I znów jest 1 sierpnia. Godzina 17. Dźwięk syreny, początkowo cichy staje się z każda sekundą coraz głośniejszy. Przebija się przez pisk opon na rozpalonej letnim słońcem popołudnia jezdni, warkot silników przepełnionych w porze wyjścia z pracy, autobusów, krzyk matki goniącej po chodniku roześmiane dziecko. Osadza w miejscu kierowców samochodów i pieszych. Już stoją, jakże posłusznie, skupieni, w całkowitej ciszy tam, gdzie zastał ich ten dźwięk, tak odmienny od wszystkich innych syren rozbrzmiewających w ciągu roku: karetek, wozów strażackich, limuzyn wiozących VIP-ów.Wsłuchany w lament syreny trwa też w milczeniu tłum w głównej Alei Powązek Wojskowych: chłopak w koszulce z napisem Powstanie 1944, elegancka bizneswoman w garsonce z naręczem biało-czerwonych gladioli, ubrana w nieodłączne fiolety, znana pisarka patriotyczna, politycy, działacze partii rozmaitych, grupy rekonstrukcyjne, harcerze. Jakaś nieposłuszna łza toruje sobie drogę poprzez bruzdy pomarszczonego niczym jabłko, policzka bardzo starszego pana o nadzwyczaj bujnej, siwej czuprynie. Wsparty o drzewce sztandaru z wyhaftowanym znakiem Polski Walczącej, zastyga i on. Niewidzący wzrok wpatrzony gdzieś w dal. Uśmiecha się zawadiacko. Znów ma osiemnaście lat i najlepszą marynarkę ojca, wykradzioną w tajemnicy przed matką z szafy, która trzymała ją niczym najświętszą relikwię, bo mąż-oficer II Rzeczpospolitej już ze Wschodu nie wróci. Młodzieniec z dumą poprawia biało-czerwoną opaskę na ramieniu. Szyła mu ją ukochana Basia, której gruby, pszeniczny warkocz ledwie miał odwagę dotknąć czubkiem palców, ścigany czujnym wzrokiem jej matki, gdy gościł na pierwszej herbatce w mieszkaniu dziewczyny na Kapucyńskiej. Nie ma żadnej broni, ale przecież zaraz zdobędzie jakąś na Niemcu. Tak bardzo chce walczyć. Nie boi się, emocje biorą górę nad strachem. Tego 1 sierpnia 1944 roku przepełnia go tylko ogromna radość i przekonanie, że zwyciężą, bo przecież inaczej być nie może! Już słuchać pierwszą serię z karabinu, zaraz potem drugą i trzecią. Każdy strzał przybliża do wolności. Mija minuta i cichnie syrena pamięci. Warszawska ulica znów budzi się do życia, ruszają z miejsca ludzie i samochody. Tłum na Powązkach Wojskowych sunie już z naręczami kwiatów do mogił tych, co nie mieli wątpliwości „bić się czy nie bić” ( I nie mieli też zresztą innego wyjścia).nStarszy pan ociera spiesznie łzę, sztandar zakłada na ramię jak broń. Grzecznym, ale stanowczym głosem toruje sobie drogę do tonących w ludzkim ścisku i morzu światełek, kwater Szarych Szeregów. Pochyla się nad ostatnim kopczykiem w rzędzie, kładzie czerwoną różę: - Przyszedłem, moja miła – szepcze, spoglądając niemal z czułością na napis na tabliczce: „Basia, lat 17, sanitariuszka, zginęła 1 sierpnia 1944 r”. (plakat z pierwszego filmu non-fiction z Powstania Warszawskiego, który zadebiutował na ekranach 9 maja br.: www.1944.pl; tekst do przeczytania również w ostatnim numerze "Magazynu Świat. Podróże Kultura" http://www.magazynswiat.pl/pdf/Magazyn%20Swiat%202014%20Wakacje.pdf )
Brak tablic informacyjnych, klasyczne dla sezonu letniego roboty drogowe (ziszczony sen idioty), objazdy, zakazy wjazdu dla autokarów sprawiają, że dotarcie do Kopalni Soli w Wieliczce graniczy z cudem. Ja wczoraj spóźniłam się kwadrans, a kolejne pół godziny spędziłam między trzema (!) kasami: dla klientów indywidualnych, grup oraz biurem imprez - każdą ulokowaną w innym budynku, bo osobom je obsługującym trudno było "zakwalifikować" do odpowiednij zgłoszoną wcześniej grupę. Pielgrzymka czy nie? - zadawały sobie pytanie wymanikiurowane damy w okienku i miały pretensję, że czegoś od nich chcę. Podobno taki system obsługi jest pomysłem Zarządu obiektu - w takim razie ja takiemu szefostwu od razu dziękuję. Do wymiany - przynajmniej głowy, bo może choć reszta się nadaje? Natomiast pod ziemią nasza 700-letnia kopalnia oczarowuje. Przewodniczki, w górniczych mundurkach opowiadają ze swadą jej dzieje, z własnej inicjatywy modyfikują trasy tak, aby były jeszcze ciekawsze, za pomocą jednego guziczka wyczarowują spektakle świała i dźwięku - jak pięknie brzmi muzyka Chopina odbijająca się echem pośród solnych stropów. Dla cudzoziemców trzewia kopalni mają jeszcze w zapasie pożyteczną lekcję polskiej historii, bo po drodze spotyka się nie tylko św. Kingę, ale i Kaizmierza Wielkiego, Kopernika i "dziadka" Piłsudskiego. Mnie, z wykształcenia wszak polonistkę zaciekawił nieznany fakt z życia Staszica, który Wieliczkę też nawiedził, zjeżdżając w jej głębiny podobnie jak wjego czasach górnicy, na linach! Jak to działa na wyobraźnię! Czar prysł natomiast na koniec zwiedzania, bo zbyt liczne slepiki i zapach starego tłuszczu z podziemnej restauracji zanadto nachalnie dawały znać, że kopalnia musi zarobić - zdopingowana zapewne ustalebiami odgórnymi przewodniczka dosłownie co minutę podkreślała, co możemy kupić, a co zjeść. A to przynajmniej na mnie działa zawsze odwrotnie. Wyjeżdżając z szybu nowoczesną windą miałam wrażenie, że dopiero co opuściłam Mac Donalda.
