Proszę Państwa, oto Dedal :) Niejedyna rzeźba naszego artysty u podnóża Wezuwiusza, o czym wkrótce. Na dziś wystarczy :)
Buona notte wszystkim z Neapolu
Nigdzie indziej nie spotkałam w Pompejach aż takich tłumów jak w tym jednym miejscu. Domyślcie się - naturalnie w Lupanarze, czyli w antycznym burdelu.
To niewielki budynek, z kilkoma zaledwie pokojami o obszernych łożach, gdzie panie (czy aby tylko?) świadczyły usługi, a na ścianach korytarza-poczekalni można zobaczyć, jakiego rodzaju
I przyznajcie, że jakkolwiek dokładnie można wszystko obejrzeć ze szczegółami, nie jest to obsceniczne, nadal pozostaje sztuką. Tu pozwolę sobie na dygresję - rysuneczki u naszej Wisłockiej, specjalistki od seksu dla Kowalskich też kolorystycznie odróżniały panów od pań. Jak teraz porównamy te rysunki ze współczesnymi pornolami, to musimy przyznać, że społeczeństwo przez minione dwa tysiąclecia schamiało - o seksie mówiąc i przedstawiając go zazwyczaj wulgarnie i prostacko.
To pięcioaktowa opera Daniela Aubera "Niema z Portici" zainspirowała mnie do odwiedzenia tytułowego miasteczka pod Neapolem. Ponieważ leży po zachodniej stronie Wezuwiusza, kursuje do niej ze stolicy Kampanii kolejka Circumvesuviana. Jakkolwiek Portici słynie z faktu bycia najbardziej zagęszczonym miastem w kraju - 12 tysięcy osób na km2 przy powierzchni całkowitej 4,54 km2, to tłumów na ulicach nie widziałam. Portici to bynajmniej niebiedne miasteczko - wokół dworca rozciąga się dzielnica mieszkalna dla klasy średniej o ciekawej architekturze - każdym dom pokryty jest innym kolorem płytek, ma przestronne balkony i jest dobrze utrzymany. Główna ulica to cacuszko, z kamienicami i willami - pałacami dawnych rodów oraz barokowymi kościołami.
Przede wszystkim jednak z imponującą Reggią, pałacem królewskim Burbonów, ongiś władców Neapolu, który poprzedził bardziej znaną Reggię w Casercie. Żółtą fasadę nadgryzioną zębem czasu szczelnie kryją rusztowania - restauracja ma potrwać do przyszłego roku.
Natomiast można zajrzeć do angielskiego ogrodu, widocznego z rozległego tarasu - w oddali migocze morze.
Zamiast kwiatów i klombów - niespodzianka w postaci sadu pełnego drzewek grejpfrutowych.
Od tej strony na szczęście fasada jest odkryta.
Do wnętrz "wstęp wzbron", a zatem tylko zerknęłam - rzeczywiście burbońskie wnętrza jako żywo przypominają pałacowe sale w Casercie. Mieszkałam w niej jakiś czas temu, teraz wybieram się tam ponownie, w najbliższą środę.
Burzliwa akcja libretta musiała się rozgrywać w tych murach, skoro jednym z głównych bohaterów był Alfonso, syn wicekróla Neapolu, który uwiódł niemą córkę lokalnego rybaka. Opera pełna jest treści rewolucyjnych i co, ciekawe, choć odnosi się do konkretnej sytuacji politycznej ówczesnych Włoch nie stanowiących jeszcze jednego organizmu, wystawiona po latach w Brukseli przyczyniła się do wybuchu rewolucji i odłączenia Belgii od Holandii.
I jeszcze jedna ciekawostka - przy Corso znalazłam kilka przykładów neapolitańskich bassi.
Przez przypadek trafiłam też do Małego Lourdes - również przy Corso:
Dziś znajduję się w sercu nadmorskiej miejscowości Torre Annunziata, w czasach, gdy ponoć stanowiła własność Poppei i była jedną z najwystawniejszych rezydencji podmiejskich Pompejów.
Skąd wiemy, że należała do drugiej żony Nerona? Otóż archeolodzy się na ten temat spierają. Zwolennicy przypisania posiadłości tyleż pięknej, co okrutnej kobiecie podkreślają, że willę zbudowano na miarę cesarzowej. Rezydencję cechowały elegancja i ogrom terenu, na jakim ją wzniesiono - wykopaliska nie wydobyły jej w całości na powierzchnię, część nadal kryje się pod współczesnymi zabudowaniami. Pomieszczenia, w których piękna Poppea mogła dbać o urodę i rozwój kulturalny, ozdobiono ze smakiem i wyrafinowaniem.
Na jednej ze ścian figuruje imię kojarzone ze sługą Nerona, Beryllosem, ale mógł to być niewolnik należący do kogoś innego, zwłaszcza, że posiadłość przechodziła z rąk do rąk. Stąd regularnie ją odnawiano. Również w czasie erupcji Wezuwiusza nikt jej nie użytkował, gdyż jej konstrukcję poważnie naruszyło trzęsienie ziemi w 62 r. n.e. To sprawiło, że w domu zginął tylko nadzorujący renowację strażnik.
