Miłe Panie i Panowie bardzo mili też. Wszystkich, którzy
chcieliby dotrzeć do Rzymu na Kanonizację naszego Papieża, a przy okazji
zwiedzić sporą część Italii pod moim przewodnictwem serdecznie zapraszam.
Między 23 kwietnia a 1 maja 2014 r.
pilotuję grupę Biura Pielgrzymkowego Pax. Program jest imponujący: Rzym,
Florencja, Siena, Padwa, Pompeje, San Giovanni Rotondo, Lanciano, Manopello i Loreto.
Naturalnie na Uroczystości Kanonizacyjne dotrzemy do Wiecznego Miasta z
jednodniowym wyprzedzeniem – będzie więc czas na zwiedzenie jego najciekawszych
zabytków. Wycieczka jest autokarowa, ale po drodze mamy nocleg w Austrii (w
jedną stronę) oraz w Czechach (powrót). Wyżywienie w formule HB czyli śniadania
i obiadokolacje. Cena też bardzo dobrze skalkulowana jak na tak obfitujący w
atrakcje program. Długie godziny w autokarze umilę ciekawymi, włoskimi
opowieściami tak, aby nikt nie odczuł trudów podróży! Jeszcze raz zachęcam! A
oto link na stronę BP Pax: www.bppax.pl/
Piękna
jest dolina rzeki Socza, znanej też pod włoską nazwą Isonzo, gdyż biegnąc przez
terytorium Włoch i Słowenii, bierze swój początek w Alpach Julijskich, zaś
uchodzi do Adriatyku. Wody rzeki lśnią w słońcu niczym szmaragdy od znajdujących
się w niej minerałów. Nawet w ulewnym deszczu przybiera zimną, seledynową
barwę, a nad spienionym nurtem unoszą się mgły. Idealne miejsce do uprawiania
raftingu, kajakarstwa i skoków – do leżącego nad Soczą miasteczka Kanal
ściągają latem Słowacy i Włosi, aby szybować nawet z 23 metrów z przymocowanych
do skał trampolin. Ta rzeka dziś łączy obie nacje, a przecież kiedyś dzieliła.
To tędy, 90 km wzdłuż rzeki Isonzo ciągnął się front I wojny światowej, zwanej
przez Włochów la Grande Guerra – Wielka Wojna. Stoczono tutaj 12 ciężkich bitew
– ostatnią pod Kobarid czyli Caporetto. Podobno włoska nazwa pochodzić ma od
kozy (capra), ale ja żadnej nie spotkałam, gdy przed wieczorem dotarłam do
miasteczka. Dwupiętrowa zabudowa z szeregami domków w jasnych, pastelowych
barwach, okalających lekko wijące się uliczki. Drewniane okiennice i podłużne
doniczki z bujnie rozrośniętymi, czerwonymi pelargoniami niemal w każdym oknie.
W ryneczku dwie knajpki na krzyż i jeden hotel, w którym się zatrzymuję.
Dostaję tradycyjny klucz, wsiadam do windy i na wysokości pierwszego piętra
staję oko w oko z… Hemingwayem.
Oto bowiem pomysłowy właściciel obiektu
noclegowego zlecił wymalowanie na wewnętrznej ścianie, wzdłuż której porusza
się dźwig, wielki portret Ernesta, który zaczyna się na parterze i kończy
właśnie na piętrze. Nie bez powodu – w swojej słynnej powieści „Pożegnanie z
bronią” Hemingway opisuje właśnie front na Isonzo, wspomina o Caporetto.
Dlatego w miejscowym Kobarid Muzej/ Museo di Caporetto, poświęconym w całości I
wojnie światowej na tym terenie, wisi ogromna fotografia Hemingwaya, który
trafił na front austriacko-włoski jako wolontariusz Czerwonego Krzyża.
Bosztjan
Lużnik, przewodnik po tutejszym muzeum, zauważa jednak uczciwie, że Caporetto
być może nieco na wyrost reklamuje się jako miejsce, które odwiedził pisarz. W
rzeczywistości bowiem nazwa miasteczka pada w książce ze trzy razy, a jego opis
zupełnie nie odpowiada rzeczywistości. Był więc Hemingway w Caporetto czy też
nie był? Ponoć i Napoleon też miał się wcześniej zapuścić w te strony, dzięki
czemu w okolicy postawiono dwa mosty jego imienia. Nie ma lepszej reklamy niż
VIP-y – o czym świadczy rosnąca oglądalność nawet najdurniejszego programu czy
piśmidełka, gdy tylko pojawi się w nich gwiazda. Akurat jednak Kobarid nie
można wrzucić do tej szufladki. Wspomniane muzeum wojenne robi ogromne
wrażenie: zgromadzone pod szkłem skórzane hełmy czy maski gazowe Włochów, które
okazały się kompletnie nieskuteczne w momencie, gdy podczas ostatniej, 12.ofensywy
pod Caporetto Niemcy użyli gazu bojowego
nowej generacji. Multum fotografii, zarówno z pola walki jak i chwil wytchnienia,
kadry z frontowej piekarni, szpitala, a nawet od fryzjera pod chmurką i
egzekucji za dezercję czy za unikanie walki poprzez samookaleczenia, co dosyć
często miało miejsce. Są nawet drzwi z więzienia zapisane na gęsto przez żołnierzy
trzymanych za kratami. Chodząc po kolejnych salach ekspozycji miałam wrażenie, że
po latach znów sięgnęłam właśnie po „Pożegnanie z bronią”, gdzie autor w tak
wspaniale reporterski sposób ukazał okrucieństwa wojny. I znów zapragnęłam sięgnąć
po czytaną w czasach szkolnych lekturę. Niestety, po powrocie do Polski okazało
się, że nie mogę jej kupić w żadnej księgarni. Nakład wyczerpany, a pozycja nie
jest wznawiana od dobrych kilku lat. Naturalnie nabędę zapewne poszukiwany
egzemplarz na Allegro, „a jednak mi żal” cytując ukochanego Bułata Okudżawę.
Żal, że zalewa nas miernota, Empiki puchną w
szwach od publikacji, których okładki zdobią w większości zdjęcia
pięknych, modnych i bogatych, krwiopijczych horrorów czy romansideł, przy
których wykpiwana ongiś Mniszkówna to pisarski geniusz. Żal, że okraja się
listę lektur z najcenniejszych pozycji… Ale to już rozważania na inny czas.
Przeżyć Święta z miesięcznym wyprzedzeniem? Włosi z Friuli-Wenecji Julijskiej uważają, że to dobry pomysł. I proponują udział w imprezie „Anteprima di Natale“ czyli Prapremiera Bożego Narodzenia w miejscowości Borgo dei Conti della Torre. W czasie najbliższych czterech weekendów (9/10-16/17-24/25-30-01) w tutejszych sklepikach i na straganach ustawionych w średniowiecznych zaułkach będzie można zanurzyć się w wigilijną atmosferę: spotkać św. Mikołaja, podziwiać jego sanie zaprzężone w renifery, ale i skosztować świąteczne smakołyki oraz kupić prezenty pod choinkę. Borgo dei Conti di Torre należy do gminy Morsano al Tagliamento, położonej przy granicy z regionem Wenecja Euganejska (wł. Veneto). Co ciekawe, Morsano al Tagliamento w lokalnym dialekcie friulańskim nazywane jest Morsan des Ocjis - po włosku Morsano delle oche czyli Morsano gęsi! Skąd wzięła się taka nazwa, trudno dziś jednoznacznie stwierdzić, choć niewykluczone, że te ptaki były tu kiedyś hodowane i stanowiły popisowe danie lokalnych gospodyń. www.pordenonewithlove.it Zainteresowanym podaję link do strony z noclegami w okolicy http://www.bb30.it/dormire_vicino/25/1-bb_vicino_Anteprima_di_Natale_Morsano_Al_Tagliamento.htm
Wioska górska Château-d'Oex od 25 stycznia do 2 lutego 2014 już po raz 36 gościć będzie Międzynarodowy Festiwal Balonowy. Dzięki sprzyjającym warunkom pogodowym Château-d'Oex, stało się światową stolicą baloniarstwa. Stąd Bertrand Piccard i Brian Jones wystartowali w 1999 r. swoim Breitling Orbiter w pierwszy lot balonem dookoła świata zakończony sukcesem! Podczas najnowszej edycji imprezy ponad 80 balonów z 20 krajów spotka się wśród alpejskich szczytów (Źrodło: Ambasada Szwajcarii, Switzerland Tourism – Moja Szwajcaria, fot. Fabrice Wagner). Więcej informacji: http://www.lake-geneva-region.ch/en/FestivalsFestivities/top-events/InternationalHotAirBalloonFestival
Nie minął jeszcze nawet tydzień od powrotu z moich ostatnich wojaży. Jak już wcześniej
wspominałam – cztery dni w okopach Wielkiej Wojny, na pograniczu włosko- słoweńskim.
Pogoda naszej międzynarodowej grupie żurnalistów wyraźnie nie dopisała - chyba nie
mam najlepszych notowań u Najwyższych Instancji. Spodziewałam się złotej
jesieni, a tymczasem przez połowę pobytu po prostu lało. Najgorzej bodaj w
finale, czyli minioną niedzielę. Ostatnim punktem programu był, położony na
Szmaragdowym Szlaku Kościół Świętego Ducha. Aby do niego dotrzeć, nasz bus
musiał co najmniej kwadrans wspinać się po zasłanej liśćmi, a więc zdradliwie
śliskiej, wąskiej drodze pod górę – ku dolinie rzeki Tolminka. Na bodaj
najwęższym odcinku napotkaliśmy niespodziewaną przeszkodę – pasterza z parą
wychudzonych krów, które na początku wcale nie chciały nam ustąpić. Tylne woła
wozu buksowały już prawie nad przepaścią, a nasza przewodniczka, Elisa miała
łzy w oczach z przerażenia. Niepokorne zwierzaki w końcu przeszły bokiem, „orykując”
w ramach protestu intruzów – oddało mi się utrwalić tę scenę na zabawnym zdjęciu
(nie ma to jak smatrfon!).
