Ten dzień mogę świętować z Wami tylko w jeden sposób - prezentując tu galerię z moich podróży po Italii. Zdjęcie "otwarciowe" (ach, ten dziennikarki żargon gazetowy) należy do moich ulubionych. Wykonane w Grado, zwanym "pierwszą Wenecją" w 2014 r. Dlaczego? Znajdźcie odpowiedź na moim blogu: https://italiannawdrodze.blogspot.com/2018/06/ewangelista-marek-w-skrzyni-wieprzowiny.html A oto kolejne fotki - wspomnienia.
Maranello Rosso, czyli jak zakochałam się w Ferrari :) - maj 2022 r.
Pod Rimini - czas na Aperol Spritz
Czas wolny w Wenecji - w moim ulubionym muzeum :)
Trentino na fat ike'u - zdobywałam szczyty. Jeszcze przed pandemią.
b
Na Elbie wcieliłam się w Napoleona, ale też byłam służbowo - jakże ciężki jak widać jest los dziennikarza :)
W Pizie - prawie śniadanie na trawie
W Toskanii - dostałam pokój z widokiem
W Weronie - obowiązkowo pod balkonem Julii
Okolice Castiglione della Pescaia - Agroturismo La Rombaia (Toskania) - 2014
Na Wezuwiuszu - ścieżka po koronie krateru dostarczyła mi dużo emocji.
W Mediolanie podczas EXPO w 2014 r. prowadziłam jedną z prezentacji kulinarnych polskiej kuchni.
Święta Góra Lussari (Friuli Wenecja Julijska) - można tu wjechać kolejką linową. Rok 2014
Cinque Terre, Vernazza - to zdjęcie robione jest moim pierwszym aparatem fotograficznym, ściślej stupid camerą - wiele lat temu :)
Caserta pod Neapolem - moja pierwsza praca za granicą. Jako baby sitter zajmowałam się tym oto uroczym chłopczykiem o imieniu... Etna. Rodzice miewają jednak czasem zaskakujące pomysły!
Florencja - tu też w czasie studiów zajmowałam się dziećmi. To były dwa potworki z piekła rodem, dlatego dobrze, że to była tylko robota part-time. Miałam czas na dogłębne zwiedzenie miasta nad Arno.
Za nami finałowa prezentacja prac powstałych podczas rezydencji artystycznych w ramach konkursu NYX Hotels – Art Lives Here. Zaproszeni na uroczystość goście (i ja tam byłam, co widać na otwarciowym zdjęciu)) mogli zobaczyć dzieła sztuki stworzone przez czterech artystów podczas ich trzytygodniowego pobytu w hotelu. Poniższe to praca Polki, Adrianny Gajdziszewskiej, autorki wielu instalacji, rzeźb, video i music art, obiektów intermedialnych i interdyscyplinarnych, prowadzącej portal edukacyjny Twarda Sztuka. Wykonana na konkurs instalacja jest, cytując Gajdziszewską "próbą intuicyjnego i osobistego zapisu miejskiej narracji (...) Sieć, którą buduję w swojej pracy, jest określeniem nie tylko przestrzennej konstrukcji Warszawy, ale i struktur społeczności i zachodzących tu procesów":
Jury jednogłośnie zadecydowało, że praca należąca do francuskiej artystki Laure Catugier będzie tą zwycięską i tym samym zostanie w NYX Hotel Warsaw na stałe.
W minioną środę – 21 września, podczas wieczornej prezentacji prac wykonanych w ramach projektu NYX Hotels – Art Lives Here, goście podziwiali 4 dzieła, które zostały stworzone przez młodych twórców podczas ich artystycznych rezydencji w hotelu. Wspólny dla wszystkich temat: „Artysta inspirowany krajobrazem miejskim” przedstawiony został na cztery bardzo odmienne sposoby. Dzieła wykonali wybrani z ponad setki zgłoszeń artyści z różnych stron świata: Rumunii, Francji, Ukrainy i Polski.