6.41. Za oknem nowohuckie kominy. Trzeba mieć szczególne wyczucie (a może poczucie humoru?)aby ulokować włoską grupę, zwłaszcza księży, którzy przyjechali na zwiedzanie Krakowa, w takim entourage'u. Nie ja jednak jestem organizatorem tego touru, tylko jedno z naszych biur podróży - mnie przypadła rola pilotki. Hotel Krakus Junior przy nomen-omen Nowohuckiej jest klasycznym dla epoki "budujemy nowy dom" klockiem z tych, jakie w czynie społecznym stawiał Birkut z jednego z najlepszych filmów Wajdy. Jednak, aby oddać sprawiedliwość, wnętrze zaskakuje pozytywnie. Niby jedna gwiazdka, jednak obiekt zasługuje na mocne dwie. Wykładziny czyste, łazienki z nową glazurą, wygodne, dostatecznie twarde materace i BARDZO dobre jedzenie. Wczorajszy placek ze śliwkami na obiado-kolację mógł śmiało konkurować z wypiekami mojej Mamy. Naturalnie Włosi nie byli zachwyceni lokalizacją - 6 km od centrum skutecznie odcina ich od możliwości wieczornych spacerów, zwłaszcza że kierowca autokaru po całym dniu za kółkiem musi wypocząć (przepisowych 11 godzin przerwy trzyma się nieugięcie. I dobrze!).
Wczoraj zwiedzaliśmy gród Kraka. Jakże miło mi się zrobiło na Wawelu, gdy lokalny przewodnik wskazał na grób Władysława Jagiełły, a jeden z moich podopiecznych od razu wykrzyknął - to mąż Hedwige! Widać, że grupa pilnie słuchała dziejów Polski, jakie w sprytnej pigułce zaserwowałam jej zaraz po przylocie. Duma mnie też rozpierała na widok ich otwartych z zachwytu ust, gdy stanęliśmy pod Sukiennicami: - Bello! - szeptali. Ja też, choć warszawianka, uważam że Kraków jest pięknym miastem, a starówka zadbana, dopieszczona w najmniejszym szczególe - chciałoby się władze tego miasta do stolicy co najmniej wypożyczyć, aby zrobiły w niej porządek.
Po południu nawiedziliśmy Sanktuarium Bożego Miłosierdza w Łagiewnikach i tu, w kaplicy siostry Faustyny "moi" księża odprawili Msze św. Koncelebrze 10 kapłanów przewodniczył Jego Ekscelencja Arcybiskup Foggi-Bovino, 75-letni Francesco Pio Tamburrino.
Jego kazania słuchałam z prawdziwym zajęciem - nasi kapłani mogliby się od Niego uczyć jak mówić do wiernych, aby przykuć ich uwagę. Przygotowany - od czasu do czasu zerkał do zapisanych maczkiem karteczek, mówił o powołaniu, ale nie tylko do życia konserkrowanego czyli do ośmiu kandydatów do kapłaństwa, jacy z nami w grupie podróżują. Podkreślił że równie trudnym, jeśli nie trudniejszym jest powołanie do stanu małźeńskiego, bo przecież wybieramy osobę, z którą spędzimy całe życie. Z Ekscelencją miałam okazję porozmawiać w drodze powrotnej. Nie wiedziałam, że to nasz Ojciec Święty ściągnął go z dalekiej, spalonej słońcem Południa Apulii do Watykanu, aby przewodniczył Kongregacji ds. Kultu Bożego i Dyscypliny Sakramentów. - Siostra Faustyna jest mi dobrze znana, gdyż moim zadaniem było zadbanie o liturgię odnośnie do kultu Miłosierdzia Bożego - opowiadał. - Wielokrotnie zagadnienia największej wagi omawialiśmy z Ojcem Świętym podczas obiadów. Pamiętam, że do 2000 roku Jan Paweł II jadł solidnie, a do obiadu wypijał trzy keliszki stołowego wina - potem, ze względu na stanzdrowia zastąpił je ziólkami. Papież potrafił doskonale rozdzielić czas pracy od mentalnego wypoczynku - gdy opowiadaliśmy w naszym gronie dowcipy, śmiał się z całego serca. I tak zabawnie jadł: ostatnie drobinki posiłku zbierał na koniec widelca, pomagając sobie palcem, a potem wrzucał do ust!
Zdążyłam na czas! Choć mój pociąg relacji Warszawa-Katowice miał kwadrans opóźnienia. Dlatego szybko wskoczyłam do taksówki - przemiły pan z informacji na dworcu PKP polecił mi tańszą korporację (a i tak zapłaciłam 95 zł - do Pyrzowic jest 40 km). Na lotnisko dotarłam dosłownie na chwilę przed lądowaniem Wizz Air-a z Neapolu, skąd przyleciała mija świątobliwa grupa, czyli 19 księży + jeden arcybiskup (piszę o niej już w poprzednim poście). A ściślej księży zaledwie 10, a reszta to młodziaki przed złożeniem ślubów. Większość w świeckich ubraniach, a najmłodsze chłopaki w dżinsach i modnych, acz nie markowych koszulkach. Wszyscy przemili, roześmiani i... zachwyceni naszym krajem: wszechotaczającą zielenią, czystością na ulicach (!!!), porządkiem. Dla przyzwoitości nie zaprzeczałam.
Prosto z lotniska pojechaliśmy autokarem do Wadowic, które przywitało nas przedburzową duchotą - pierwsze krople deszczu spadły w momencie, gdy przekraczaliśmy próg muzeum- Domu Jana Pawła II. Przyznam, że sceptycznie nastawiona byłam do planów tak radykalnej jego przebudowy, obawiając się, że nowy projekt pozbawi wnętrza tej niepowtarzalnej atmosfery, jaką pamiętam sprzed kilku lat, gdy zwiedzałam muzeum urządzone po prostu w mieszkaniu Wojtyłów. Tymczasem już od pierwszych chwil uległam wizji, jaką tu stworzono.
W pierwszej sali odtworzono bowiem sklep Chaima Bałamutha, który mieścił się na parterze kamienicy w czasach, gdy mieszkał w niej młody Karol. Kolorystyka sepii, stare zdjęcia, plakaty, afisze doskonale wprowadziły mnie w klimat minionej epoki, lat 20. i 30. XX w. Z pieczołowitością odtworzone zostało również samo mieszkanie rodziców przyszłego papieża - zgromadzono w nim nieliczne przedmioty, jak choćby złotą torebkę pani Emilii i album rodzinny - oryginał ukryty za szybą oraz komputerowa kopia - można ją przeglądać dotykając kartek, które choć nie istnieją - przesuwają się z szelestem.