Wracając do wystroju - freski na ścianach są prawdziwą skarbnicą informacji o tym, jakie zwierzęta otaczały starożytnych Rzymian. Spójrzcie na zdjęcia i zgadujcie:
I Love volacanoes - oświadczył z pięknym akcentem Brytola może pięcioletni pędrak, żwawo wspinający się ku kraterowi Wezuwiusza. Myślę, że wszyscy wokół podzielaliśmy jego uczucia i emocje, niestety jednak zdecydowanie brakowało nam kondycji. Długa to była bowiem droga i wieloetapowa. Najpierw trzeba było odstać w Herkulanum tuż przy stacji kolejowej w "ogonku" do do punktu sprzedaży biletów na wjazd i do samego Parku Narodowego Wezuwiusza (a kolejka była długa, bo wczorajsze ulewy naturalnie spowodowały chwilowe zamknięcie trasy), więc chętni z poprzedniego dnia "przeskoczyli" na dzisiaj. Potem... autobus nie przyjeżdżał, ale do tego będąc na południu Włoch trzeba się przyzwyczaić. Zamiast o 13.05 wyruszyliśmy pół godziny później - i tak krótkie opóźnienie jak na Mezzogiorno. Naturalnie nieklimatyzowanym autokarem, ale chciałabym za dużo - był w końcu w miarę nowoczesny. Przejechaliśmy przez miasto, mijając z daleka obszar wykopalisk. Po kwartałach bloków w centrum, a potem już raczej apartamentowców otoczonych zielenią - na peryferiach znajdują się te najbardziej "wypasione" rezydencje z widokiem na wulkan, wjechaliśmy w obszar, gdzie dotarła już lawa. Porosły spalonymi drzewami, zwłaszcza iglastymi. Kierowca wskazał nam teren, który zniszczyła ostatnia erupcja Wezuwiusza w 1944 r. - szeroki na kilka dobrych autostrad, czarny pas sunący w kierunku Neapolu, który nagle nam się wynurzył zza niższych wzgórz okalających Wezuwiusz - z drugiej strony rozpostarł się widok na Zatokę Neapolitańską i wyspy - Ischię, Procidę i Capri.
A droga w górę pięła się coraz ostrzejszymi serpentynami - kto nie lubi zabawy w wesołym miasteczku może mieć problem, delikatnie rzecz ujmując. Szosa jest wąska, ograniczona od przepaści wąskim murkiem, więc kierowcy autobusów, a mija się ich sporo, ostrzegają się na wzajem mocno dając po klaksonie. W pewnym momencie zauważyłam, że niemal przy każdym zakręcie stoi "sztuka" nowoczesna, rzeźby nawiązujące tematycznie do Wezuwiusza i tragedii, jakie tu miały niejednokrotnie miejsce. Oto przykład jednej z nich:
Po 30-40 minutach jazdy - wysiadka przy wejściu do parku i dwie godziny na "zaliczenie" Wezuwiusza, z czego dobrą godzinę zajmuje wspinaczka do ostatniego punktu widokowego przy kraterze.
W początkowym odcinku szlak skojarzył mi się nieco z wycieczką po tatrzańskich dolinkach.
Jednak wkrótce wkroczyłam w iście księżycowy krajobraz - po lewej miałam już krater, od którego odgradzała solidna, budząca zaufanie drewniana balustrada z pnia sosny, po prawej jeszcze szerszą panoramę na zatokę, aż po Sorrento. Upał lał się z nieba, ale po drodze w sukurs przychodziły punkty gastronomiczne z wodą i pamiątkami - można było sobie na przykład kupić wezuwiańskie wino Lacrima Cristi (czyli Łzy Chrystusa) w butelce oblanej lawą - 5 euro za dwa kieliszki.
Naturalnie były też kartki, magnesy oraz figurki z lawy różnych kształtów i rozmiarów - nie wnikałam, co to i za ile. Całkowicie pochłonęły mnie widoki.
Góra budzi szacunek, bo jakkolwiek wnętrze krateru pokrywają żwir i kamienie, to pod nimi bulgocze, niewidoczna dla nas lawa.
Wezuwiusz jest uśpiony, rzekłbym z angielska na standby'u. Przy ostrym słońcu jakie dziś było oparów nie było widać tak wiele, zaledwie kilka.
Ale każdy dzień na tym wulkanie jest inny. Dlatego monitoruje go tak wiele sejsmografów, ustawionych w wielu punktach - jeden z nich, tuż przy ścieżce obklejony jest całkowicie naklejkami - nawet z NASA!
Co może się stać, gdyby wulkan wybuchł pokazują ruiny Pompejów, Herkulanum, Stabie i Oplontis u podnóża.
I jeszcze kilka uwag praktycznych. Trasa jest bardzo bezpieczna, nawet dla osób z mniejszymi pociechami tudzież cierpiącymi na lęk wysokości. Poza tym ekstra opieka "odgórna" gwarantowana - przy kraterze czuwa Matka Boska:
Natomiast niezbędne jest zakryte obuwie sportowe z "traktorową" podeszwą - klapeczki, koturny, baletki, "lakerky" - wykluczone. Odradzam też trampki, bo będziecie się ślizgać oraz sandały sportowe - żwir, ostre kawałki lawy oraz piach mogą poranić stopy!
Osoby ze słabą kondycją muszą zdać sobie sprawę, że czeka je ostre, półgodzinne podejście pod górę! Czasy, gdy na Wezuwiusz docierała kolejka linowa należą już do przeszłości: