Wszystkich moich Czytelników, Znajomych i nieznajomych, amatorów podróży na rozmaite dystanse zapraszam nam moje slajdowisko do Wesołej już na początku marca
20 lat ma Kazachski Narodowy Uniwersytet Sztuk w Astanie –
jeden z czterech budynków to… klawiatura fortepianu w nadnaturalnym wymiarze, a
mniejsza z dwóch sal koncertowych nosi imię Fryderyka Chopina. To gigantyczny
kompleks edukacyjny, gdzie nauka odbywa się niemal od oseska do uzyskania…
doktoratu. Szkoła prowadzi siedem programów artystycznej szkoły podstawowej i
średniej, dziewięc colllege’u, 18 bachelor, 15 master i trzy PhD, czyli
doktoratu. Uczelnia ma cztery wydziały:
- muzyczny (z podziałem na sekcje instrumentalne,
muzykologię, śpiew i dyrygenturę),
- sztuki tradycyjnej (z uwzględnieniem ludowych instrumentów
kazachskich i rosyjskich oraz śpiewu),
- teatru, kina i telewizji (zaopatrzony w studia filmowe i
najnowszy sprzęt rtv)
- historia sztuki.
Jedną część budynku zajmuje szkoła z internatem dla
uzdolnionych dzieci i młodzieży tak połączona korytarzami z resztą budynku, że
nie trzeba opuszczać wnętrz. Przytulne 2-3 osobowe sypialnie mają standard
dobrych trzech gwiazdek. W głównym holu szkoły króluje prawdziwa jurta z
kazachskich stepów – miejsce, gdzie najchętniej dzieci spędzają przerwy.
Całości dopełniają sale koncertowe w prawdziwego zdarzenia – występując na nich
młodzież może się przyzwyczajać do występów na światowych scenach. Całe
założenie „wszystko w jednym” wydaje się dobrze przemyślanym eksperymentem,
gdzie naukę zawodu łączy się z przyswajaniem wiedzy ogólnej. Rozczulenie budzą
klasy malutkich, 6-7-letnich, początkujących baletnic w tiulowych spódniczkach
ze włosami zebranymi na karku w koczki, które na polecenie pani dzielnie
stawiają pierwsze pas.
Więcej o Astanie w moim artykule on-line w Magazynie Świat Podróże Kultura:
Z Ałmaty samochodem jedzie się tu około trzech godzin. Najpierw wskakuje się na fragment autostrady Western China-Western Europe. To bodaj największe, interkontynentalne i międzypaństwowe przedsięwzięcie liczące 8445 km, z czego 2233 km przebiega przez Kazachstan. Bank Światowy wyasygnował na nie ponad 2 mld, choć cała inwestycja, do której dorzucają się też banki azjatyckie krajów uczestniczących w projekcie i Islamski Bank Rozwoju. Cała trasa przebiega przez następujące miasta: Sanktpetersburg, Niżny Nowgorod, Kazań, Orenburg, Aktobe, Kyzyl-Orda, Szymkent, Taraz, Kordai, Ałmaty, Khorgos, Urumgi, Lanzhou, Changzhou z metą w Lianyuangang.
Dwupasmówka jest porządnie utrzymana na kazachskich odcinkach, co przetestowałam również wcześniej, jadąc do Turkiestanu. W pewnym momencie jednak coraz bardziej zauważalny jest brak jakiejkolwiek infrastruktury: stacji benzynowych, przydrożnych barów, o toaletach nie wspominając.
Drogi lokalne są już pełne dziur i wybojów, więc poruszając się busem czułam się jak na off-roadzie, ale ma to swój urok, gdy za oknami migają niekończące się połacie stepu. Nie jest on jednolity, raz bardziej kamienisty, pożółkły, bo spalony słońcem, niekiedy bardziej zielony. Wpatrywanie się w niego wciąga i fascynuje tą ogromną przestrzenią niezagospodarowaną przez człowieka. Na horyzoncie miga masyw Tienszanu, potężny, dziki, groźny, ale i malowniczy ze szczytami pokrytymi śniegiem. Im bliżej kanionu, tym bardziej step i półpustynie ustępują miejsca wyższym wzniesieniom.