Jest tyle niezwykłych miejsc w tym muzeum, że nie sposób je wszystkie opisać. Mnie jednak najbardziej utkwiła w pamięci drewniana barka, wypływająca ze szklanej ściany, wysypana piaskiem droga podróży apostolskiej ze szklanymi tabliczkami noszącymi nazwy miejsc, które nawiedził (pod każdą tabliczką, w specjalnym pojemniku umieszczono garść ziemi z tych miejsc) oraz sala ostatnich chwil, niemal cała obita czernią, w której słychać ostatnie uderzenia bardzo już strudzonego serca. http://www.domjp2.pl/
Naturalnie po obejrzeniu muzeum poszliśmy na kremówki i, mimo stosunkowo wczesnej pory (nie było jeszcze godziny 18) zdziwiło nas to, że niemal wszystkie kawiarnie były już zamknięte. Podobnie jak sklepy z dewocjonaliami. Pozostaje pytanie, czy wynika to z braku umiejętności robienia biznesu czy świadomej polityki nieulegania komercji za wszelką cenę. Choć ta druga wersja w tych czasach wydaje mi się utopią.
Taką
grupę będę pilotować w czasie najbliższych pięciu dni – tym
razem po Polsce.
Dlatego
od pół godziny jestem w podróży – mój pociąg Beskidy mknie z
zawrotną prędkością 67 km/godz. do Katowic. Im bardziej na
południowy-zachód, tym za oknem robi się bardziej pochmurno, a
przecież w stolicy obudziło mnie słońce – tylko jaskółki
nisko latały, wieszcząc deszcz. Wagon jest czyściutki, cały w
szaro-błękitach. Obsługa niczym na dworze angielskim. Właśnie
przy moim przedziale zatrzymał się wózeczek z napojami i
przekąskami, a obsługujący go steward delikatnie otworzył drzwi:
- Dzień dobry Państwu, w imieniu InterCity zapraszam na bezpłatny
posiłek: do wyboru kawa, herbata, zimne napoje. Decyduję się na
Loyda i dostaję tackę z estetycznym kubeczkiem zamykanym od góry
pokrywką, paczuszkę trzcinowego cukru, cytrynkę w płynie i
batonik. W międzyczasie też klikam w komputer (sieć bezprzewodowa
działa bez zarzutu!), zerkając od czasu do czasu na zmieniające
się krajobrazy za oknem. Moja Polska, do której mam stosunek
ambiwalentny – dziwny koktajl patriotyzmu i niechęci (czasami
spakowałabym bagaże i wyemigrowała na antypody) – zmienia się
jednak. Fragmentami. W Grodzisku Mazowieckim, gdzie właśnie pociąg
się zatrzymał, straszy jeszcze socjalizm – betonowe, koszmarne
zadaszenie peronu zakrywa skutecznie uroczy, parterowy budyneczek
stacji, przypominający staropolski dworek. Jednak wykopy po
przeciwnej stronie torów sygnalizują jakieś prace remontowe –
prawdopodobnie wymianę podkładów. Nieco dalej kremową żółcią
pyszni się świeżo odnowiony budynek administracyjny – szkoda, że
to klocek architektonicznie nieprzystający do stacji, choć, gdy
przyglądam się mu uważniej, dostrzegam, że musi to być odnowiona
pozostałość budownictwa sprzed wieku. Nie jest więc źle – mam
sentyment do tego stylu, bo w nim utrzymany jest mój Żoliborz.
Wracając do Grodziska – co charakterystyczne dla większości
naszych budów, i ta to po prostu jedno wielkie „bordello”:
porozrzucane wszędzie kawałki rur, przerdzewiałych torów, kabli
przemieszane ze zwykłymi odpadkami, które pozostawiają robotnicy.
Do tego walące się płoty, dodatkowo „upiększone”
niecenzuralnymi napisami sprayem. Tymczasem pociąg znów jedzie,
iście żółwim tempem przesuwa się do przodu. Czy zdążę na
czas? Mam zapas półtorej godziny, podczas której z Katowic muszę
dotrzeć do lotniska w Pyrzowicach. Stamtąd właśnie odbieram zacne
grono włoskich duchownych. Jaka będzie ta grupa? Zobaczymy. Na
naszej trasie naturalnie Wadowice, Kraków, Częstochowa. Poza tym
Oświęcim i Wieliczka. (rysunek: www.disegnidacoloraregratis.it)
6.30
rano. Cisza, spokój. Na chodniku tylko ja i pies, z którym wyszłam na pierwszy
spacer. Drepczemy sobie wolno, bo Fabio już niestety jest „sercowy”, a i stawy,
jakkolwiek wspomagane lekami, nie te same co za młodu. Poza tym też zwierzak
coraz bardziej kiepsko widzi, a i ja oczu z tyłu nie ma. Niestety, bo oto zza
węgła wypada w szalonym pędzie korpulentna blond-Wenus na rowerze.
Już zdążyła wypożyczyć Veturilo i gna na złamanie karku, nie bacząc na nas. W
ostatnim momencie uskakuję, koło ociera się o bok mojego Fabia, który, w
zupełnie innych rytmach, doznaje niemal szoku. A pannica nawet nie zauważa, bo
to przecież ona jest najważniejsza, ona ma siłę i moc! Nie reaguje na mój
krzyk. Ma głęboko „w tyle” i oddala się błoskawicznie, aby zniknąć za kolejnym
rogiem. Wyjątek? Nie, to reguła panująca obecnie na warszawskich chodnikach. Piesi
mają schodzić czy raczej „spadać” z drogi, bo rowerzysta jedzie, a raczej
zasuwa, często ze słuchawkami na uszach, a więc wyłączony ze świata
zewnętrznego, oddający się więc duszą całą ulubionej „muzie”, rozrywającej mu
bębenki (gdzie te czasy, gdy Skaldowie śpiewali "Ludzie, zejdźcie z drogi bo listonosz jedzie", bo i kontekst był wszak inny).
Sama jestem rowerzystką. Bicyklem przemieszczam się regularnie na basen, odbywam wycieczki na Młociny, krążę po mieście – sama klnąc na brak ścieżek w centrum („dziękuję” Bufetowej za to i durny przepis o jeżdżeniu po chodnikach będący kiełbasą wyborczą). Ale gdy już muszę wjechać na chodnik, staram się poruszać się wolno, a na placach i pasach schodzę z siodełka, bo tego wymaga KULTURA. Kultura jazdy, o której zdaje się zapomina nieco młodsze pokolenie zasiedziałych „słoików”. Dlaczego zasiedziałych? Bo te nowe nie są tak przebojowe, wręcz przeciwnie – ponieważ jeszcze nie dostosowały się do szaleńczego rytmu Warszawki, są grzeczne, miłe, kulturalne, nieegoistyczne. Mają jeszcze te sympatyczne nawyki wyniesione z domu, którego nie zdążyły się nauczyć wstydzić. Z tego małego miasteczka czy wsi, gdzie jeden sąsiad drugiemu czapkował i mówił dzień dobry. Te „słoiki” lubię, bo się nie puszą, nie stroją w cudze piórka. I właśnie ich nie nazwałabym „słoikami”, a tych zasiedziałych, aroganckich i chamskich, rozjeżdżających mnie na chodniku z chorą psiną, którzy chyba sami ukuli ten głupi, pogardliwy termin, aby w ten sposób odróżnić się od nowoprzybyłych, pokazać swoją „lepszość” i „wyższość”. W rzeczywistości natomiast dać ujście własnym frustracjom, wynikającym z tego, że utrzymanie się w stolicy przypomina walkę o ogień. Bo przecież prawdziwych warszawiaków już prawie nie ma.
