13.25 i w piątek o godz. 19.05.
– Nowe połączenie jest korzystne nie tylko dla wrocławian, ale również mieszkańców Warmii i Mazur, przed którymi otwiera się perspektywa szybkiej i bezpiecznej podróży na Dolny Śląsk. Stale zachęcamy, by zwiedzać nasz region. Na turystów we Wrocławiu i na całym Dolnym Śląsku czeka wiele zachwycających miejsc, dzięki którym wakacje będą źródłem wielu pozytywnych wspomnień – zachęca Cezary Pacamaj, wiceprezes Portu Lotniczego Wrocław. – Mnie to połączenie cieszy wyjątkowo, bo Mazury odwiedzam regularnie, przeżywając tam latem cudowny czas i doceniając walory tamtejszej przyrody. Uśmiecham się na samą myśl, że w ciągu godziny z drobnym okładem mieszkańcy Wrocławia mogą teraz przenieść się do mazurskiego raju. To połączenie godne polecenia tym bardziej, że, niestety, zaczyna nam zaglądać w oczy widmo czwartej fali pandemii i nowe mutacje koronawirusa, co znów może komplikować zagraniczne podróże. Choć mam ogromną nadzieję, że unikniemy najgorszego, w czym sami sobie dopomożemy – szczepiąc się – dodaje Jacek Sutryk, prezydent Wrocławia.
Krajowe połączenie lotnicze z Olsztynem to jeden z prawie 80 kierunków oferowanych przez tanie linie lotnicze, przewoźników sieciowych i biura podróży. Siatka połączeń wrocławskiego lotniska jest bardzo szeroka i oferuje wiele atrakcyjnych kierunków, w tym typowo wakacyjnych jak wyspy Korfu, Kos czy Kreta, Zadar i Split, a także Majorka, Teneryfa, Malaga, Girona pod Barceloną, Alicante, Ateny czy Rzym. Z Wrocławia polecimy też na Maltę, do Bolonii i na Sycylię (Palermo), a także do Bari, Neapolu i na Cypr (Larnaka). Ponadto z biurami podróży można wybrać się z wrocławskiego lotniska do Albanii, Egiptu (Hurghada i Marsa Alam), Tunezji, Turcji (Antalya i Bodrum), Bułgarii (Warna i Burgas), a także do Grecji i na Sardynię. Niedawno uruchomione zostało ponownie połączenie do Zurychu, a już wkrótce polecimy z Wrocławia bezpośrednio na londyńskie lotnisko Heathrow. To ważne połączenie otwierane przez linie British Airways będzie realizowane dwa razy w tygodniu: w czwartki i niedziele.
Wybierając się na wakacje warto pamiętać, że na lotniskach wciąż obowiązują zasady bezpieczeństwa związane z przepisami i zaleceniami pandemicznymi. Wrocławski port stara się jak najbardziej ułatwić podróżowanie m.in. poprzez możliwość wykonania na lotnisku szybkich testów antygenowych na obecność koronawirusa.
Mazowiecka Regionalna Organizacja Turystyczna rozpoczęła kolejną letnią akcję promocyjną pn. #KamperemPoMazowszu, która podczas wakacji obejmie swoim zasięgiem ponad 40 atrakcji turystycznych i wydarzeń na Mazowszu na trasie liczącej kilka tysięcy kilometrów.
Wakacyjne relacje z naszych wojaży będą na bieżąco pojawiały się w mediach społecznościowych m.in. www.Facebook.com/ModaNaMazowsze, aby informować gdzie najlepiej wybrać się kamperem lub z przyczepą i czego realnie można spodziewać się na miejscu.
W okresie ciągłego zagrożenia pandemią Covid-19 kampery cieszą się olbrzymim zainteresowaniem, dzięki swej mobilności i możliwościom zapewnienia bezpiecznej podróży i noclegu, poza zatłoczonymi kurortami. Pokazanie takich kameralnych miejsc na Mazowszu i promocja spędzania urlopu w Polsce to jeden z celów przedsięwzięcia.
Dodatkowo w ramach akcji będą gromadzone materiały do pierwszego na Mazowszu przewodnika caravaningowego. Odwiedzenie campingów, pól dla kamperów i zebranie informacji o dostępnej tam ofercie i infrastrukturze będzie swoistą diagnozą i punktem wyjścia do opracowania mazowieckiego turystycznego produktu caravaningowego.
Partnerami akcji są nowi członkowie MROT:
– Wypożyczalnia kamperów KoKo Kamper (https://kokokamper.pl/)
– Warszawskie Centrum Caravaningu – Szerokiej Drogi (https://szerokiejdrogi.com/ )
Na wakacyjnej trasie wyprawy znajdą się m.in. następujące miejsca:Zamek Liw i Węgrów, Dwór Mościbrody i Siedlce, Farma Iluzji, Jeruzal i gmina Mrozy, Winnica Dwórzno, Muzeum Pułaskiego i Warka, rzeka Pilica, Puszcza Kozienicka, Radom, Szydłowiec, Mszczonów i Termy Mszczonów, Żyrardów, Żelazowa Wola, Brochów, Sanniki,Pojezierze Gostynińskie, Płock, Muzeum Wsi Mazowieckiej i Sierpc, Zamek w Ciechanowie i Ciechanów, Torus i Opinogóra, Kadzidło i Wach, Zamek w Pułtusku i Pułtusk, Zalew Zegrzyński,oraz m.in. imprezy: Wino i Oliwa w Winnicy Dwórzno, Targi Misja Kampinos, 700 Lecie Warki.
W każdym z odwiedzanych miejsc udostępniane są odwiedzającym mapy i przewodniki po Mazowszu oraz magazyn Moda na Mazowsze. Całość akcji jest przygotowana i realizowana przez zespół MROT.(Żródło: MROT, zdj. Marta Wasilewska)




















