Krakersy, herbatniki od Wedla i cynamonowe sucharki. Marszałek Piłsudski miał słabość do tych słodkości, a ja w ubiegły piątek mogłam skosztować jego przysmaki w cukierni "Babeczki" w Sulejówku https://www.facebook.com/cukierniababeczki/ Tu bowiem zostały odtworzone, wg oryginalnej receptury Cynamonowe Suchary Marszałka. W przeciwieństwie do zwykłych sucharów są cieniutkie, kruche, delikatne i smakują cynamonem oraz wanilią. A jak szybko znikają z tacy - oto dowód w postaci poniższego zdjęcia:
W tej samej cukierni zajadałam się też Różą Marszałkowej, czyli Aleksandry, drugiej żony Piłsudskiego, bezą z kremem mascarpone - palce lizać:
Ta degustacja stanowiła punkt wycieczki szlakiem Bitwy Warszawskiej 1920 r, zorganizowanej przez Mazowiecką Regionalną Organizację Turystyczną.
"Willa Marszałka Piłsudskiego" - kto nie widział choćby jej zdjęcia (fotografie często nie oddają rzeczywistej kubatury) może sobie wyobrażać, że ten wybitny mąż stanu mieszkał na niekończących się metrażach i opływał w luksusy. Tak, jak chociażby powojenni, komunistyczni bonzowie. Tymczasem Milusin nawiązujący stylem do architektury dworkowej już z zewnątrz jest niewielki, a w środku -zważywszy, że musiał pomieścić rodzinę Marszałka, też raczej skromnych rozmiarów. Stanął w 1923 r na gruncie kupionym dwa lata wcześniej przez drugą żonę Piłsudskiego, Aleksandrę, a jego budowę ufundował Komitet Żołnierza Polskiego ze zbiórki - wojacy zresztą brali udział w realizacji projektu znanego architekta Kazimierza Skórewicza. Ofiarowując Dziadkowi majątek ziemski uczczono Jego zasługi dla Ojczyzny. On sam znalazł w Milusinie spokojną przystań na trzy lata, 1923-26, czyli od czasu dymisji ze stanowiska szefa Sztabu Generalnego (Marszałkiem wstrząsnął też mord na prezydencie Gabrielu Narutowiczu - nie taką demokrację w wywalczonej z trudem II Rzeczpospolitej sobie wyobrażał!) do przewrotu majowego. Gdy wrócił do politycznej gry, odwiedzał willę tylko sporadycznie. Po śmierci Marszałka willa pozostawała w rękach Jego żony do września 1939 r., gdy pani Aleksandra w obliczu niebezpieczeństwa wojny wyemigrowała z córkami do Londynu. Losy Milusina były dalej arcyciekawe - najpierw naturalnie zajęli go Niemcy, a po zakończeniu światowego konfliktu Ludowe Wojsko Polskie, które wywiozło stąd wszystko, co się dało.Do 1956 r. dworek pozostawał w gestii Ambasady ZSRR, a następnie - na szczęście dla obiektu i bezpośredniej okolicy - działało tu przedszkole. A ponieważ dzieciaki musiały mieć podwórko do zabawy, gruntów nie rozparcelowano. Po transformacji ustrojowej willę przekazano Fundacji Rodziny Józefa Piłsudskiego, z którą minister kultury i sztuki zawarł umowę na utworzenie Muzeum Józefa Piłsudskiego w Sulejówku. Co pozostało z dawnego Milusina - miałam okazję przekonać się w ubiegły piątek, gdy zwiedzałam go wraz z grupą kolegów-dziennikarzy jako punkt programu wycieczki zorganizowanej przez Mazowiecką Regionalną Organizację Turystyczną szlakiem Bitwy Warszawskiej 1920 r. Naturalnie zachowała się bez zmian cała bryła domu, ale też układ pokoi, stolarka drzwi i okien, drewniane parkiety, po których teraz można chodzić tylko w plastikowych ochraniaczach - i słusznie, bo Milusin dopiero co odremontowano. Na szczęście nie ujęło mu to "patyny", jaką nadaje historycznym wnętrzom upływ czasu. Udało się też odzyskać nieco z wystroju wnętrz. Mogłam więc podziwiać oryginalne meble w saloniku, tyle, że siłą rzeczy pokryte nową tapicerką.
