W Egipcie też segregują śmieci... z rzadka. Tylko w luksusowych obiektach. To zdjęcie zrobiłam na wyspie Elefantynie na Nilu w pięciogwiazdkowym Moevenpick Aswan Resort.
Gdy żeglowałam po Nilu z Elefantyny do pierwszej katarakty, podziwiałam przede wszystkim malownicze widoki - intensywnie żółtych piasków pustyni, kryjących wzgórza na prawym brzegu, sunące pod pełnymi żaglami feluki, ale i hotel, gdzie rozgrywała się przecież akcja słynnej powieści Agathy Christie. Chwilowo zapomniałam o konwoju, w jakim przyjechałam do Asuanu, wzmożonych kontrolach na lotnisku, nawet krwawych starciach w Kairze. Zresztą stolica kraju była tak daleko, jakby w innym świecie. Tutaj wszystko wydawało się takie spokojne. Naciskając coraz to spust migawki, rejestrowałam kolejne obrazki, w tym przycumowane do pomostów łodzie. Nie te obdrapane, wieloosobowe wodne taksówki- spacerówki, ale eleganckie houseboaty. Nieskazitelna biel drewnianych burt lśniła w promieniach słońca, wyszorowane pokłady też, a okna zdobiły firaneczki - zupełnie, jakbym nagle znalazła się w Tyrolu. Czegoś mi jednak brakowało i nagle doznałam olśnienia. Po prostu jakiegokolwiek ruchu! Houseboaty stały w rzędach, tak jak w Asuanie pływające hotele, ale nikt z nich nie korzystał. Żadnych gości, ani pół turysty. Podobnie Nil, zazwyczaj zatłoczony różnej maści środkami transportu wodnego, był całkowicie pusty. W czasie godzinnego rejsu do cepeliowskiej wioski nubijskiej spotkałyśmy tylko jednego surfera, "tuziemca" zresztą i jedną łódź rybacką.
W samej wiosce liczba kramów przewyższała wielokrotnie liczbę przybyszów, też zresztą przeważnie Egipcjan. Dlatego wraz z koleżanką stałyśmy się mimowolną atrakcją i obiektami szczególnych zabiegów. Niemal wyrywano nas sobie z rąk.
Gdy zbliżałyśmy się do kramów z przyprawami, kuszącymi barwną gamą stożków startej na pył kurkumy, curry, hibiskusa, anyżu, kuminu - już sprzedawca wyciągał plastikową, sfatygowaną, łopatkę, aby pozwolić nam je spróbować. W większości były niestety zwietrzałe - nikt ich przecież nie kupował przez tak długi czas, a wielogodzinna ekspozycja na powietrzu nie pomagała zachować świeżości. Jednak w końcu nabyłam kilka przypraw, dokładając do tego drewniany krzyż egipski, anch - za czasów faraonów symbol życia. Ciągnęły się za nami sznury dzieciaków ubranych w przedziwną kompozycję ciuchów europejskich i nubijskich - Nubię miałyśmy bowiem dosłownie za progiem. - Bon, bon - krzyczały, targając nas za bluzki. - Daj cukierka! Poratował nas, wzgardzony w samolocie i zalegający w torebce, wafelek z czekoladą. Ale apetyt maluchów na tym nie poprzestał: - One euro, one euro! - domagały się natarczywie, a my uświadomiłyśmy sobie, że już kilkuletnie szkraby znały wartość tej waluty, przedkładając ją nad dolara. Wracałyśmy, znów Nilem, do hotelu z mieszanymi uczuciami. Cepeliowa, nubijska wioska, gdzie za symboliczne grosze napiłyśmy się również pysznej, lokalnej kawy i nie dopadła nas "zemsta faraona", odsłoniła prawdziwą twarz.
