Kolejna, fotograficzna zagadka - w jakim mieście się znajduję niestety chyba okazała się za trudna. To Udine położone w regionie autonomicznym Friuli-Wenecja Julijska, w północno-wschodnim "rogu" Włoch.
Kiedy Gabriella Paruzzi zdobywała złoty medal w biegu narciarskim na
30 km techniką klasyczną w Salt Lake City, to właśnie jej kibicowałam,
oglądając transmisję Olimpiady zimowej anno domini 2002 r. w TV. Cieszyłam się,
gdy dwa lata później stanęła na najwyższym podium w Pucharze Świata narciarstwa
biegowego. Starałam się śledzić jej karierę do decyzji o wycofaniu się,
podjętej chyba w najlepszym dla sportowca momencie, na końcu sezonu, który
przyniósł jej brąz na Olimpiadzie w Turynie.
Dlatego tak pełna emocji wsiadałam do wagonika kolejki linowej, mającej mnie wynieść na Świętą Górę Lussari (1790 m n.p.m.). Położona w samym sercu Alp Julijskich, nazwanych tak na cześć Juliusza Cezara w czasach jego panowania nad imperium, słynie przede wszystkim z tutejszego, malutkiego sanktuarium dedykowanego Matce Boskiej. Ale gros gości decyduje się na podniebną podróż również ze względu na 19-pokojowy, trzygwiazdkowy hotel-schronisko „Rododendro”, który właśnie na Monte Lussari Gabriella prowadzi wraz z mężem, serwując dania
palce lizać w hotelowej restauracji. Otoczenie góry Lussari aż prowokowało do pstrykania zdjęć metodą japońską, czyli praktycznie bez przerwy. Majestatyczne szczyty, mimo końcówki maja przykrywały obfite czapy śniegu. W niższych partiach zieleniły się łany sosen, poprzecinane skalistymi piargami i urwiskami. Pod nami zbiegała ostro w dół, zjazdowa trasa narciarska, którą wstępnie oceniłam na czarną, ale okazała się "zaledwie" czerwoną. Mogłam ją obserwować bez przeszkód, bo w wagoniku naszej kolejki po starcie ze stacji dolnej nie zamknęły się drzwiczki. - Jesteśmy jeszcze przed sezonem - wyjaśnił naszej wcale nie tak lekko spanikowanej grupie żurnalistów (vide: http://italiannawdrodze.blogspot.com/2014/06/romano-benet-na-friulanskich-sciezkach.html), człowiek z obsługi technicznej, gdy felerny wagonik zmienialiśmy na stacji średniej na inny, Ten już bez dostarczania nam dodatkowej adrenalinki, pomknął żwawo ku górze. Na miejscu okazało się, że typowo alpejski budyneczek doskonale wpasował się w architektoniczną całość lilipuciej osady,
wieńczącejszczyt Lussari. A zatem Gabriella nie wykorzystała swojego statusu mistrzyni, aby załatwić sobie pozwolenie na budowę jakiegoś mega-dziwologa, jak to mają w zwyczaju nasi celebryci.
Mało tego, Gabriella
pozostała wierna rodzinnemu regionowi
Friuli-Wenecji Julijskiej i prowincji Udine, gdyż geograficznie góra znajduje
się właśnie na jej obszarze, a Gabriella przyszła na świat właśnie w Udine
dokładnie przed 44 laty (21 czerwca 1969 r.). Jak opowiada na swojej stronie
internetowej, zaczęła jeździć na nartach jako sześciolatka, bo pełno śniegu
miała przed domem przez dobrych kilka miesięcy w roku. Pierwsza szkółka
narciarstwa biegowego, do której się zapisała to właśnie Sci cai na górze
Lussari, której zresztą patronuje do dziś. Pozostała, pomimo 10 medali na
koncie (po połowie na olimpiadach i mistrzostwach świata), bardzo skromna. Spodobało
mi się, że w restauracji, w której przecież jest szefową – sama podaje dania gościom.