W saloniku stoi też pianino przypominające, że pani Aleksandra na nim grywała (instrument nie należy do dawnego wyposażenia), a za nim, we wnęce, na kolumnie "odzyskany" wazon. Na kominku z kolei nie każdy zwróci uwagę na malutką, czarną zeźbę Szaman autorstwa Julii Stabrowskiej - obraz jej męża, "Staw w Parku" też do Milusina trafił z powrotem, jak i pejzaże Wilna pędzla Ignacego Pinkasa, ponadto obrazy StanisławaIgnacego Witkiewicza przedstawiające panią Aleksandrę oraz Jadwigę (przedstawioną jak na dziewczynkę w dosyć demoniczny sposób - artysta wspomagał się przy malowaniu procentami jak "pyfko" czy madera plus inne używki, co zresztą uczciwie wypisał w rogu dzieła):
W odtworzonej sypialni, nad jakże wąskim, rzekłabym spartańskim łóżkiem wiszą fotografie rodziców Ziuka, a obok stoi autentyczny stolik szachowy.
Ukryty w obfitym drzewostanie odtworzonego pieczołowicie ogrodu z czasów Piłsudskich, Milusin stanowi dziś część całego kompleksu Muzeum Józefa Piłsudskiego w Sulejówku.
Willi nie widać (taki był zamysł Krzysztofa Jaraczewskiego, architekta, prezesa Fundacji Rodziny Józefa Piłsudskiego i pierwszego dyrektora placówki) z nowoczesnej, betonowej bryły budynku głównego:
Sięgające kilku pięter podziemia kryją arcyciekawą wystawę stałą "Dla Rzeczypospilitej. Marszałek Piłsudski 1867-1935".
Cieszę się, że i mnie udało się ją w końcu obejrzeć. Przyznam, że cała koncepcja podróży przez życie Marszałka wraz z zaznaczonymi wyraźnie "zakrętami" losu przypomniała mi ekspozycję w Świątyni Opatrzności Bożej, której autorzy spletli razem życie kardynała Stefana Wyszyńsiego i Karola Wojtyły - papieża Jana Pawła II.
Są też przestronne sale przeznaczone na warsztaty dla dzieci i młodzieży z kapitalnymi rekwizytami, w tym modelami dwóch psów Marszałka, choć ja miałam kłopot, o które tu dokładnie chodzi, bo Piłsudski miał tych czworonogów sporo.
Zdjęcia: Cztery pierwsze - Autorka, zdjęcie z lotu ptaka, bryły muzeum oraz wnętrz - Mazowiecka Regionalna Organizacja Turystyczna, dwa ostatnie - Dorota Olendzka
Widzicie tych trzech mężczyzn na dalszym planie po lewej stronie obrazu? Okryci płaszczami, z twarzami, które dobrze maskują czarne kapelusze o szerokich rondach stoją pod kościołem św. Łazarza od żebraków (Chiesa di S. Lazzaro dei Mendicanti) w takim miejscu Wenecji, które od wieków wyjątkowo inspirowało malarzy światowej sławy, a współcześnie również fotografików i filmowców. Nie jest to żaden z turystycznych must see places, a Rio dei Mendicanti - Kanał Żebraków. Oddzielający dwie dzielnice miasta, Canareggio i Castello, które łączy jeden most - miał opinię drogi wodnej pozwalającej na swobodną nawigację, co w Wenecji bynajmniej nie jest standardem. Jednocześnie jednak miejsce to, jak sama nazwa może sugerować cieszyło się złą sławą, gdyż kiedyś mieszkała tu biedota, a w okolicy grasowała malavita, czyli typy spod ciemnej gwiazdy. Wracając jednak do obrazu - trzej panowie na nim uchwyceni są jak najbardziej eleganccy, odstają wyraźnie zatem od swego biednego otoczenia. A uchwycił ich pędzlem w 1723 r. Giovanni Antonio Canal zwany Canaletto (1697-1768), wuj znanego nam Bernarda Belotta też zwanego Canaletto, autora słynnych vedut, czyli panoram miejskich Warszawy, którego trzechsetlecie urodzin w tym roku właśnie obchodzimy, o czym za chwilę. Bez Giovanniego Antonia nie byłoby niewątpliwie Bernarda Bellotta-malarza. To on wprowadził siostrzeńca w świat malarstwa, zdradził wszystkie techniki mu znane, w tym tajemnicę posługiwania się camera obscura. Ten prosty przyrząd optyczny, pierwowzór aparatu fotograficznego pomagał obu panom (ale też Leonardo da Vinci!) nie tylko w uzyskaniu efektów miękkości, kontrastów, lekkiego rozmycia, ale przede wszystkim perspektywy, choć podchodzili do niej... dosyć liberalnie. Giovanni Antonio uważany był prawdopodobnie przez sobie współczesnych za świetnego vedutystę, który zakochany w swoim mieście rodzinnym pokazywał je na swoich płótnach takim, jakie było, nie stroniąc zatem o dokumentowania na płótnie bolesnych różnic społecznych, a jednocześnie w świetle i kolorach dodających Wenecji blasku. Tym tropem poszedł potem Bernardo Bellotto, a uczeń przerósł mistrza do tego stopnia, że o tym drugim wiemy bardzo dużo.