Sama jestem rowerzystką. Bicyklem przemieszczam się regularnie na basen, odbywam wycieczki na Młociny, krążę po mieście – sama klnąc na brak ścieżek w centrum („dziękuję” Bufetowej za to i durny przepis o jeżdżeniu po chodnikach będący kiełbasą wyborczą). Ale gdy już muszę wjechać na chodnik, staram się poruszać się wolno, a na placach i pasach schodzę z siodełka, bo tego wymaga KULTURA. Kultura jazdy, o której zdaje się zapomina nieco młodsze pokolenie zasiedziałych „słoików”. Dlaczego zasiedziałych? Bo te nowe nie są tak przebojowe, wręcz przeciwnie – ponieważ jeszcze nie dostosowały się do szaleńczego rytmu Warszawki, są grzeczne, miłe, kulturalne, nieegoistyczne. Mają jeszcze te sympatyczne nawyki wyniesione z domu, którego nie zdążyły się nauczyć wstydzić. Z tego małego miasteczka czy wsi, gdzie jeden sąsiad drugiemu czapkował i mówił dzień dobry. Te „słoiki” lubię, bo się nie puszą, nie stroją w cudze piórka. I właśnie ich nie nazwałabym „słoikami”, a tych zasiedziałych, aroganckich i chamskich, rozjeżdżających mnie na chodniku z chorą psiną, którzy chyba sami ukuli ten głupi, pogardliwy termin, aby w ten sposób odróżnić się od nowoprzybyłych, pokazać swoją „lepszość” i „wyższość”. W rzeczywistości natomiast dać ujście własnym frustracjom, wynikającym z tego, że utrzymanie się w stolicy przypomina walkę o ogień. Bo przecież prawdziwych warszawiaków już prawie nie ma.
Był już późny wieczór, kiedy z sąsiadką
wyszłyśmy na ostatni tego dnia spacer z psami. Lubię Żoliborz o tej porze,
kiedy ruch uliczny niemal ustaje i przyroda znów bierze dzielnicę w swoje
posiadanie. Po gałęziach tłuką się ptaszory – „hitchcocki”, wykłócając się o
najlepszą miejscówkę na sen, a z nor wychodzą liczne, jak się okazuje, jeże. Dlatego,
gdy usłyszałam zza rogu ul. Zajączka ryk głośnika i jakiś okrrrutny rap, za
którym nie przepadam, przyspieszyłam kroku, aby zaraz odnaleźć sprawców hałasu.
Stali po drugiej stronie jezdni i coś bazgrolili sprayem po murze szkoły. To
ostatnie mniej mnie przejęło, bo budynek tej placówki edukacyjnej jest tak
brzydki, że już chyba nic nie jest w stanie jeszcze bardziej go spaskudzić, ale
kakofonię dźwięków chciałam wyeliminować z mojej perspektywy. – Możecie to wyłączyć? - zaatakowałam bez wstępów, przygotowana z góry na
wulgarny słowotok. A tu nic, panowie przeprosili grzecznie, radio wyłączyli i w
ciszy kontynuowali swoje opus. Poszłam zatem dalej. Dzień później, już w
świetle południa ujrzałam owo dzieło i usta same ułożyły mi się w uśmiechu, bo
szare, bezpłciowe w swej formie ogrodzenie przykryła artystyczna scena z
Powstania Warszawskiego. Jeszcze nie dokończona – zapewne ci sami autorzy,
których wcześniej spotkałam, cyzelowali ostatnie szczegóły. – Panowie, tak
trzymać – serce rośnie – powiedziałam, a oni również odpowiedzieli mi
uśmiechami. Rap znów |leciał” w tle, ale już dużo subtelniej. Spotkamy się już
niedługo, na Powązkach w godzinę W.
Gdyby mury stołecznego Hotelu Victoria Sofitel potrafiły
mówić, rzeczywiście miałyby co opowiedzieć. Jego szara bryła w kształcie litery
H przez 38 lat zdążyła się już bowiem wpisać w pejzaż Warszawy. Na początku budziła chyba
co najmniej kontrowesje – wcześniej na tym miejscu stał bowiem eklektyczny
Pałac Kronenberga, który harmonijnie komponował się z resztą zabudowy przy
ówczesnym placu Małachowskiego. Projekt hotelu autorstwa polsko-szwedzkiego
zespołu architektów (Zbigniewa Pawelskiego, Leszka Sołonowicza, Andrzeja
Dzierżawskiego, Dereka Frasera, Kurta Hiltina), działających pod szyldem
szwedzkiej firmy Skanska Cementgjurterjet był natomiast typowym dziełem epoki PRL,
czyli po prostu „pudełkiem”. Jednocześnie to dzieło, wzniesione jeszcze w
czasach dobrej koniunktury rządów ekipy Edwarda Gierka, miało być „wizytówką”
nowej Warszawy, niejako dowodem jej otwierania się na zachodnią modę – tak długo
negowaną przez mocno czerwony system. Mamy więc w bryle zawarte pewne
rozwiązania jak na tamte czasy nowoczesne, jednak nie da się ukryć, że urodą
ona i tak nie grzeszyła. Jednak centralne położenie i właśnie ten powiew „Zachodu”,
widoczny od początku w wystroju wnętrz i zdecydowanie lepszej niż w większości
PRL-owskich hoteli obsłudze sieci InterContinental sprawiły, że do Victorii
ciągnęli zarówno zagraniczni goście z dolarami, jak i filmowcy. Po wyłożonych
wykładziną, długich korytarzach przechadzali się lub wręcz ganiali bohaterowie
takich kultowych obrazów, jak „O7 zgłoś się”, „Co mi zrobisz, jak mnie złapiesz”,
„Kingsajz” czy „Wielki Szu”. Okna Victorii stały się też najlepszą miejscówką
podczas słynnej, papieskiej Mszy św. na pl. Zwycięstwa, kiedy Jan Paweł II
przebudził zgromadzone tłumy jednym zdaniem” Niech stąpi Duch Twój i odnowi