Wreszcie, we wczesnopopołudniowej spiekocie docieramy do celu. Drogę do kanionu zagradza szlaban - obok niego domeczek-budka i prowizoryczny parking. Stąd podjedziemy jeszcze kawałek niemal do samego kanionu jawiącego się niczym gigantyczne, zygzakowate pękniecie w ziemi. Nasz busik parkuje niemal na krawędzi - serce podchodzi mi do gardła, ale kierowca jest pewien swoich umiejętności, parkuje pewnie na chrupiącym pod kołami żwirze.
Cały kanion ciągnie się aż 90 km, ale my zobaczymy tylko jego malutką, ponoć najciekawszą część - dwukilometrową Dolinę Zamków, często porównywaną z Wielkim Kanionem Rzeki Kolorado.
W naszej grupie był Amerykanin, więc zapytaliśmy się go o zdanie: - O nie, zupełnie nie ma porównania - orzekł John kategorycznie tylko na podstawie zdjęć w albumie, jaki nam wcześniej wręczono i na wycieczkę nie pojechał. Miałam takie wrażenie, że w jego wyobrażeniu tylko Ameryka może się poszczycić wszystkim, co najpiękniejsze, również przyrodniczo. Bywa.
Ja za wielką wodą byłam jedynie w Waszyngtonie - dla mnie zupełnie europejskim, pełnym zieleni, eleganckim w części rezydencjalnej i City, miastem. I nie wybieram się tam dopóki nie zniosą wiz. Mam jakąś głęboką niechęć do płaszczenia się przed urzędnikami, wyniesioną z czasów komuny, gdy za każdym razem jadąc za zachodnią granicę trzeba było się powdzięczyć, aby taki dokument otrzymać. Basta!
Mnie Kanion Szaryński oczarował formacjami skalnymi, pozwalającymi na grę wyobraźni, zmieniającą się wraz z upływem czasu kolorystyką na otaczających mnie ścianach, szumem bystro płynącej, górskiej rzeki Szaryn, od której kanion bierze nazwę, skupiskiem jurt na końcu trasy, w których za 100 dolarów dziennie może przenocować pod jednym dachem do ośmiu osób.
Białe, zdobione delikatnym motywem namioty pięknie wpisywały się w otaczający je krajobraz.
Oferowane na miejscu szaszłyki z grilla: do wybory z kurczaka lub barana, były wprost palce lizać - cena 1000 tenge (10 zł) za szpadkę nie wydała mi się wygórowana. Natomiast toalety wołają o pomstę do nieba - to po prostu cuchnące wyjątkowo odrażająco w spiekocie, sławojki czyli obudowane dziury w ziemi. Z tym trzeba by coś zrobić, bo gros turystów załatwia swoje potrzeby w okolicy, na tzw, "łonie przyrody".
Już w drodze powrotnej przez kanion zachwyciła mnie CISZA rozcinana jedynie podmuchami wiatru, który neutralizował nieco wyjątkowo silny wczoraj upał - opaliłam sobie dekolt przez bluzkę!
Teraz siedzę sobie w szlafroku, w przepastnym łożu hotelu Holiday Inn w Ałmaty i liczę godziny do odlotu. O 16.20 z tutejszego lotniska zabierze mnie Airbus do Moskwy, a stamtąd pofrunę Embraerem do Warszawy. Żegnaj Kazachstanie, absolutnie mnie uwiodłeś.
Sokolnictwo to tradycja Kazachów sięgająca tysiąca lat wstecz. Na stepach, na których wiedli żywot nomadów polowali zarówno z sokołami, jak i orłami oraz jeszcze sześcioma innymi gatunkami zwierząt łownych. Stare, kazachskie przysłowie mówi: "Jastrząb w garści, to mięso w garnku, sokół na dłoni, przyjemność w sercu". Sokolnictwo polega na polowaniu na mniejsze ptaki i drobniejszą zwierzynę jak króliki. To raczej styl życia niż hobby czy sport. Wymaga nie lada oddania, bo sokoły muszą codziennie polatać, a to wraz z karmieniem i higieną zajmuje kilka godzin. Od 2012 r. sokolnictwo znajduje się na Liście Światowego Dziedzictwa UNESCO.
Stojący w centrum Ałmaty Pomnik Niepodległości zdobi figura łowcy z sokołem na ręku.
To właśnie od Kazachów między innymi ptaki kupują Dubajczycy. Dziś zobaczyłam taki półgodzinny pokaz. Jakkolwiek nieco pod publiczkę, to bardzo zręcznie zrobiony. Prowadzący go Kazach kapitalnie żonglował słowami po rosyjsku i angielsku, nieco nabijając się z publiki. Naturalnie zaprezentowane nam polowanie było bezkrwawe - ptaki za swoje popisy dostawały padlinę.
Oto kilka moim zdaniem udanych fotek, na których zaprezentowały zwoje umiejętności również sowy i puchacze:
Na serii zdjęć wyżej sówka wcina nogę kurczaka i bardzo jej smakuje :)
Wczoraj byłam gościem I Międzynarodowego Festiwalu Filmowego w Ałmaty, zorganizowanego na polecenie władz Ałmaty przez Filmowy Fundusz Astany. Wielka gala na czerwonym dywanie, z gwiazdami tutejszej kinematografii w długich sukniach miała miejsce w Pałacu Republiki. A raczej przed nim. Wśród tryskających obficie fontann zdobiących betonowy plac, sunęły w świetle reflektorów i błyskach reporterskich fleszy tutejsze i zagraniczne celebrities
Ja złowiłam moim reporterskim Canonem, Miss Ałmaty i jednego z członków jury.
Tuż obok niego szła inna członkini szacownego grona oceniających, Nastassia Kinski, której nie rozpoznałam - jednak nieco lat minęło od jej roli w Tess, filmie według prozy Thomasa Hardy'ego nakręconym w 197 r. przez Romana Polańskiego. Nastassia dostała za tamtą rolę Złoty Glob, a Polański, Cezara.
Potem tłumy gości przeniosły się na ogromną widownię, gdzie po krótkich przemówieniach odbyła się światowa premiera filmu Ayka.
Co prawda ta kazachsko-rosyjsko-chińsko-niemiecko-polska koprodukcja była już prezentowana na ostatnim festiwalu w Cannes, ale dopiero wczoraj można było obejrzeć kompletny film, nad którym prace trwały aż sześć lat. Reżyserem obrazu jest urodzony w Kazachstanie Sergey Dvorstevoy, natomiast rolę kirgiskiej dziewczyny, która za chlebem udała się do Moskwy i tam wśród śnieżycy stulecia zmaga się z przeciwnościami losu, z samą sobą i mafią, zagrała koncertowo Samal Yeslyamova. Nominowana po raz pierwszy w historii kazachskiej kinematografii do nagrody za pierwszoplanową rolę kobiecą na ostatnim festiwalu w Cannes, sprzątnęła ją sprzed nosa innym pretendentkom. I słusznie, bo to rzeczywiście pomnikowa rola Samal, która w całym filmie nie wypowiada wielu słów. Nie one są tu ważne, ale sama sytuacja, w której znalazła się główna bohaterka dramatu. W pierwszych kadrach filmu ucieka przez okno z moskiewskiego szpitala, gdzie dosłownie przed chwilą urodziła dziecko. Porzuca je, bo musi pracować - chce też jednocześnie umknąć ścigającej ją, rosyjskiej mafii, u której się zadłużyła pragnąc otworzyć swój mały biznes. Prawdopodobnie nic z tego nie wyszło, bo dziewczyna, tytułowa Ayka ima się różnych prac, na czarno, ponieważ jej pozwolenie na pobyt od roku wygasło. Mieszka w koszmarnych warunkach z kilkudziesięcioma osobami w jednym mieszkaniu, o zaklejonych oknach i drzwiach, w potwornym brudzie, oddzielona od reszty zasłoną z koca. Jednocześnie zmaga się ze własną słabością - poporodowym krwawieniem i bólem nabrzmiałych od mleka piersi, z których ściąga pokarm, tak jak by doiła krowę. Każda scena jest przedstawiona niezwykle realistycznie, wręcz naturalistycznie: tu rzeczywiście płyn ą krew, pot i łzy.