Świadczy o tym chociażby piękna wystawa poświęcona młodszemu Canaletto w Zamku Królewskim w Warszawie. Tymczasem o jego wuju do naszych czasów przetrwały informacje szczątkowe. I to postanowił właśnie zmienić mój ulubiony, współczesny włoski pisarz, autor sfilmowanej trylogii o Medyceuszach - Matteo Strukul w swojej najnowszej powieści "Il cimitero di Venezia" (jeszcze nie przetłumaczonej na polski).
Akcja historycznego thrillera ropoczyna się nocą w Wenecji właśnie na Rio dei Mendicanti, w Kanale Żebraków, gdzie ubogi Sante przemieszczający się na swojej bieda-łódce natyka się na... trupa i to w dodatku pięknej, najwyraźniej pochodzącej z wyższych sfer młodej kobiety. Pech chce, że właśnie ten zaułek, w tym samym niemal czasie maluje Giovanni Antonio, co ściąga mu na głowę nie lada kłopoty z policją kryminalną i inkwizycją na czele, a sam doża zleca malarzowi bardzo trudną rolę... detektywa podążającego śladem bohaterów własnego płótna. Strukul wydobywa starszego Canaletta z cienia zapomnienia, a dzięki temu bardziej zrozumiały staje się dla nas i bliższy Bernardo Bellotto, któremu wuj sam zasugerował, aby przyjął jego przydomek - Canaletto słusznie rozumując, że dwaj artyści pracujący pod jednym szyldem mają większą moc przebicia. Giovanni Antonio swój przydomek zawdzięczał niewielkiemu wzrostowi, siostrzeniec chyba kłopotów z posturą nie miał, o czym świadczy jego autoportret zawarty na większym płótnie z okresu warszawskiego:
Natomiast w pierwszej fazie, terminując u wuja po prostu kopiował jego obrazy lub/i przedstawiał malowane przez niego miejsca z innej perspektywy. Oto obraz Bernarda przedstawiający to samo miejsce, Rio dei Mendicanti, ale oglądane od drugiej strony:
Skoro zaś wspomniałam, że Rio dei Mendicanti było tak ochoczo uwieczniane przez artystów - zaprezentuję, jak je widział Francesco Lazzaro Guardi (1712-1793), wenecki malarz rokokowy uważany za jednego z ostatnich przedstawicieli klasycznej szkoły weneckiej:
Nie mogę pominąć wizji Rio dei Mendicanti Johna Singera Sargenta (1856-1925). Ten amerykański malarz urodzony we Florencji, gdzie studiował na Akademii, zafascynowany Velazquezem zasłynął głównie jako portrecista VIP-ów tej rangi co Roosevelt czy Rockefeller, ale malował również pejzaże miejskie:
Czas jednak powrócić do głównego wątku i panów Canaletto.Na wspomnianej, warszawskiej wystawie poświęconej Bernardo Bellotto możemy zobaczyć więcej jego płócien z Wenecji:
Ten obraz przedstawia górny bieg Canal Grande z widokiem na Santa Croce i pochodzi z roku 1738, kiedy Bernardo, po zaledwie trzech latach terminowania u wuja został przyjęty do weneckiej gildii malarzy Fraglia dei Pittori. Dwa lata później, w towarzystwie swojego mistrza wyruszył do Padwy i Florencji, następnie do Rzymu. Z okresu pobytu Bernarda w Wiecznym Mieście pochodzi inny obraz z kolekcji zaprezentowanej na wystawie w Zamku Królewskim pokazujący Koloseum. Z prawej jego strony, na dalekim planie widnieje wyraźnie... Piramida Cestiusza, bardzo przecież odległa... Czy Bernardo w swoich czasach mógł ją tak widzieć czy, jak to miał w zwyczaju zabawił się z perspektywą przybliżając znacznie dalszy plan?
W dalszym okresie twórczości Canaletto będzie dążył do bardzo precyzyjnego oddania rzeczywistości tak, jak to ma miejsce w przypadku vedut Warszawy. Ale to już możecie sami zobaczyć wybierając się, moim tropem na wystawę do Zamku Królewskiego, którą Wam z całego serca polecam, gdyż zgromadzono na niej ponad 150 płócien mistrza wypożyczonych z wielu muzeów oraz kolekcji prywatnych z różnych częściach świata: https://www.zamek-krolewski.pl/bernardo-bellotto
Mam słabość do tej historii stworzonej przez Brama Stokera, tak, jak do wszystkich powieści gotyckich. Można ją interpretować na tyle rozmaitych sposobów, nie sprowadzając wszystkiego do wydłużonych kłów i morza krwi, którą do tej pory epatowali twórcy biorący na warsztat dzieło irlandzkiego pisarza przełomu XIX i XX w. Nawet genialny Francis Ford Coppola w swoim filmie opowiadającym o księciu Vladzie nie uniknął czerwonej farby i naturalnie ząbków. Natomiast, za co mu chwała, wybrał muzykę Wojciecha Kilara. Tylko ja jej z tego obrazu z Winoną Rider nie pamiętam. Z pewnością nie jest to wina utworów naszego kompozytora, po które sięgnął do swojej interpretacji Draculi, obsypany nagrodami choreograficznymi z całego świata obecny dyrektor Polskiego Baletu Narodowego, Krzysztof Pastor. I stworzył balet, o którym nie mogę przestać myśleć, gdyż podczas dwugodzinnego spektaklu w Teatrze Wielkim udało mu się mnie porwać skutecznie do świata, jaki wykreował na scenie. To właśnie muzyka Kilara nadała przedstawieniu rangę i rytm, stanowiąc jednocześnie zabawę intelektualną dla osób ją znających, gdyż Pastor sięgnął tu również po raz pierwszy w swojej karierze reżyserskiej, po muzykę filmową. I tak w Akcie I towarzystwo zebrane w londyńskim salonie pani Westerny, matki Lucy – przyjaciółki Miny tańczy walca z… „Trędowatej” Jerzego Hoffmana, bez wątpienia evergrenna, pomimo, że nakręconego w 1976 r. W akcie II, w tym samym salonie zabrzmi walc z „Ziemi obiecanej” Andrzeja Wajdy, filmu nakręconego rok wcześniej przed adaptacją „wyciskacza łez” Heleny Mniszkówny, bo w 1975 r. Jest też oczywiście muzyka z filmu Coppoli, ale tu rzeczywiście wspiera opowieść. Ponieważ jednak Pastor w wywiadzie zamieszczonym w programie spektaklu sam wyznaje, że było jej za mało, więc musiał się wspomóc jeszcze innymi utworami Kilara, co w sumie dało znakomity, moim zdaniem efekt. Do tego zmieniająca się niemal w każdym obrazie scenografia brytyjskiego duetu Phila R. Daniela i Chralesa Cusicka Smitha, z jednym jednak, dyskretnie stale obecnym elementem – koronkowymi, wiktoriańskimi arkadami pod sufitem stanowiącymi ilustracyjną ramę tej opowieści zachowującej wierność oryginałowi dzięki librettu Pawła Chynowskiego. Więcej na stronie tego bloga "Podróże intelektualne"
W piątek 7 października 2022r. Prezydent Miasta Stalowa Wola, pan Lucjusz Nadbereżny zaprasza wszystkich mieszkańców i przyjezdnych na pierwsze wydarzenie w ramach nowego cyklu pt.” Poznajmy się w Stalowej Woli”. Cykl ten ma na celu zaprezentowanie kultury różnych państw. Dlatego w programie poszczególnych wydarzeń nie zabraknie zabawy językowej, czyli krótkiego kursu danego języka, kuchni charakterystycznej dla wybranego kraju czy występów artystycznych nawiązujących do państwa – bohatera wydarzenia. Spotkania w ramach nowego cyklu będą również okazją do integracji obcokrajowców, którzy przybyli do Stalowej Woli, z mieszkańcami oraz zachęcenia stalowowolan do odwiedzania innych krajów.