oblicze Ziemi, tej Ziemi” – z silnym akcentem położonym na „tej”. Pamiętam te
słowa trochę przez mgłę, bo nie dane mi było naturalnie oglądać Ojca św. z
klimatyzowanych pokojów hotelowych, ale stojąc w skwarze, który dopadał również
pod drzewami ogrodu Saskiego, utrwaliłam w pamięci niczym stopklatkę obraz
Victorii. Majestatycznie górowała nad placem, lśniąc w słońcu. Trzy lata
później Warszawą wstrząsnęła sensacyjna wiadomość – to właśnie w Victorii
dokonano zamachu na Palestyńczyka Abu Daouda, zajmującego zresztą apartament
prezedencki. Był on podejrzewany przez Mossad czyli izraelski wywiad o udział w
zamachach w Monachium, kiedy to radykalna organizacja palestyńska Czarny
wrzesień uprowadziła podczas olimpiady w 1972 r. 11 izraelskich sportowców (
przy okazji polecam książkę Georgesa Jonasa „Monachium- zemsta”. Hotel Victoria
mógłby też opowiedzieć o krzyżach z kwiatów i zniczy, które układaliśmy na
płytach placu Zwycięstwa podczas wojny polsko-jaruzelskiej. I o
szaro-niebieskich sukach policyjnych, wspomaganych armatkami wodnymi, które w
razie potrzeby jednym strumieniem wody potrafiły rozpędzić przeciwnych
wojskowej „wadzy”. I o Mszy św. za poległych w katastrofie smoleńskiej… Dziś
hotel Victoria przeżywa, rzec można drugą młodość. Już jako Sofitel poddawany
jest systematycznemu liftingowi. W ubiegłym tygodniu gościłam dwukrotnie w jego
wnętrzach poznając dyrektora – człowieka z prawdziwą wizją. Oprowadzała mnie po
nim Karolina Gochnio – według mnie jedna z najlepszych specjalistek ds. PR w
hotelach. Lobby w ciepłych beżo-brązach, z kapitalnymi, futurystycznymi lampami,
które zwieszają się z sufitu. Lampy w całym hotelu są zresztą jego mocnym,
designerskim punktem. A jedzenie w Brasserie – z lunchem za jedyne 35 zł od
osoby?
O tym wszystkim napisałam szerzej na stronie Hotele niebanalne, bo hotel Victoria Sofitel przy dzisiejszym pl. Piłsudskiego absolutnie do takich należy.
O tym wszystkim napisałam szerzej na stronie Hotele niebanalne, bo hotel Victoria Sofitel przy dzisiejszym pl. Piłsudskiego absolutnie do takich należy.
Nie trzeba koniecznie jechać nad Bałtyk, aby móc powygrzewać się na plaży i dobrze się bawić. Zwłaszcza, że synoptycy gwarantują tym razem pogodę - jutro czyli w sobotę 5 lipca br. ma być słonecznie i upalnie. Dlatego trzeba koniecznie wybrać się do Klubu La Playa, który w stolicy położony jest nad samą Wisłą i ma własną plażę z leżakami. Od południa będzie tam się odbywać Piknik rodziny, a więc atrakcje dla dużych i małych pewne. Szczegóły na załączonym plakacie - wstęp 15 zł. (Źródło: agencja Eventage)
Do 28 sierpnia czyli do końca wakacji potrwa 20.
jubileuszowa edycja górskiego festiwalu Sounds of the Dolomites/I suoni delle
Dolomiti Dźwięki Dolomitów, bo tak można tłumaczyć tytuł imprezy usłyszymy w
regionie Trentino, dosłownie pośród gór, które zostały wykorzystane jako
naturalne sceny. To na zielonych pastwiskach występują bowiem artyści, nie
potrzebując żadnych urządzeń nagłaśniających, bo akustyka jaką zapewniają
Dolomity jest wystarczająca.
Nie ma też zazwyczaj krzeseł – publiczność może po
prostu usiąść na trawie.W poprzednich
edycjach festiwalu brali udział artyści tej miary, co: Uto Ughi, Dave
Douglas, Ivry Gitlis, Giovanni Allevi,
Angelique Kidjo, Daniel Hope, Luis
Bacalov, Teresa Salgueiro, Iva Bittová, Daniele Silvestri, Uri Caine, Jan
Garbarek, Mario Brunello, Trilok Gurtu, Paolo Fresu, Noa e Daniel Hope. Obok
nich występowali również pisarze i aktorzy, realizujący projekty specjalne
opracowane specjalnie na potrzeby festiwalu.
Wielu z nich wystąpi również i w
tym roku, a szczegółowy program imprezy znajduje się na stronie: http://www.isuonidelledolomiti.it/en/Sound-of-the-Dolomites-edition-2014/?&l=EN (Źródło: Trentino Turismo/festiwal I suoni delle Dolomiti, zdjęcia: ze strony festiwalu)
Polskie
Linie Lotnicze LOT wprowadziły na warszawskim lotnisku im. Chopina tak zwany Family
check-in, czyli specjalne stanowisko odprawy dla podróżujących z dziećmi nr
221). By podróż zaczynała się wesoło i kolorowo, przy odprawie
biletowo-bagażowej najmłodszych wita sympatyczny symbol LOT-u, czyli żuraw.
Mali podróżnicy mogą też korzystać ze specjalnych schodków, które ułatwiają im
kontakt z personelem lotniska. Inicjatywa narodowego przewoźnika jest wynikiem
trafnej obserwacji, że w podróży najmłodszym pasażerom często towarzyszy stres
i to nie tylko na pokładzie, ale przede wszystkim na lotnisku. Oddzielne
stanowisko odprawy pozwala małym pasażerom poczuć się jak dorosły, samemu podać
dokumenty, odebrać kartę pokładową i co najważniejsze bez kolejki i tłoku.
Takie stanowisko w Warszawie posiada tylko LOT.
Poza tym przewoźnik zapewnia najmłodszym m.in. atrakcyjne zniżki – niemowlęta i dzieci do drugiego roku życia podróżują aż o 90 proc. taniej, a mali pasażerowie do 11. roku życia korzystają z 25-proc. zniżki. LOT również na pokładach samolotów ma w swojej ofercie szereg udogodnień dla podróżujących rodzin. Proponuje im specjalne menu, a maluchom kolorowanki. W rejsach dalekodystansowych przewoźnik proponuje na pokładzie Boeingów 787 Dreamliner bezpłatny dostęp do indywidualnego systemu rozrywki, w którym znajduje się kanał filmów i muzyki dla dzieci. Udogodnieniem dla rodziców podczas długich rejsów jest możliwość zamontowania kołyski. Dodatkowo w serwisie Inspiracje na swojej stronie internetowej LOT prezentuje pomysły na letni wypoczynek dla całej rodziny. Można je znaleźć na: http://www.lot.com/inspiracje (Źródło i zdjęcia: PLL LOT)
Poza tym przewoźnik zapewnia najmłodszym m.in. atrakcyjne zniżki – niemowlęta i dzieci do drugiego roku życia podróżują aż o 90 proc. taniej, a mali pasażerowie do 11. roku życia korzystają z 25-proc. zniżki. LOT również na pokładach samolotów ma w swojej ofercie szereg udogodnień dla podróżujących rodzin. Proponuje im specjalne menu, a maluchom kolorowanki. W rejsach dalekodystansowych przewoźnik proponuje na pokładzie Boeingów 787 Dreamliner bezpłatny dostęp do indywidualnego systemu rozrywki, w którym znajduje się kanał filmów i muzyki dla dzieci. Udogodnieniem dla rodziców podczas długich rejsów jest możliwość zamontowania kołyski. Dodatkowo w serwisie Inspiracje na swojej stronie internetowej LOT prezentuje pomysły na letni wypoczynek dla całej rodziny. Można je znaleźć na: http://www.lot.com/inspiracje (Źródło i zdjęcia: PLL LOT)
Wystawa "Prerafaelici-utopia piękna" w turyńskim Palazzo Chiablese potrwa już tylko do 13 lipca br. Podobnie jak ekspozycja "Klimt - u początków mitu" w mediolańskim Palazzo Reale czyli w Pałacu Królewskim (tuż koło słynnej katedry, której zbiory muzealne zresztą gromadzi). Warholla można natomiast oglądać w Palazzo Cipolla w Rzymie aż do 28 września br. Retrospektywa Chagalla startuje z kolei dopiero po wakacjach, 17 września br. - na wspomnianym już zamku w Mediolanie, a Van Gogha, w tym samym miejscu zobaczymy od 18 października br. Miłośnicy sztuki mogą znaleźć te wszystkie informacje na jednej, bardzo użytecznej stronie: www.ticket.it, z której aktywne linki prowadzą do stron poszczególnych placówek. Nie tylko zresztą muzealnych. Ticket.it to strona zbiorcza, pozwalająca na poznanie kalendarium imprez, którym patronuje wiele muz, w tym naturalnie i dziesiąta muza czyli teatr. Jak sama nazwa wskazuje, można przez nią zarazem zarezerwować i kupić bilet na wybrane wydarzenie (Źródło: Ticket.it, zdjęcie: plakat wystawy Prerafaelici-utopia piękna").
Dwa mega-spektakle z udziałem Jeremiego Clarksona, Jamesa Maya i Richarda Hammonda, gwiazd prowadzących słynny, brytyjski magazyn motoryzacyjny w telewizji BBC " TV Top Gear" odbędą się już w najbliższą niedzielę 6 lipca w stolicy włoskiego regionu Piemont, Turynie. Szczegóły na stronie: http://www.topgearlive.it/en/
W czerwcu Sawa Taxi uruchomiła
usługę „Zwiedzaj Warszawę z Sawa Taxi”. W programie bierze udział
wyselekcjonowana grupa kierowców, posiadających licencje warszawskich
przewodników. Aby zamówić wycieczkę w ramach akcji wystarczy wysłać maila na
adres zamowienia@sawataxi.com.pl co najmniej dobę przed planowaną wycieczką.
Zainteresowani poznaniem mniej formalnej strony stolicy mają możliwość wyboru
jednej z sześciu tras tematycznych. Przewodnicy mogą pokazać im atrakcje
Starego i Nowego Miasta, piękno nocnych iluminacji Warszawy, przewieźć
Traktem Królewskim lub szlakiem Powstania Warszawskiego. Przedstawią
historyczne miejsca, w których żył i tworzył przez pierwszą połowę swego życia
Fryderyk Chopin albo zabiorą w podróż traktem męczeństwa i walki Żydów. Chętni
mogą także zwiedzić dwa obiekty w okolicach miasta: Muzeum – Miejsce Pamięci
Palmiry w Czosnowie oraz dom urodzenia Fryderyka Chopina w Żelazowej Woli. A po
zakończeniu zwiedzania pojechać na lotnisko lub dworzec – usługa „Zwiedzaj
Warszawę z Sawa Taxi”obejmuje również przewóz pasażerów do miejsca transferu. Znaczący odsetek osób podróżujących do
Warszawy w celach biznesowych to obcokrajowcy, dlatego też istnieje możliwość
zwiedzania zarówno w języku polskim, jak i po angielsku. W autach kierowców
znajdą się broszury z opisem tras w językach niemieckim, rosyjskim i
hiszpańskim. Sawa
Taxi Sp. z o.o. działa na stołecznym rynku od 1993 r., dysponuje tysiącem
samochodów, które miesięcznie obsługują 150 tys. klientów.
(Źródło i zdjęcie taksówki: Sawa Taxi/Core PR)
Ponad 65 tys. Polaków zamierza jeszcze w tym roku zaciągnąć kredyt lub pożyczkę na podróże. Niemal wszyscy chcą przeznaczyć co najmniej część pożyczonych środków na wyjazd dziecka, zaś 43% zamierza sfinansować z kredytu wyjazd rodzinny. Połowa osób planujących się zadłużyć na podróże do końca tego roku ma już dług. Aż 80% Polaków posiadających kredyty lub pożyczki na podróże, zalega z ich spłatą. Obecnie zadłużenie na ten cel ma blisko 164 tys. Polaków i zdecydowana większość nie spłaca go terminowo. Dotyczy to zarówno pożyczek zaciągniętych na wyjazd z rodziną, jak i na wypoczynek bez dzieci. Wyraźnie widać, że Polacy chcą podnosić stopę życiową, ale jednocześnie niedostatecznie dobrze szacują swoje możliwości płatnicze. W takim przypadku wakacje na kredyt mogą okazać się chwilą przyjemności, którą trzeba będzie opłacić długotrwałym stresem – Około 60% osób posiadających zadłużenie na cele związane z podróżowaniem ma kredyty lub pożyczki zaciągnięte na wyjazd bez dzieci, a blisko 40% - na wyjazdy rodzinne. Wysokość przeterminowanego zadłużenia na podróże wynosi zazwyczaj do 2 tys. zł przy wyjazdach bez dzieci, w przypadku długów na wycieczki rodzinne - nierzadko sięga 10 tys. zł. Pełen raport: http://www.presco.pl/sites/default/files/2014-07%20Raport%20Wydatki%20Kontrolowane.pdf
P.R.E.S.C.O. GROUP S.A. działa na
rynku inwestycji w wierzytelności masowe w Polsce. Spółka specjalizuje się w
nabywaniu pakietów wierzytelności, które przez ich pierwotnych właścicieli
zostały uznane za trudne do odzyskania, a następnie dochodzeniu ich zapłaty na
własny rachunek. Jest notowana na GPW. Niniejszy raport został opracowany przez
P.R.E.S.C.O. GROUP w ramach programu edukacyjnego „Wydatki Kontrolowane”.
Program ten ma na celu szerzenie wiedzy z zakresu planowania domowego budżetu,
oszczędzania oraz unikania nadmiernego zadłużania się. W raporcie wykorzystano
dane pochodzące z badań opinii publicznej typu omnibus przeprowadzonych przez
TNS Polska na zlecenie P.R.E.S.C.O. GROUP. Badanie „Zadłużenia Polaków” zostało
zrealizowane w maju br. na ogólnopolskiej reprezentatywnej grupie 1000
mieszkańców Polski w wieku co najmniej 15 lat. (Źródło i rysunek: P.R.E.S.C.O. GROUP S.A/Practum PR, zdjęcie archiwum własne: Turcja, Hierapolis)
Podczas lotów
dalekiego zasięgu do dyspozycji podróżnych przy każdym fotelu są indywidualne zestawy
rozrywki jak np. darmowe filmy, gry i muzyka. Ponadto przed
rozpoczęciem podróży można skorzystać z różnych dodatkowych opcji np. zarezerwować specjalne
miejsce z większą przestrzenią na nogi, dodatkowy posiłek tematyczny „a' la
carte” (poza standardowym cateringiem):
do wyboru m.in. dania japońskie, włoskie, indonezyjskie, zestawy polecane
przez kapitana oraz „przekąski z szampanem”,
a także zamówić wcześniej upominek-niespodziankę, który zostanie
wręczony podróżującej z nami osobie na pokładzie samolotu: np. jubileuszową
lamkę szampana, czekoladki czy inny prezent z oferty. Szczegóły na https://wannagives.klm.com/ Promocyjne bilety lotnicze można rezerwować na stronie: www.klm.pl (Źródło i zdjęcia KLM/101dot Public Relations)
Mamy lato - Miłe Panie i Panowie
bardzo mili też! A plany na nie? Czyżby powrót znów w to samo miejsce? Nie w
tym roku! Warto odkryć Polskę na nowo.
Kto słyszał o Świecie Truskawki, zwiedzał Muzeum Mydła i Brudu,
grał już w Geocaching i wie, co to w ogóle jest, pływał na Byle Czym? Wygląda
na to, że w tym roku internauci muszą przygotować się na dużą dawkę
turystycznych wrażeń, gdyż ruszył
ogólnopolski konkurs, w którym turyści wybiorą swoje ulubione regiony, miasta, atrakcje, wydarzenia,
obiekty noclegowe, biura podróży,
a także ulubione zdjęcie wakacyjne 2014. Ostatnia kategoria
została przygotowana specjalnie dla turystów!
Konkurs “Lubimy podróżować, 7 ulubionych społeczności turystycznej” organizowany jest przez redakcję społecznościowego serwisu turystycznego SocialTravel.pl, która wzięła pod lupę wszystkie ciekawe regiony i miasta, niepowtarzalne wydarzenia i atrakcje, a także niezwykłe wycieczki po najciekawszych zakątkach Polski i świata.
Już w najbliższe wakacje turyści będą mieli okazje sprawdzić, kto jest najbardziej popularny w swojej kategorii, a wszystko to na jednej turystycznej mapie Polski! Konkurs może być także niesamowitą inspiracją do podróży po ulubionych miejscach w kraju. Nie ma żadnych ograniczeń odnośniedo uczestników akcji, także każdy może zostać laureatem, jeżeli jego oferta okaże się atrakcyjna dla turystów, tak jak każde zdjęcie może wygrać, jeżeli będzie ciekawe dla internautów. Głosowanie już ruszyło i potrwa aż do końca wakacji. Oddać swój głos będzie można poprzez stronę SocialTravel.pl oraz specjalną aplikację konkursową. W trakcie głosowania można także zgłaszać uczestnictwo we wszystkich kategoriach. Zgłoszenia i głosowanie na siódmą kategorię konkursową ruszy z początkiem lipca na stronie www.socialtravel.pl/lubimypodrozowac.
Laureatom zastaną przyznane liczne nagrody, a także uzyskają
certyfikat: “Ulubiony ... Społeczności Turystycznej 2014”. Konkurs jest
całkowicie darmowy i powszechny, a jak się okazuje, jest także znakomitą okazją
do zwiększenia popularności swojego ulubionego regionu, miasta czy atrakcji
turystycznych. Planowane rozstrzygnięcie konkursu nastąpi we wrześniu.
Miłe
Panie i Panowie bardzo mili też, proszę wybrać swoich ulubionych uczestników i
sprawdzić, na co głosują turyści z całej Polski! Więcej informacji o konkursie:
www.socialtravel.pl/ Przy okazji zaś
ważna wiadomość – z portalem SocialTravel można współpracować, zamieszczając
swoje relacje i zdjęcia z podróży! Szczegóły również na w/w stronie społecznościowego serwisu turystycznego. (zdjęcia własne: rynek w Sandomierzu, Muzeum Dzwonów i Fajek w Przemyślu, Hotel Bristol w Radomiu, Zamek w Dubiecku).
Ryanair, linia lotnicza numer 1 w Polsce, dziś (1 lipca) świętowała
inaugurację krajowych rejsów inauguracyjne pomiędzy Gdańskiem a Krakowem i
Wrocławiem. Są to kolejne połączenia krajowe z Gdańska – dotychczas można było
latać stąd do Warszawy. Ryanair obsługuje trasy krajowe swoim samolotem Boeing 737,
co oznaczać ma więcej miejsc dla pasażerów i bardziej dostosowane do ich
potrzeb godziny podróży.. Ceny biletów na połączenia krajowe w Ryanair
zaczynają się już od 25 zł (lot w jedną stronę, włączając podatki oraz opłaty).
Ryanair otworzy swoją trzecią bazę w
Gdańsku w październiku 2014r. Stacjonował będzie tam jeden samolot, a zimowy
rozkład Ryanaira będzie wzbogacony o trzy nowe połączenia do Birmingham, Leeds
Bradford oraz Warszawy Modlin (10 połączeń łącznie ).
|
|
Data rozpoczęcia
lotów
|
Częstotliwość
lotów
|
Cena biletu
|
Oszczędności
|
||
|
Ryanair
|
LOT
|
|||||
|
Warszawa
|
02.04.14
|
Codziennie
|
25 zł
|
150 zl
|
125 zł
|
|
|
|
|
|||||
|
Kraków*
|
01.07.14
|
3 x tygodniowo
|
84 zł
|
200 zl
|
116 zl
|
|
|
Wrocław*
|
01.07.14
|
3 x tygodniowo
|
39 zł
|
165 zl
|
126 zl
|
|
Kiedy Gabriella Paruzzi zdobywała złoty medal w biegu narciarskim na 30 km techniką klasyczną w Salt Lake City, to właśnie jej kibicowałam, oglądając transmisję Olimpiady zimowej anno domini 2002 r. w TV. Cieszyłam się, gdy dwa lata później stanęła na najwyższym podium w Pucharze Świata narciarstwa biegowego. Starałam się śledzić jej karierę do decyzji o wycofaniu się, podjętej chyba w najlepszym dla sportowca momencie, na końcu sezonu, który przyniósł jej brąz na Olimpiadzie w Turynie.