Naturalnie, zważywszy że to ex campionessa, jest to najlepsza reklama zakładu,
magnes przyciągający na górę Lussari nie tylko pielgrzymów pragnących nawiedzić
sanktuarium znajdujące się kilkadziesiąt metrów dalej, o czym za chwilę.
Szczupła, ubrana na sportowo w kwieciste legginsy i białe polo, chętnie dawała
wciągnąć się w rozmowę, choć raczej o sytuacji bieżącej branży turystycznej,
która w Italii nękanej kryzysem jest mówiąc oględnie niewesoła, niż o własnych
dokonaniach. Menu, jakie nam zaproponowała, było wyborne, a zarazem bardzo
regionalne, bo wykorzystujące produkty friulańskie, gdyż Gabriella wyraźnie
chce promować tradycje swojej ziemi.
Po rozkoszach ciała, postanowiliśmy wraz
z kolegami uczynić coś
dla ducha i zajrzeć do wspomnianego już sanktuarium, położonego praktycznie na
samym szczycie. Niestety, było zamknięte na głucho, czego można się było spodziewać
przed sezonem. Zgodnie z lokalną tradycją w 1360 r. pasterz wypasający swoje stado
nagle miał je stracić z oczu, aby odnaleźć po jakim czasie owce, klęczące wokół
jednego z krzaków. W środku zauważył ze zdumieniem figurkę Matki Boskiej, którą
postanowił oddać miejscowemu proboszczowi. Jednak figurka w tajemniczy sposób
powracała na dawne miejsce kilka ranków z rzędu, a owce regularnie się przy
niej gromadziły. Dostrzegając w tym działanie sił boskich, proboszcz zgłosił fakt
swojemu zwierzchnikowi czyli Patriarsze Akwilei, który nakazał zbudowanie w tym
miejscu kaplicy. Wkrótce miejsce kultu stało się celem pielgrzymowania trzech
nacji: Włochów, Słowenów i Austriaków :www.santuariodelmontelussari.it/en/the-sanctuary/. Friuli, o czym warto pamiętać jest bowiem regionem właśnie z nimi graniczącym,
a w przeszłości wchodziło w skład Austro-Węgier. Więcej na temat Gabrielli Paruzzi na jej
stronie: www.gabriellaparuzzi.com/ A oto zimowe zdjęcia góry Lussari:
Zdjęcia są mojego autorstwa oprócz ostatniego Carla Spaliviero/FVG
To zdjęcie zrobiłam w akwarium w Parku Junior dla dzieci w Lignano Sabbiadoro, które polecam wszystkim rodzinom odwiedzającym Friuli-Wenecję Julijską (ale i Bibione w sąsiednim Veneto czyli Wenecji Euganejskiej): www.parcojunior.it I dołączam jeszcze jedno:
17 maja br. wraz ze swoją żoną, Nives Meroi zdobyli Kanczendżongę: www.mountainblog.it/tag/nives-meroi/ , www.montagna.tv/cms/60471/kangchenjunga-sud-in-vetta-anche-nives-meroi-e-romano-benet Dziś Romano Beneta poznałam w prowadzonym przez parę słynnych alpinistów sklepie sportowym w Tarvisio w regionie Friuli-Wenecja Julijska, gdzie mają również swój dom. On - skromny, uroczy, już snujący plany dokończenia Korony Himalajów i Karakorum. Na koncie obojga znajduje się bowiem 12 z 14 ośmiotysięczników należących do niej. Wielki Finał zaplanowany na przyszły rok. Najpierw jednak Nives i Romano muszą zebrać środki na wyprawę. Niestety nie należą do grona celebrytów, którzy mogą liczyć na sponsorów. Rozmawialiśmy o Wandzie Rutkiewicz, której nie miał możliwości osobiście poznać i Kindze Baranowskiej, której siła, odwaga i determinacja zrobiły na Romano duże wrażenie. I pomyśleć, że to był dopiero pierwszy dzień mojego włoskiego press touru - Prowincja Udine przyszykowała dla dziennikarzy z Polski niejedną jeszcze niespodziankę!