Cykl spotkań zainicjuje słoneczna Italia, bogata w śródziemnomorskie smaki, ekskluzywną modę i barwnych artystów, a przede wszystkim charakterystyczna ze względu na niepowtarzalny sposób bycia i otwartość mieszkańców Półwyspu Apenińskiego.
Spotkanie odbędzie się w stalowowolskim Centrum Aktywności Seniora - nowoczesnym miejscu stworzonym nie tylko dla osób starszych, które ma łączyć pokolenia. Dlatego wieczór włoski adresowany jest do wszystkich grup wiekowych.
We włoski klimat o godz. 16 będę miała zaszczyt wprowadzić osobiście za sprawą prelekcji "Włochy jakich nie znacie" nawiązującej tytułem do mojej pierwszej publikacji o Włoszech sprzed 12 lat.
Do Stalowej Woli przywiozę natomiast swój "Atlas turystyczny Rzymu" - książkę będzie można nabyć w dniu wydarzenia.
W tym samym czasie o godz. 16 odbędą się warsztaty projektowania ubioru, którego tajniki przekażą zgromadzonym gościom odnoszące coraz większe sukcesy w świecie mody – Kovalowe. Projektantki opowiedzą również o udziale w Satisfashion Milano we Włoszech. Na warsztaty obowiązują zapisy. Ilość miejsc jest ograniczona.
Uczestnicy spotkania będą mogli również spróbować swoich sił w nauce języka włoskiego na przygotowanej specjalnie dla nich lekcji pokazowej, a po intensywnym kursie Giancarlo Russo zaprosi wszystkich smakoszy włoskiej kuchni na pokaz kulinarny z degustacją.
Giancarlo Russo to jedyny w Polsce oficjalny kucharz, który przygotował dania dla dwóch papieży: Jana Pawła II i Benedykta XVI oraz delegacji z Watykanu podczas pielgrzymek papieskich do Polski. Pełnił funkcję kucharza Episkopatu Polski. Jest laureatem nagrody Hermesa w kategorii Osobowość Gastronomii 2016 roku. Wieloletni, były Prezes Włoskiego Stowarzyszenia Kucharzy w Polsce (FIC Polonia). Aktywnie uczestniczy w najważniejszych wydarzeniach kulinarnych w Polsce i za granicą. Prowadzi szkolenia dla szefów kuchni i kucharzy oraz osób prywatnych pasjonujących się kuchnią włoską. Trener w wielu projektach gastronomicznych.
Po tej kulinarnej podróży czas na włoskie rytmy i koncert Marco Bocchino, który potrafi rozruszać każdą publiczność. Marco Bocchino to włoski wokalista, autor i kompozytor..Niejednokrotnie miał okazję przedstawić swoje włoskie piosenki polskiej publiczności, zarówno podczas koncertów jak i programów telewizyjnych, takich jak: Europa da się lubić, Pytanie na śniadanie czy Jaka to melodia? Wystąpił także w polskich preselekcjach festiwalu Eurowizja.
Podczas całego wydarzenia będzie można zajrzeć do nowej kawiarenki, napić się włoskiej kawy i skosztować pysznego ciasta. Będzie można również kupić włoskie produkty rzemieślnicze.
Poznajmy włoską kulturę w Stalowej Woli. Wstęp wolny. Liczba miejsc ograniczona.
Ten dzień mogę świętować z Wami tylko w jeden sposób - prezentując tu galerię z moich podróży po Italii. Zdjęcie "otwarciowe" (ach, ten dziennikarki żargon gazetowy) należy do moich ulubionych. Wykonane w Grado, zwanym "pierwszą Wenecją" w 2014 r. Dlaczego? Znajdźcie odpowiedź na moim blogu: https://italiannawdrodze.blogspot.com/2018/06/ewangelista-marek-w-skrzyni-wieprzowiny.html A oto kolejne fotki - wspomnienia.
