Windą w kosmos w Palmanova

23:34

Winda na pierwszy rzut oka jak w bloku. Wchodzę do środka metalowej skrzynki. Drzwi zasuwają się bezszelestnie.
Chwila ciemności i ściany nagle znikają. Widzę podwórko kamienicy, na którym stoi czy... stała? Bo oto winda unosi się coraz wyżej ponad czerwone dachy, ulice przypominające swoim układem sieć pająka z Piazza Grande pośrodku w formie idealnego sześciokąta.
Wreszcie ogarniam wzrokiem całe, zamknięte w potrójnym pierścieniu fortyfikacji renesansowe miasto idealne - Palmanova. Ma unikatowy kształt dziewięcioramiennej gwiazdy i od prawie dekady figuruje na Liście Światowego Dziedzictwa UNESCO.
Winda sunie dalej ku niebu. Spośród obłoków migają mi Adriatyk, Alpy Karnickie i Alpy Julijskie ze szczytami sięgającymi blisko 3000 m. Od południa i północy oraz północnego-wschodu stanowią naturalne ramy Friuli- Wenecji Julijskiej. To region graniczący ze Słowenią i Austrią, najbliższy geograficznie Polsce.
Paradoksalnie mało jest nam znany - większość przemierza go nieuważnie „pędząc” ku Wenecji. Szkoda, gdyż wręcz zaskakuje mnogością niebanalnych miejsc. Jak Palmanova, którą najpierw oglądam na bardzo realistycznym filmie wyświetlanym w wirtualnej windzie – nowej atrakcji turystycznej miasta. Gdy ją po kwadransie opuszczam – kręci mi się lekko w głowie, bo błędnik zwariował od złudzenia ruchu.
Fascynuje mnie rzeczywiście idealna geometria tego miasta, w którym wszystkie drogi zbiegają się na wypełnionym straganami obwoźnego handlu Piazza Grande. Kilka eleganckich budynków z podcieniami z czasów Serenissimy, Najjaśniejszej Republiki Weneckiej przypomina, że to ona w 1593 r. ufundowała twierdzę Palmanova dla obrony przed Turkami, ale też łakomie patrzącymi na te tereny Habsburgami. Obok budzącej skojarzenia z sakralną, wenecką architekturą Andrei Palladia białej fasady katedry stoi dzwonnica celowo niska, aby nie stanowić celu dla dział wroga. Chcę poznać sekrety warowni, którą w zewnętrzne forty- lunety zaopatrzył Napoleon po zdobyciu miasta i uczynieniu z niej bazy operacyjnej przeciwko Wenecji. W inscenizacjach przypominających te wydarzenia biorą udział polscy rekonstruktorzy. Przez jedną z zachowanych, trzech bram miejskich – do złudzenia przypominających te w Zamościu, mieście siostrzanym Palmanovy - wyruszam na „podbój” fortyfikacji.
Dziś to atrakcyjne dla pieszych, wózków i rowerzystów tereny rekreacyjne z maskowanymi murawą bastionami, kurtynami i lunetami, fosą oraz koszarami i fortami na różnych poziomach. Udostępniona część chodników kontrminowych prowadzi mnie pod wyimaginowane stanowiska wroga, którego należało unieszkodliwić.
Te podziemne galerie są teraz czyściutkie, dobrze oświetlone, wabią niewielkimi grupami stalaktytów, stalagmitów, ale przede wszystkim pereł jaskiniowych. Błyszczącą powierzchnią, kształtem i rozmiarem przypominają te drogocenne, ale są formami krasu podziemnego powstającymi w zagłębieniach wypełnionych wodą pozostającą w ruchu.
Zabudowa samego miasta jest już bardziej współczesna, choć respektuje renesansowy plan, co czyni wędrówkę po uliczkach biegnących po pajęczynie przygodą samą w sobie. Dawne magazyny fortowe zyskały nowe przeznaczenie - ich ściany zapełniły obrazy współczesnych artystów.
Na koniec wycieczki ponownie trafiam na Piazza Grande, zgodnie z nazwą rzeczywiście duży plac, gdzie zbiegają się główne ulice "pajęczyny" miasta.
Ora di pranzo. Wybór może być tylko jeden - Caffeteria Torinese przy samym placu, wbrew nazwie serwująca prócz kuszących artystyczną formą również dania obiadowe. Ale jakie, popatrzcie sami:
Grazie Chef, sei davvero grande!

Zobacz również:

0 komentarze