Dlatego tak pełna emocji wsiadałam do wagonika kolejki linowej, mającej mnie wynieść na Świętą Górę Lussari (1790 m n.p.m.). Położona w samym sercu Alp Julijskich, nazwanych tak na cześć Juliusza Cezara w czasach jego panowania nad imperium, słynie przede wszystkim z tutejszego, malutkiego sanktuarium dedykowanego Matce Boskiej. Ale gros gości decyduje się na podniebną podróż również ze względu na 19-pokojowy, trzygwiazdkowy hotel-schronisko „Rododendro”, który właśnie na Monte Lussari Gabriella prowadzi wraz z mężem, serwując dania palce lizać w hotelowej restauracji.
Otoczenie góry Lussari aż prowokowało do pstrykania zdjęć metodą japońską, czyli praktycznie bez przerwy. Majestatyczne szczyty, mimo końcówki maja przykrywały obfite czapy śniegu. W niższych partiach zieleniły się łany sosen, poprzecinane skalistymi piargami i urwiskami. Pod nami zbiegała ostro w dół, zjazdowa trasa narciarska, którą wstępnie oceniłam na czarną, ale okazała się "zaledwie" czerwoną. Mogłam ją obserwować bez przeszkód, bo w wagoniku naszej kolejki po starcie ze stacji dolnej nie zamknęły się drzwiczki. - Jesteśmy jeszcze przed sezonem - wyjaśnił naszej wcale nie tak lekko spanikowanej grupie żurnalistów (vide: http://italiannawdrodze.blogspot.com/2014/06/romano-benet-na-friulanskich-sciezkach.html), człowiek z obsługi technicznej, gdy felerny wagonik zmienialiśmy na stacji średniej na inny, Ten już bez dostarczania nam dodatkowej adrenalinki, pomknął żwawo ku górze. Na miejscu okazało się, że typowo alpejski budyneczek doskonale wpasował się w architektoniczną całość lilipuciej osady, wieńczącej szczyt Lussari. A zatem Gabriella nie wykorzystała swojego statusu mistrzyni, aby załatwić sobie pozwolenie na budowę jakiegoś mega-dziwologa, jak to mają w zwyczaju nasi celebryci.
Mało tego, Gabriella
pozostała wierna rodzinnemu regionowi
Friuli-Wenecji Julijskiej i prowincji Udine, gdyż geograficznie góra znajduje
się właśnie na jej obszarze, a Gabriella przyszła na świat właśnie w Udine
dokładnie przed 44 laty (21 czerwca 1969 r.). Jak opowiada na swojej stronie
internetowej, zaczęła jeździć na nartach jako sześciolatka, bo pełno śniegu
miała przed domem przez dobrych kilka miesięcy w roku. Pierwsza szkółka
narciarstwa biegowego, do której się zapisała to właśnie Sci cai na górze
Lussari, której zresztą patronuje do dziś. Pozostała, pomimo 10 medali na
koncie (po połowie na olimpiadach i mistrzostwach świata), bardzo skromna. Spodobało
mi się, że w restauracji, w której przecież jest szefową – sama podaje dania gościom.
Naturalnie, zważywszy że to ex campionessa, jest to najlepsza reklama zakładu,
magnes przyciągający na górę Lussari nie tylko pielgrzymów pragnących nawiedzić
sanktuarium znajdujące się kilkadziesiąt metrów dalej, o czym za chwilę.
Szczupła, ubrana na sportowo w kwieciste legginsy i białe polo, chętnie dawała wciągnąć się w rozmowę, choć raczej o sytuacji bieżącej branży turystycznej, która w Italii nękanej kryzysem jest mówiąc oględnie niewesoła, niż o własnych dokonaniach. Menu, jakie nam zaproponowała, było wyborne, a zarazem bardzo regionalne, bo wykorzystujące produkty friulańskie, gdyż Gabriella wyraźnie chce promować tradycje swojej ziemi.
Towarzyszyło mu, odpowiednio dobrane wino - Merlot rocznik 2012 - naturalnie Friuli Colli Orientali:
Doceniają to lokalne władze, czego dowodem jest chociażby trasa narciarstwa biegowego jej imienia www.turismofvg.it/Cross-country/Arena-Paruzzi-Ski-Run Gabriella wraz z mężem prowadzą też hotel i restaurację Spartiacque w pobliskim Tarvisio http://www.hotelspartiacque.com/
Po rozkoszach ciała, postanowiliśmy wraz z kolegami uczynić coś dla ducha i zajrzeć do wspomnianego już sanktuarium, położonego praktycznie na samym szczycie. Niestety, było zamknięte na głucho, czego można się było spodziewać przed sezonem. Zgodnie z lokalną tradycją w 1360 r. pasterz wypasający swoje stado nagle miał je stracić z oczu, aby odnaleźć po jakim czasie owce, klęczące wokół jednego z krzaków. W środku zauważył ze zdumieniem figurkę Matki Boskiej, którą postanowił oddać miejscowemu proboszczowi. Jednak figurka w tajemniczy sposób powracała na dawne miejsce kilka ranków z rzędu, a owce regularnie się przy niej gromadziły. Dostrzegając w tym działanie sił boskich, proboszcz zgłosił fakt swojemu zwierzchnikowi czyli Patriarsze Akwilei, który nakazał zbudowanie w tym miejscu kaplicy.
Wkrótce miejsce kultu stało się celem pielgrzymowania trzech nacji: Włochów, Słowenów i Austriaków :www.santuariodelmontelussari.it/en/the-sanctuary/. Friuli, o czym warto pamiętać jest bowiem regionem właśnie z nimi graniczącym, a w przeszłości wchodziło w skład Austro-Węgier.
Więcej na temat Gabrielli Paruzzi na jej stronie: www.gabriellaparuzzi.com/
A oto zimowe zdjęcia góry Lussari:
Zdjęcia są mojego autorstwa oprócz ostatniego Carla Spaliviero/FVG

