Jury konkursu w składzie: Jacek Sosnowski, Paulina Kołodziejczyk, Mariusz Waras, Marta Kołakowska, Marcin Władyka i Iris Barak, było jednogłośne. Zwycięską pracą został ogłoszony imponujący kolaż autorstwa Laure Catugier – pochodzącej z Francji, artystki, mieszkającej i pracującej w Berlinie (z polskim partnerem - muzykiem).
Laure Cautugier studiowała architekturę w Szkole Architektury w rodzinnej Tuluzie, ale jak przyznała w rozmowie ze mną studiów już nie zwieńczyła dyplomem, bo porwała ją sztuka, więc przeniosła się do Szkoły Sztuk Pięknych - w tym samym mieście. W swoich pracach operuje geometrycznym językiem modernizmu. Eksploruje tematykę funkcjonalności modernistycznej architektury i przestrzeni miejskich, jak w przypadku poniższej pracy BAUTOLLERANZ zaprezentowanej podczas Berlin Art Week we wrześniu 2021 r. (zdjęcie ze strony FB Laure Catugier):
Jest laureatką Celeste International Prize, a także Stypendiów Goldrausch Kunstlerinnenprojekt Berlin, Instytutu Pileckiego i Stiftung Kunstfonds Bonn. Jej prace wystawiane były m.in w Liebling Haus - centrum White City w Tel-Awiwie, Total Museum w Seulu, MASQ cultural hub w Kairze, In Sonora Festival w Madrycie, Upcoming Public Art na stacji metra w Tuluzie, ale również w Polsce: w warszawskiej Fundacji Artum i gdańskiej Łaźni. Bardzo często jej dzieła powstają w wyniku rezydentur takich, jak w NYX Hotel Warsaw. W najblizszych planach ma zaproszenia do estońskiego Tartu, do Boliwii i na Tajwan. A oto, co powiedziała przystępując do warszawskiego wyzwania (zdjęcie FB NYX Hotel Warsaw):
Aby stworzyć kolaż Laure odwiedziła "największy meander PRL", czyli unikatowe osiedle Zoffi i Oskara Hansenów, na które składa się... jeden przypominajacy labirynt blok o długości pół kilometra. Znany warszawiakom jako Pekin albo Osiedle Hansenów powstał w latach 1968-72 u zbiegu ulicy Ostrobramskiej i Alei Stanów Zjednoczonych i jest realizacją w praktyce oskarowskiej teorii Formy Otwartej. Wobec prognoz gwałtownego przyrostu naturalnego Polaków tego typu wielofunkcyjne, samowystarczalne osiedle miało zastąpić tradycyjne miasta budowane wokół centrum (zdjecie Wikipedia):
Utopijna wizja architektów przewidywała powstanie takich osiedli od Bałtyku po Tatry. Ten doskonały przykład powojennego modernizmu Laure "zbiła" z architekturą lat 20. i 30. XX w., którą podziwiała na "moim" Żoliborzu, a efekt - swoistego rodzaju fotograficzne puzzle łączące ze sobą różne elementy wybranych budynków okazał się kapitalny.
Nagrodzony w konkursie NYX Hotels kolaż (jego fragment widać na ekranie telewizora na zdjęciu niżej, które przesłał mi NYX Hotel Warsaw) liczy prawie osiem metrów długości i blisko dwa i pół metra wysokości. Na stałe powiększy kolekcję sztuki NYX Hotel Warsaw. Dzieło będzie zdobiło ścianę na czwartym piętrze hotelu, a więc w przestrzeni dostępnej dla każdego. Jak tylko stanie się to faktem, niezwłocznie o tym napiszę :)
Oprócz dwójki już wymienionych należy wspomnieć o pozostałych finalistach, Ukraińcu Dimie Mykytenko i Rumunie Aleksie Mirutziu. Zainteresowania tego ostatniego obracają się wokół tematyki śmierci i umierania, czego przejawem jest praca konkursowa zatytułowana Begging lamp, czyli Lampa żebracza. To efekt wizyt na Powązkach i przy pomniku Powstania Warszawskiego. Dzieło ma postać sterty śmieci z kawałkami zniczy i figurką Anioła na szczycie i choć mnie osobiście nie uwiodło, to gdy przyjrzałam mu się bliżej, dostrzegłam myśl przewodnią zaklętą w materii: przemijamy i na końcu tylko tyle z nas pozostanie. Rzeżby Mirutziu gościły już w Centrum Sztuki Współczesnej i Muzeum Narodowym w Warszawie:
Konkurs NYX Hotels – Art Lives Here to autorski program rezydencji dla artystów. Do pierwszej, właśnie zakończonej edycji zgłosiło się ponad 100 artystów z całej Europy. Do ścisłego finału zaproszono zaś tylko czterech. Spędzili oni blisko trzy tygodnie w NYX Hotel Warsaw, znajdującym się w samym centrum stolicy. To właśnie ten hotel i widok z okien pracowni artystycznej na 15. piętrze budynku miały zainspirować młodych artystów biorących udział w konkursie. .
Kolejna impreza zorganizowana przez Urząd Dzielnicy Żoliborz bez pomysłu, aby tylko kasę wydać i pokazać, że coś się robi. Tylko co? Już wybór samego miejsca wydarzenia budzi wątpliwości, bo co prawda Park Żeromskiego mieści się przy Placu Wilsona, dobrze skomunikowanym z resztą dzielnicy i miasta. Dla mnie jednak szkoda zadbanego wreszcie parku na masówki, bo najazd tłumów zawsze skutkuje zniszczeniami i dewastacją. Wpuszczenie na żwirowe alejki i trawniki food trucków to dla mnie pomyłka. Jeśli jednak decydujemy się na wzbogacenie święta ofertą gastronomiczną, niech będzie ona zróżnicowana i smaczna, a nie same fryty i hamburgery. W dodatku smażone na starym oleju, którego smród sięgał aż kina Wisła. A wystarczyło wziąć przykład ze świetnie organizowanego od lat i przemyślanego Targu śniadaniowego - tam każdy znajdzie coś dla siebie, choć trzeba przyznać uczciwie, że ceny już nie dla wszystkich. Kompletną pomyłką zaś było organizowanie wydarzenia, które odbywało się w tym samym dniu, co targ kilka przecznic dalej - po co dublować imprezy? Organizatorzy Urodzin postawili też scenę, z której przez złej jakości głośniki waliła jak z armaty zniekształcona muza - czy żoliborzanie są głusi? Na tej scenie prezentował się też konferansjer improwizując w swoim mniemaniu zapewne "na luzaku", ale efekt był mizerny. Tu potrzebny jest magnetyzm, charyzma prowadzącego, dobrze ważony dowcip, a ziało nudą - konkurs o włoskiej tematyce z pytaniami wymyślanymi naprędce miał na celu obdarowanie uczestników na siłę. A prezentem był 50-zł bon do świecącej pustkami, stosunkowo niedawno otwartej restauracyjki "Quattro stagioni" przy Merkurym. Ten bon wystarczy na zaledwie jedno danie, ale bez napoju, bo ceny w menu nie zachęcają wysokością. Rozumiem, że w ten sposób chodzi o "nagonienie" klienteli, ale na Żoliborzu mamy kilka zdecydowanie lepszych, włoskich restauracji - chociażby La Strada, w której ostatnio bardzo się poprawiło czego potwierdzeniem jest pełne obłożenie nie tylko w weekendy. Gdybym ten konkurs sama organizowała - dodałabym element suspensu, jak chociażby w programach konkurencyjnych telewizji "Postaw na milion" czy "Milionerzy" i podniosła poprzeczkę pytań. Czy trzeba się koniecznie podlizywać lokalnej społeczności premiując niewiedzę? Bardziej smakuje zasłużone zwycięstwo i daje więcej emocji. Bardzo czekałam na spektakl teatru ulicznego, ale zasuflowano jakiś pseudowystęp na pograniczu groteski, pastiszu, komedii, nie wiem jeszcze czego ewidentnie promujący picie alkoholu.
Było przaśnie, momentami wulgarnie, jak pan "sikał" piwem z okolic genitaliów, seksistowsko - mnie nie bawią gagi, w czasie których facet siedzi, a baba ma robić, taki zaś był wydźwięk. W dodatku dla dzieciaków, które to oglądały w dużej liczbie rozłożono na gołej, zimnej ziemi brudne sakramencko koce. Fuj!
Ukoronowaniem pierwszego dnia imprezy miał być tort od Bliklego i tu pomysł o tyle spalił na panewce, że takie arcydzieło kunsztu cukierniczego trzeba POKAZAĆ. Pokazać WSZYSTKIM uczestnikom wydarzenia, nawet, gdy jest tłum. Tymczasem ciasto widziały najlepiej tylko władze dzielnicy, bo od reszty odgradzał je kordon ochroniarzy broniący dostępu jak niepodległości. Jasne, że w przeciwnym wypadku masa ludzi mogła stratować słodkości, ale przy odrobinie "oleum" w głowie można było inaczej to rozwiązać. Skoro tort przyjechać miał nyską - trzeba to było ogłosić ze sceny, dać fanfary, a całość drogi od piekarni do celu sfilmować od góry dronem i rzucić na ekran. A może jeszcze pokazać, jakie się takie giga-cudo robi? Genialna promocja dla firmy, która, moim zdaniem najlepsze lata ma niestety za sobą - moja przyjaciółka po kilku kęsach wyrzuciła ciasto do kosza, ja nawet go nie tknęłam.
Na koniec plakat w konwencji komiksu. Kolorowy, graficznie ciekawie rozwiązany, dzięki czemu przyciągający uwagę - to dobrze, ale wydaje mi się, że adresatem tak prezentowanego wydarzenia ma być tylko bardzo młode pokolenie i to w wydaniu raczej subkulturowym. Rozumiem, że władze Dzielnicy chcą być takie cool, ale nie zapominajmy, że Żoliborz to dzielnica wielopokoleniowa, z tradycjami - można to było zręcznie, nie w "zramolały" sposób połączyć. Wtedy nie dzielimy, a łączymy ludzi różnych wiekiem! Zwłaszcza, że całości patronuje sam prezydent Wilson, któremu sporo Polska zawdzięcza. Brzmi pompatycznie? Przecież to prawda, ale i to można było przypomnieć na wiele lżejszych kalibrem sposobów. Rzadko kiedy uciekam się do tak radykalnej krytyki, ale ta się Organizatorom po prostu należała!
Są "Setki powodów", aby tu wpaść. Dlatego otwarty wczoraj wieczorem w budynku Muzeum Polskiej Wódki na warszawskiej Pradze bar tak się właśnie nazywa.
Powód pierwszy - drinki z nalewaka, oczywiście ze swojską czystą w roli głównej.
Powód drugi - jedzonko, wyjątkowe menu autorstwa Michała Brysia, który swego czasu porzucił karierę aktorską (absolwent warszawskiej PWST)) i producenką (wyreżyserował ok. 60 teledysków m.in.: Zoil Katarzyny Nosowskiej i Kazika Staszewskiego, Kiler Elektrycznych Gitar, 4 pory zespołu Hey, Tak mi Ciebie brak Kasi Kowalskiej) porzucił dla kuchni, szlify kulinarne zdobywając w Amsterdamie i stolicy, aby dorobić się własnej restauracji (L'enfant terrible) i prowadzić czy jurorować rozmaitym programom telewizyjnym spod znaku chochli (szóstą edycję programu Hell’s Kitchen. Piekielna kuchnia w telewizji Polsat).
Powód trzeci - muzyka, przy której "wyginam śmiało ciało". Powód czwarty - odjazdowy wystrój z buszem i neonami na suficie. I mogę tak wyliczać do setki, bo byłam świadkiem "okularnym" wydarzenia, a bawiłam się przednio. Punkt siódma wkroczyłam niczym królowa po czerwonym dywanie do wnętrza zalanego przyjaznym światłem i zaraz zajęłam strategiczne miejsce na wysokim stołku za barem, naprzeciwko nalewaków. To z ich pięciu kranów, za jednym zaledwie pociągnięciem dźwigni przez jakże przystojnych i uroczych panów-barmanów do szklanic leją się gotowe już drinki o zręcznych nazwach i obłędnych smakach.
Można też oczywiście zamówić sobie inny napój alkoholowy korzystając z bogatych zasobów witryny, gdzie również poczesne miejsce zajmuje wódeczka. Menu na razie skromne ilościowo, ale każde danko jest kolejnym powodem, aby je skosztować. Ja skusiłam się na tatara z łososia, sałatkę z rukoli i szpinaku baby z jeżynami oraz serem, focacce z prosciutto (włoski akcent kulinarny mile widziany, a ciasto placka idealnie puszyste) i czekoladowe lody z pianką rozmarynową.
Gościom śpiewała Reni Jusis i, dla mnie głosowe objawienie, Beata Orbik, uczestniczka III edycji The Voice of Poland, jurorka dwóch sezonów programu Śpiewajmy Razem/All Together Now. Ta dziewczyna ma cudownie miękki, zmysłowy alt! Panie występowały podczas przygotowanego dla zaproszonych gości koncertu House Bandu Gniewomira Tomczyka. Muzyczną ucztę dopełniła DJ Natasha! DJka i producentka wydarzeń kulturalnych oraz muzycznych w najpopularniejszych klubach i restauracjach w całej Polsce. Nie jestem zaprawioną w bojach kluberką-maratonką, spędzającą w tego rodzaju przybytkach długie godziny.
"Setki powodów" sprawiły jednak, że zabawiłam w nich intensywnie czas od siódmej wieczorem do północy. Spacer pod gwiazdami przez pogrążoną we śnie stolicę pozwolił nieco wyszumieć z głowy pochłonięte procento-kalorie. Z pewnością nie raz jeszcze zawitam pod ten adres, gdzie poczułam się prawdziwym VIP-em :)
Uliczne graffiti, często wykonane przez światowej już sławy artystów coraz liczniej zapełniają mury włoskich miast. Nierzadko są inspiracją do stworzenia poświęconych im szlaków turystycznych. Po raz pierwszy jednak w Italii muralom poświęcona poważna publikacja wydawnicza. Książka pod tytułem "Street art in Italia" zadebiutuje w księgarniach 20 września br. (Wydawca Polaris Editore, cena ok. 23 euro).
Napisały ją Anna Fornaciari i Anastasia Fontanesi, autorki bloga Travel on art - jednego z pierwszych na Półwyspie Apenińskim, który koncentruje się na turystyce poświęconej sztuce współczesnej. Obie panie w ciągu minionych sześciu lat podróży po kraju, odbytych wzdłuż i wszerz "buta" zebrały ponad 500 przykładów murali w 58 miejscach 17 regionów. Nie tworzą one precyzyjnej mapy włoskiego street artu. Celem książki jest raczej pokazanie wyjątkowych perełek tej sztuki nie tylko w wielkich miastach, ale i miasteczkach czy wioskach, często umiejscowionych z dala od utartych, turystycznych szlaków. Jest to więc swoistego rodzaju zaproszenie do odkrywania mniej znanej Italii rezerwującej dla ciekawych nie lada artystyczne niespodzianki.
Dotarłam do niego dopiero w tym roku, w pierwszej połowie maja wraz z grupą, a przywiozła nas tutaj znakomita przewodniczka po Volterrze, Pizie i okolicach, historyk sztuki z wykształcenia, Ewa Klajbor.
Teatro del Silenzio, czyli Teatr Ciszy, jest wspólnym projektem architekta Alberta Bartaliniego i światowej sławy tenora, Andrei Bocellego.
Ten urodzony w miasteczku Lajatico koło Volterry śpiewak (22 września 1958 r.) – właśnie pośród tutejszych zielonych wzgórz zrealizował swoje wpisane w naturę dzieło. Dojechać do niego można w dwójnasób – albo polną, wyboistą drogą, albo przez samo Lajatico. Słysząc słowo „teatr”, wyobrażałam sobie coś monumentalnego, a tymczasem ustawione na niewielkim wzniesieniu kamienne bloki tworzą tylko zarys budowli, jedną, ujętą w półokrąg ścianę. Ze środka wynurza się nowoczesna rzeźba – więcej egzemplarzy współczesnej sztuki ustawionych jest poniżej.
Tę ekspozycję zmienia się co jakiś czas, w ten sposób Bocelli promuje działających współcześnie twórców. Swojego czasu znalazło się dzieło docenionego znacznie bardziej w Italii i na świecie niż w Polsce, wybitnego rzeźbiarza Igora Mitoraja (1944-2014) – gigantyczna twarz z brązu, jak zwykle u tego artysty celowo „wybrakowana”. Pośrodku sceny znajduje się sadzawka – podobnie jak mur pełni funkcje akustyczne. Jak duże – zdradzają to kumkające sobie spokojnie w tym stawie żaby. Zbocze wzgórza naprzeciwko stanowi naturalną widownię.
Tylko kilka razy w roku zapełnia się tłumem przybyłych na koncerty organizowane przez Bocellego z udziałem największych gwiazd, nie tylko tzw. muzyki poważnej. Ostatni koncert odbył się 28 lipca jako już 17. edycja wydarzenia „Andrea Bocelli in Concerto”. Staram się sobie wyobrazić muzykę przenikającą przez ten idylliczny krajobraz. Zachwyca mnie subtelny sposób, w jaki zrealizowano cały projekt, począwszy od skromnego parkingu, posypanego szutrem placu na zaledwie kilka, kilkanaście samochodów, który ginie pośród pagórków. Dalej jest jakby teatralny hall, którego symboliczne wejście znaczy zwykły, polny kamień z nazwą „Teatro del Silenzio” ozdobiony delikatną płaskorzeźbą przedstawiającą dwie maski sceniczne:
Pod nią w kamieniu wykuto strofy wiersza wyrażającego w prostych słowach przywiązanie do rodzinnych stron: "Widzę tę ziemię, czuję, jak ugina się pod moimi stopami. To moja ziemia. Ziemia, która kocha ciszę, tak jak ja ją kocham. Jeśli więc przerywam tę ciszę moim głosem, czynię to w hołdzie tym miejscom i mojemu ludowi. Muzyka przenika ziemię, przebiega ją i ulatuje daleko. To posłanie miłości".
Po drugiej stronie „wejścia” widnieje duże zdjęcie uśmiechniętego Bocellego, a już w samym „holu” stoją duże fotografie artystów promowanych przez mistrza. Potem schodzi się na widownię kwietną łąką, a dalej mieści się już scena.
Za woalem delikatnej mgiełki, w oddali majaczą wieże Volterry. Jak to dobrze, że to miejsce oddalone jest od turystycznych traktów! Siadam na łące i odtwarzam w sobie dźwięki jednego z największych przebojów artysty: Con te partirò, przetłumaczonego nieco niezręcznie na język polski jako Podążę za Tobą. Treść tego utworu koresponduje doskonale z miejscem, gdzie się właśnie znajduję, stanowiącym idealny punkt startowy do marzeń. Śnię w ciszy, z dala od natrętnej, śmierdzącej spalinami i rozdartej rykiem klaksonów cywilizacji...




