Maranello Rosso, czyli jak zakochałam się w Ferrari :) - maj 2022 r.
Pod Rimini - czas na Aperol Spritz
Czas wolny w Wenecji - w moim ulubionym muzeum :)
Trentino na fat ike'u - zdobywałam szczyty. Jeszcze przed pandemią.
b
Na Elbie wcieliłam się w Napoleona, ale też byłam służbowo - jakże ciężki jak widać jest los dziennikarza :)
W Pizie - prawie śniadanie na trawie
W Toskanii - dostałam pokój z widokiem
W Weronie - obowiązkowo pod balkonem Julii
Okolice Castiglione della Pescaia - Agroturismo La Rombaia (Toskania) - 2014
Na Wezuwiuszu - ścieżka po koronie krateru dostarczyła mi dużo emocji.
W Mediolanie podczas EXPO w 2014 r. prowadziłam jedną z prezentacji kulinarnych polskiej kuchni.
Święta Góra Lussari (Friuli Wenecja Julijska) - można tu wjechać kolejką linową. Rok 2014
Cinque Terre, Vernazza - to zdjęcie robione jest moim pierwszym aparatem fotograficznym, ściślej stupid camerą - wiele lat temu :)
Caserta pod Neapolem - moja pierwsza praca za granicą. Jako baby sitter zajmowałam się tym oto uroczym chłopczykiem o imieniu... Etna. Rodzice miewają jednak czasem zaskakujące pomysły!
Florencja - tu też w czasie studiów zajmowałam się dziećmi. To były dwa potworki z piekła rodem, dlatego dobrze, że to była tylko robota part-time. Miałam czas na dogłębne zwiedzenie miasta nad Arno.
Za nami finałowa prezentacja prac powstałych podczas rezydencji artystycznych w ramach konkursu NYX Hotels – Art Lives Here. Zaproszeni na uroczystość goście (i ja tam byłam, co widać na otwarciowym zdjęciu)) mogli zobaczyć dzieła sztuki stworzone przez czterech artystów podczas ich trzytygodniowego pobytu w hotelu. Poniższe to praca Polki, Adrianny Gajdziszewskiej, autorki wielu instalacji, rzeźb, video i music art, obiektów intermedialnych i interdyscyplinarnych, prowadzącej portal edukacyjny Twarda Sztuka. Wykonana na konkurs instalacja jest, cytując Gajdziszewską "próbą intuicyjnego i osobistego zapisu miejskiej narracji (...) Sieć, którą buduję w swojej pracy, jest określeniem nie tylko przestrzennej konstrukcji Warszawy, ale i struktur społeczności i zachodzących tu procesów":
Jury jednogłośnie zadecydowało, że praca należąca do francuskiej artystki Laure Catugier będzie tą zwycięską i tym samym zostanie w NYX Hotel Warsaw na stałe.
W minioną środę – 21 września, podczas wieczornej prezentacji prac wykonanych w ramach projektu NYX Hotels – Art Lives Here, goście podziwiali 4 dzieła, które zostały stworzone przez młodych twórców podczas ich artystycznych rezydencji w hotelu. Wspólny dla wszystkich temat: „Artysta inspirowany krajobrazem miejskim” przedstawiony został na cztery bardzo odmienne sposoby. Dzieła wykonali wybrani z ponad setki zgłoszeń artyści z różnych stron świata: Rumunii, Francji, Ukrainy i Polski.
Jury konkursu w składzie: Jacek Sosnowski, Paulina Kołodziejczyk, Mariusz Waras, Marta Kołakowska, Marcin Władyka i Iris Barak, było jednogłośne. Zwycięską pracą został ogłoszony imponujący kolaż autorstwa Laure Catugier – pochodzącej z Francji, artystki, mieszkającej i pracującej w Berlinie (z polskim partnerem - muzykiem).
Laure Cautugier studiowała architekturę w Szkole Architektury w rodzinnej Tuluzie, ale jak przyznała w rozmowie ze mną studiów już nie zwieńczyła dyplomem, bo porwała ją sztuka, więc przeniosła się do Szkoły Sztuk Pięknych - w tym samym mieście. W swoich pracach operuje geometrycznym językiem modernizmu. Eksploruje tematykę funkcjonalności modernistycznej architektury i przestrzeni miejskich, jak w przypadku poniższej pracy BAUTOLLERANZ zaprezentowanej podczas Berlin Art Week we wrześniu 2021 r. (zdjęcie ze strony FB Laure Catugier):
Jest laureatką Celeste International Prize, a także Stypendiów Goldrausch Kunstlerinnenprojekt Berlin, Instytutu Pileckiego i Stiftung Kunstfonds Bonn. Jej prace wystawiane były m.in w Liebling Haus - centrum White City w Tel-Awiwie, Total Museum w Seulu, MASQ cultural hub w Kairze, In Sonora Festival w Madrycie, Upcoming Public Art na stacji metra w Tuluzie, ale również w Polsce: w warszawskiej Fundacji Artum i gdańskiej Łaźni. Bardzo często jej dzieła powstają w wyniku rezydentur takich, jak w NYX Hotel Warsaw. W najblizszych planach ma zaproszenia do estońskiego Tartu, do Boliwii i na Tajwan. A oto, co powiedziała przystępując do warszawskiego wyzwania (zdjęcie FB NYX Hotel Warsaw):
Aby stworzyć kolaż Laure odwiedziła "największy meander PRL", czyli unikatowe osiedle Zoffi i Oskara Hansenów, na które składa się... jeden przypominajacy labirynt blok o długości pół kilometra. Znany warszawiakom jako Pekin albo Osiedle Hansenów powstał w latach 1968-72 u zbiegu ulicy Ostrobramskiej i Alei Stanów Zjednoczonych i jest realizacją w praktyce oskarowskiej teorii Formy Otwartej. Wobec prognoz gwałtownego przyrostu naturalnego Polaków tego typu wielofunkcyjne, samowystarczalne osiedle miało zastąpić tradycyjne miasta budowane wokół centrum (zdjecie Wikipedia):
Utopijna wizja architektów przewidywała powstanie takich osiedli od Bałtyku po Tatry. Ten doskonały przykład powojennego modernizmu Laure "zbiła" z architekturą lat 20. i 30. XX w., którą podziwiała na "moim" Żoliborzu, a efekt - swoistego rodzaju fotograficzne puzzle łączące ze sobą różne elementy wybranych budynków okazał się kapitalny.
Nagrodzony w konkursie NYX Hotels kolaż (jego fragment widać na ekranie telewizora na zdjęciu niżej, które przesłał mi NYX Hotel Warsaw) liczy prawie osiem metrów długości i blisko dwa i pół metra wysokości. Na stałe powiększy kolekcję sztuki NYX Hotel Warsaw. Dzieło będzie zdobiło ścianę na czwartym piętrze hotelu, a więc w przestrzeni dostępnej dla każdego. Jak tylko stanie się to faktem, niezwłocznie o tym napiszę :)
Oprócz dwójki już wymienionych należy wspomnieć o pozostałych finalistach, Ukraińcu Dimie Mykytenko i Rumunie Aleksie Mirutziu. Zainteresowania tego ostatniego obracają się wokół tematyki śmierci i umierania, czego przejawem jest praca konkursowa zatytułowana Begging lamp, czyli Lampa żebracza. To efekt wizyt na Powązkach i przy pomniku Powstania Warszawskiego. Dzieło ma postać sterty śmieci z kawałkami zniczy i figurką Anioła na szczycie i choć mnie osobiście nie uwiodło, to gdy przyjrzałam mu się bliżej, dostrzegłam myśl przewodnią zaklętą w materii: przemijamy i na końcu tylko tyle z nas pozostanie. Rzeżby Mirutziu gościły już w Centrum Sztuki Współczesnej i Muzeum Narodowym w Warszawie:
Konkurs NYX Hotels – Art Lives Here to autorski program rezydencji dla artystów. Do pierwszej, właśnie zakończonej edycji zgłosiło się ponad 100 artystów z całej Europy. Do ścisłego finału zaproszono zaś tylko czterech. Spędzili oni blisko trzy tygodnie w NYX Hotel Warsaw, znajdującym się w samym centrum stolicy. To właśnie ten hotel i widok z okien pracowni artystycznej na 15. piętrze budynku miały zainspirować młodych artystów biorących udział w konkursie. .








