Jestem też pod wrażeniem arcytrudnych do zrobienia zdjęć do filmu, za co odpowiadała Joanna Dylewska. Z kolei Tomasz Matraszek zajął się charakteryzacją.
Docelowo festiwal ma stać się największym tego typu wydarzeniem regionu, zbliżającym i łączącym tutejsze narody i kultury. Wybór miejsca nie był przypadkowe. To w Ałmaty przed 89 laty zbudowano pierwsze studio filmowe.
Kazachowie są narodem cudownie wręcz gościnnym. To zaś oznacza, że witają gości z otwartymi ramionami, zapraszając do zastawionego suto stołu, na który wjeżdżają coraz to nowe potrawy.
Mam wrażenie, że podczas tego wyjazdu cały czas jemy - Organizatorzy martwią się, czy aby nie zgłodnieliśmy. Absolutnie nam to nie grozi.
W tutejszej kuchni króluje mięso. Kazachowie byli nomadami, musieli jeść solidnie, a na talerzach lądowało to, co można było przygotować w stepie szerokim. A zatem mięso baranie, ale też bardzo dużo koniny, która mi bardzo smakuje. Nie jest tak tłusta jak również obecna w tutejszej kuchni baranina, a więc nawet wystarczy po jego zjedzeniu wytrzeć półmisek kawałkiem pieczywa i już jest czysty, nie maże się od tłuszczu. Do tego różnego rodzaju pieczywo w formie placków i placuszków, jak tandyr nan.
Samo słowo nan pochodzi z perskiego, a cała nazwa przypomina, że ten smakołyk, który je się rwąc na kawałki, wypiekany jest w specjalnym, glinianym piecu tandoori. Potem puste w środku booursacks., smażone w głębokim tłuszczu.
Mleko wielbłąda smakiem przypomina turecki jogurt Ayran, tyle, że nie jest słone, albo kojarzy się nieco z naszym zsiadłym mlekiem. Pyszne jest serwowane na zimno. Grillowane warzywa, sałatki typu grecka podawane są przed głównym daniem, wnoszonym na wielkim, rzeźbionym bogato półmisku beshbarmak (patrz zdjęcie otwierające posta). To narodowe danie ludów tureckich
zamieszkujących tereny od Azji Mniejszej po Czukotkę. Nazwa oznacza pięć palców, bo w ten sposób nomadowie tę potrawę zajadali. Na drewnianym, pięknie
rzeźbionym półmisku serwowane są gotowane kawałki mięsa (konia, ewentualnie
wołowego) z makaronem przypominającym nieco włoskie lasagne w sosie z tego
mięsa przesyconym cebulą, która je dodatkowo zdobi, pokrojona w krążki. Do tego
dania zazwyczaj serwowany jest kese, czyli rosół barani.
W Kazachstanie, zwłaszcza w południowej części kraju z rozkoszą pałaszowałam ryby pod różną postacią: smażone, w formie tatara i sushi. Przy okazji polecam świetną a niedrogą i niepretensjonalną knajpkę rybną ze stoliczkami na deptaku Panfiłowa (w mieście są dwa lokalne tej sieci) https://kazakhstan.oceanbasket.com/our_menu
Niezmiernie soczyste i
słodkie są tutejsze owoce: arbuzy, melony i jabłka, z których słynie
Kazachstan,. a zwłaszcza Ałmaty, miasto mające jabłko w nazwie.
Nie udało mi się odwiedzić EXPO w stolicy Kazachstanu w czasie jego trwania rok temu.
Jednak dziś miałam okazję obejrzeć tereny wystawy, a zwłaszcza 8-piętrowy Pawilon Energii ukryty w szklanej kuli. Oto kalejdoskop zdjęć - wrażeń z bardzo ekspresowego zwiedzania:
Samochód przyszłości napędzany energią elektryczną:
Dziś stolicy Kazachstanu ciąg dalszy, przy czym odwiedziłam miejsca kultury wysokiej. Rano "Astana Opera", czyli Państwowy Teatr Opery i Baletu. Monumentalny gmach o klasycznych formach został zbudowany w 2013 roku z inicjatywy prezydenta kraju, Nursułtana Nazarbajewa.
Sam szczyt, nad tympanonem wypełnionym kazachską ornamentyką, zdobi kwadryga, która znowu kojarzy się ze starożytnym Rzymem. Ale też z końmi zdobiącymi Bazylikę św. Marka w Wenecji.
Natomiast Kazachowie poprzez cztery pędzące koniki nawiązują do swojej przeszłości nomadów, w której właśnie konie pełniły kluczową rolę.
Iście pałacowe wnętrza, pełne złoceń, białych marmurów, z których wykonane są schody i kolumny oraz posadzek we wzory z kolorowego marmuru, sprowadzonego m.in. z Włoch, oświetlone kryształowymi żyrandolami z Murano swoim bogactwem przywodzą na myśl operę moskiewską. Ale i tu wplecione są motywy lokalne: ściany bowiem pokrywają freski z najpiękniejszych przyrodniczo miejsc Kazachstanu, w tym Kanionu Szaryńskiego.
Widownia wraz ze sceną z kolei wzorowane na najlepszych teatrach operowych świata, w tym zdecydowanie La Scali czy neapolitańskim San Carlo. Poniżej zdjęcie loży prezydenckiej:
Astana jest niczym młoda dziewczyna wchodząca dopiero w dorosłe życie. Ustanowiona dekretem prezydenckim w grudniu 1997 r. nową stolicą kraju, który zaledwie kilka lat temu uzyskał niepodległość, w dwie dekady z 250-tys. miasta stała się milionową metropolią porównywaną coraz częściej do Dubaju. I mnie się ze stolicą tego emiratu kojarzyła. Poniekąd o tyle słusznie, że jej odważna architektura z wieżowcami ze szkła i stali o fantazyjnych kształtach Dubaj przypominać może. Chociażby budynek poniżej, dla którego bezsprzecznie inspiracją musiał być hotel Atlantis The Palm na Wyspie Palmowej:
Lub te wieżowce:
Sam Dubaj zresztą w ciągu zaledwie kilku dziesiątków lat przeskoczył cywilizacyjnie dwa wieki.
Ale Astana, gdy się po niej jeździ samochodem, przekraczając co jakiś czas jeden z sześciu mostów na rzece dzielącej miasto na część nowoczesną i starszą, pokazuje inne oblicze.
Jest wręcz zaskakująco monumentalna - jej budowle są po prostu ogromne. Zajmują hektary połaci, pną się piętrami w górę, powalają majestatem.
Łącząc w sobie tradycję dawnej architektury z nowoczesną zaskakują doskonałą wizją kompozycyjną.
Te wieże, apartamentowce czy gmachy użyteczności publicznej są po prostu eleganckie i wkomponowane w większą całość, otoczone zielenią, szerokimi alejami ulic, po których suną toyoty, mitsubishi, rzadziej pośledniejsze marki. Czysta i zadbana nadzwyczaj zaskakuje brakiem jakiegokolwiek papierka rzuconego na ziemię - z chodników można by niemal jeść
Jednocześnie Astana nieustająco się buduje i rozbudowuje, z ogromnym wręcz rozmachem.
Zarazem w taki sposób, że najwyraźniej nie paraliżuje życia mieszkańców.