Taką, jaką ma teraz cały Egipt, kraj, który mógłby być mlekiem i miodem płynący, bo ma wszelkie atuty w ręku. Ale brak turystów go zabija i bieda zagląda w oczy. Konferencja naukowa, w której uczestniczyłam pokazała dodatkowo skalę problemów, z jakimi się teraz zmaga. Zachęcam do przeczytania mojej relacji, będącej dziś czołówką wydania na portalu Turystyka rp.pl Rzeczpospolitej, z którą współpracuję: http://www.rp.pl/artykul/705176,1088705-Nad-Nilem-potrzebuja-turystow-i-wody.html
Trzej
południowokoreańscy turyści wraz z kierowcą zginęli przedwczoraj w zamachu
bombowym w egipskim kurorcie Taba nad morzem Czerwonym. Nasz MSZ zareagował od
razu, aktualizując swoje ostrzeżenie dla podróżnych. „W związku z dużą
dynamiką sytuacji wewnętrznej w Egipcie i możliwością wystąpienia realnych
zagrożeń dla bezpieczeństwa obywateli polskich, Ministerstwo Spraw
Zagranicznych odradza wszelkie podróże do Egiptu poza główne ośrodki
turystyczne nad Morzem Czerwonym „ – czytamy na stronie internetowej resortu. „Obywatele
polscy przebywający w Kairze oraz innych większych miejscowościach Egiptu
powinni zachować szczególną ostrożność i ograniczyć poruszanie się do
bezpośredniego sąsiedztwa swoich domów i miejsc pracy. Ponadto, ze względu na
coraz częstsze przypadki zarażenia wirusem H1N1 na terenie całego Egiptu
Ministerstwo Spraw Zagranicznych zaleca unikanie miejsc publicznych: bazarów,
muzeów czy centrów handlowych. Ministerstwo Spraw Zagranicznych uznaje jednocześnie
za możliwe z punktu widzenia bezpieczeństwa obywateli polskich, wyjazdy
zorganizowane z Polski do egipskich ośrodków turystycznych nad Morzem
Czerwonym, kategorycznie ostrzegając jednak przed wszelkimi wyjazdami
indywidualnymi oraz grupowymi poza ośrodki turystyczne. Za szczególnie
niebezpieczne uznaje się wyjazdy do gubernatorstwa Północnego Synaju, ze
względu na znaczny wzrost w ostatnim okresie działalności grup przestępczych
oraz ataków terrorystycznych.” Tyle komunikat, a mnie jednak niepokoi fakt, że
atak nastąpił tym razem właśnie w kurorcie i został przypuszczony na turystów. Przyznała się do niego ekstremistyczna, najbardziej aktywna obecnie w Egipcie dżihadzka organizacja Ansar Bayt al-Maqdis i korzystając z twittera zagroziła kolejnymi, o ile odwiedzający Egiptu nie opuszczą go w ciągu dwóch dni.
To ultimatum bez wątpienia uderza w politykę
obecnych władz starających się za wszelką cenę, aby masowa turystyka będąca podstawą
gospodarki kraju nad Nilem, wróciła pod piramidy.
Widać to było podczas mojego
pobytu w Egipcie przed dwoma tygodniami, gdzie pojechałam na fascynujące
zresztą dla mnie seminarium „Nil jako narzędzie turystycznej komunikacji”,
zorganizowanej pod auspicjami ministra turystyki, Hishama Zaazou w Asuanie.
Spotkali się na niej zarówno egipscy spece od tej dziedziny, jak i zagraniczne
media. A wszystkich nas dotransportowano na miejsce z zachowaniem najwyższych środków
bezpieczeństwa. Na mnie i moją koleżankę z PAP czekało zaraz po wyjściu z
samolotu w Kairze dwóch czy trzech urzędników resortu turystyki, którzy,
przeprowadzając nas przez kolejne kontrole, jednocześnie się zmieniali.
Wreszcie, już w holu lotniska, naszpikowanym, zresztą wcale się nie kryjącymi,
agentami służb specjalnych (eleganckie, granatowe garnitury z
charakterystycznym znaczkiem w klapie), odebrał nas młody człowiek, znakomicie
mówiący po angielsku – również pracownik ministerstwa, aby odstawić na kilka
godzin do pobliskiego hotelu na lekką "siestę", bo wieczorem czekał nas kolejny lot do Asuanu.
Radził nam w
międzyczasie nie opuszczać luksusowych murów Fairmont Heliopolis, choć
gwarantowano jednocześnie, że w mieście jest bezpiecznie. My z kolei,
zważywszy, że ludny Kair (jest 16. miastem na świecie pod tym względem) od
zawsze stoi w korkach, również zdecydowałyśmy się nie wybierać do centrum, obawiając
się, że po prostu nie wrócimy z niego na czas. Poza tym jednak gdzieś z tyłu
głowy słyszałyśmy delikatny sygnał ostrzegawczy, żeby nie prowokować losu.
Zwłaszcza, że w tych dniach w Kairze w zamachach zginęli ludzie. Tak więc
koło godziny 21 odleciałyśmy do Asuanu. Tym razem już nie Austrian Airlines, w których delektowałyśmy się (rzadka okazja) znakomitą, trzeba przyznać klasą biznes z Warszawy via Wiedeń do stolicy Egiptu.
Przesiadłyśmy się do Egyptair, kontynuując podróż w bardzo przyzwoitych
zresztą warunkach, bo na pokładzie oferowano duży wybór napojów, włącznie z
lokalnymi, jak sok z mango, a nie jak w LOT – tylko wodę. Mimo, że rejs trwał
tylko godzinę, stewardesy z trzema wózkami bardzo sprawnie obsłużyły ponad
setkę pasażerów. I wreszcie wysiadłyśmy prosto w smoliste, prawdziwie egipskie
ciemności płyty lotniska w Asuanie. Sam budynek to imponująca gabarytami,
nowoczesna konstrukcja, w której wnętrzu poczułam się trochę jak w sejfie.
Panował tam rozgardiasz, bo, jak się okazało, znaczna liczba pilotek naszej
międzynarodowej grupy seminaryjnej próbowała wyłowić poszczególnych jej
członków z przybyłych ostatnim rejsem. Pilotki były Egipcjankami i nasze
nazwiska na ich listach też były zapisane w tym języku, jednak dziewczyny
okazały się równie sprawne językowo co nasz chłopak z Kairu (gdzie pozostał i
miał nas odebrać w drodze powrotnej), więc wreszcie wszyscy
znaleźliśmy się w autokarze i pod bardzo silną eskortą ruszyliśmy do odległego
o 20 minut drogi Asuanu. Przed nami, migając światami sunęły wolno bodaj trzy
wozy policyjne, za nami co najmniej drugie tyle. Co jakiś czas mijałyśmy prowizoryczne
stanowiska strzelnicze, zza których wyglądali uzbrojeni strażnicy. Gdzieś mignęły
mi też jeden czy dwa transportery opancerzone. Miałam automatyczne skojarzenie
z naszym stanem wojennym, ale średnio pewnie poczułam się dopiero, gdy minął
nas, w pełnym pędzie rozklekotany jeep z trzema młodzieńcami dzierżącymi w dłoniach
kałasze. Okazało się jednak, że to nasza dodatkowa ochrona. Przed samym Nilem,
oddzielającym miasto od wyspy Elefantyny, gdzie znajdował się nasz hotel,
czekał nas ostatni punkt kontrolny. Tutaj, przed szlabanem zagradzającym w
poprzek jezdnię prowadzącą w dół ku przeprawie na rzece, wszyscy musieliśmy opuścić
autobus, wziąć w garść nasze bagaże i wsiąść do przestronnej taksówki wodnej.
Wygodne, pluszowe kanapy zaraz mnie otuliły i niepokój ustąpił miejsce
potwornemu zmęczeniu. Niemal przysnęłam, choć żegluga trwała nie dłużej niż
dziesięć minut. W ciemnej, nieprzeniknionej toni odbijały się światła Asuanu i
stojących wzdłuż brzegu, bezczynnie pływających, lux-hoteli. Taki sam komfort,
jakbym nagle znalazła się zupełnie w innym wymiarze, otulił mnie po wyjściu na
brzeg. Zapachy kwiatów i świeżo podlanej zieleni towarzyszyły w spacerze przez
ogród otaczający pięciogwiazdkowy Moevenpick Resort. I tylko już maszyna do
prześwietlania bagaży przypomniała mi na chwilę, że jednak ochrona czuwa. Potem
zanurzyłam się w bajkę.
A następnego dnia rano, gdy odsunęłam światłoszczelne
zasłony, przywitał mnie już Nil w całej krasie. Widziałam go tak na prawdę
pierwszy raz w życiu i była to miłość od pierwszego wejrzenia.
Sięgnęłam machinalnie
po długą lufę aparatu i niczym Japończyk rzuciłam się do fotografowania
okolicy. Już potem, gdy na chwilę przysiadłam na wygodnych krzesełkach balkonu
pojawiła się natrętna myśl: skoro tak dobrze widzę przez obiektyw drugi brzeg,
to i ja stanowię wyśmienity cel. Naturalnie nic mi się nie stało - bo, jak wspominałam, strzeżeni byliśmy solidnie - również podczas wycieczki na Filo.
Całkowicie bezpiecznie żeglowałam też po Nilu do pierwszej katarakty, o czym zresztą pisałam już na blogu. Jednak wspomnienie bardzo niekomfortowego wrażenia wróciło, gdy agencje podały informacje o ostatnim zamachu na Synaju.
-Ihha, Ihha – z głębokiego snu budzi mnie
ryk osła. Zupełnie jakby biedne zwierzę ktoś odzierał ze skóry. Otwieram oczy,
ale wokół panują ciemności egipskie. Fakt, uświadamiam sobie, przecież jestem w
kraju faraonów! Po omacku, obijając się boleśnie o nieznane mi sprzęty po
drodze, docieram do okna i odsuwam zasłonę. Zalewa mnie fala światła tak
intensywnego, że mrużę oczy, a potem otwieram je szeroko – przede mną rozciąga
się Nil. Wychodzę na balkon i obserwuję, jak rzeka oblewa wyspę Elefantynę, na
której stoi mój hotel. Od strony piaszczystych wzgórz jest granatowo-stalowo-rudawa, a z
przeciwnej, od Asuanu – bardziej błękitna.
W tym błękicie odbijają się,
przycumowane czwórkami do miejskiego nabrzeża pływające hotele. Stoją w
większości puste, bo turyści, dodatkowo zniechęceni ostatnimi wypadkami w
Kairze, niechętnie przyjeżdżają do Egiptu.
Dostrzegam jednak ruch na Nilu – to taksówka
wodna odbija od przeciwnego brzegu i zmierza ku hotelowej przystani. Taką
taksówką, podłużną łodzią pod daszkiem, z miękkimi siedzeniami wyściełanymi
barwnym welurkiem, przypłynęłam poprzedniej nocy i ja. W poprzek rzeki sunie
faluka, pchana wiatrem, który dmucha w wyginający się na nim jak balon, biały
żagiel.
Marzy mi się rejs tą typową dla Nilu łodzią, albo taką większą, która zabiera już cały "garnizon" turystów, ale nie mam czasu.
Przyjechałam
tu przede wszystkim służbowo. Tymczasem przypominam sobie osła i zaczynam go
szukać z niepokojem, aby znaleźć, spokojnie pasące się zwierzę na linii „strzału”
mojego obiektywu.
Jest w wyraźnej ekstazie, bo dorwało się do soczystej, zielonej
trawy, której kępki wystają z ziemi przy granicy z hotelowym ogrodem. Wyrosły
zapewne dzięki wodzie ze spryskiwaczy, jakie pracują non-stop w „resorcie” – inaczej
pod palącym, nawet grudniowym, a więc zimowym słońcem nic by się nie uchowało. Sam
ogród natomiast tonie w kwiatach, których nazw naturalnie nie znam, zaś rabatki i
wypielęgnowane, żwirowe alejki ocieniają korony palm. Tak tu „nienormalnie”
czysto i „sielsko-anielsko”, bo wystarczy tylko opuścić hotelowy teren, aby
natknąć się na góry śmieci, gruzów, wszelkiego rodzaju odpadów.
I biedy. Połowa Egipcjan żyje dziś na granicy ubóstwa albo wręcz i poza nią.
Właśnie
został zniesiony stan wyjątkowy, a więc i godzina policyjna. W biurach podróży
znów coraz więcej osób rezerwuje wycieczki do kraju faraonów. Jednak wielu
rodaków wybiera inne kierunki z obawy, że w Egipcie sytuacja ciągle nie jest
stabilna i może ulec pogorszeniu. A jak to widzi Ambasador tego kraju w Polsce,
pan Reda Bebars? Zachęcam do przeczytania wywiadu, jaki przeprowadziłam z Jego Ekscelencją,
a który ukaże się na łamach specjalnej edycji gazety targowej na TTWarsaw:
www.ttwarsaw.pl/