Wreszcie dotarliśmy do celu, ale w dolinie słały się mgły, skutecznie przykrywające okolicę. W słońcu musi być nad Tolminką pięknie, lecz tamtego, niedzielnego przedpołudnia dnia entourage wydał mi się mało przyjazny –po prostu szaro, buro i ponuro.
Jak się okazało, od kościoła dzieliła nas jeszcze 20-minutowa marszruta pod górę, w oparach mgły i siąpiącego deszczu. Dobrze, że wzięłam kurtkę z kapturem i rękawiczki! Mimo to, po „kiszeniu się” w busie, spacer na świeżym, górskim powietrzu wydał mi się sympatyczną odmianą. A nagrodą okazał się sam kościółek, z daleka przypominający nasze, tatrzańskie świątynki z drewna na kamiennej podmurówce. Wstępowałam do niego po stromych, również kamiennych schodach , słuchając pilnie słów towarzyszącego naszej grupie przewodnika. Kościół św. Ducha został zbudowany w niebanalnych okolicznościach, w czasie I wojny światowej przez biorących w niej udział żołnierzy, na co dzień cieśli, murarzy, a nawet malarzy, którzy dzięki tej pracy mogli na chwilę wyjść z okopów. Ja też je przemierzyłam, brodząc w glinie i błocie, ślizgając się na mokrych kamieniach i liściach, walcząc z wilgocią natarczywie wdzierającą się pod ubranie. Widziałam prycze zarzucone słomą pełną robactwa, dotykałam blaszanych menażek, wypatrywałam pozycji wirtualnego wroga ze stanowisk otoczonych workami z piaskiem. A przecież to były tylko spacery – „pokazówka” dla dziennikarzy, bez huku armat i jazgotu broni maszynowej, bez nieustannie, w każdej chwili towarzyszącego strachu o własne życie. Po prostu fajna przygoda, wręcz atrakcja i nawet, jeśli w tych zrekonstruowanych okopach zmarzliśmy, to zaraz potem lądowaliśmy w jakiejś dobrej restauracji, gdzie raczono nas obowiązkowo daniem z dziczyzny, nalewając do kielichów włoskiej i słoweńskie wina. Żyć nie umierać! Tak sobie więc myślałam o smutnym losie budowniczych kościółka znanego bardziej jako Sanktuarium w Jaworcu. O tym, ilu ich potem padło w boju i znalazło się na drewnianych tablicach pokrywających wewnętrzne ściany kościoła. Setki nazwisk wielu narodowości, w tym niemało Polaków, którzy przecież walczyli, nolens volens w szeregach armii austriackiej.
W sumie 2564 ludzkich istnień. Siedząc w prostej, drewnianej ławce kontemplowałam w ciszy zaskakująco piękny wystrój wnętrza w stylu wiedeńskiej secesji – jego autorem okazał się znany scenograf i malarz z nad Dunaju, Remigius Geyling. Dwie rudowłose anielice strzegące ołtarza miały twarze Lady Lilith Rossettiego, mojego ulubionego prerafaelity.
I tu właśnie, pośród słoweńskich gór, na granicy Parku Narodowego Triglav, na kilka dni przed Wigilią Wszystkich Świętych odprawiłam swoje bardzo osobiste, symboliczne Dziady. Zamknęłam na chwilę oczy, a wszyscy ci, którzy już odeszli z tego świata nagle wydali mi się znów tacy bliscy. Przecież granica między naszymi światami jest tak cienka…
Wreszcie dotarliśmy do celu, ale w dolinie słały się mgły, skutecznie przykrywające okolicę. W słońcu musi być nad Tolminką pięknie, lecz tamtego, niedzielnego przedpołudnia dnia entourage wydał mi się mało przyjazny –po prostu szaro, buro i ponuro.
Jak się okazało, od kościoła dzieliła nas jeszcze 20-minutowa marszruta pod górę, w oparach mgły i siąpiącego deszczu. Dobrze, że wzięłam kurtkę z kapturem i rękawiczki! Mimo to, po „kiszeniu się” w busie, spacer na świeżym, górskim powietrzu wydał mi się sympatyczną odmianą. A nagrodą okazał się sam kościółek, z daleka przypominający nasze, tatrzańskie świątynki z drewna na kamiennej podmurówce. Wstępowałam do niego po stromych, również kamiennych schodach , słuchając pilnie słów towarzyszącego naszej grupie przewodnika. Kościół św. Ducha został zbudowany w niebanalnych okolicznościach, w czasie I wojny światowej przez biorących w niej udział żołnierzy, na co dzień cieśli, murarzy, a nawet malarzy, którzy dzięki tej pracy mogli na chwilę wyjść z okopów. Ja też je przemierzyłam, brodząc w glinie i błocie, ślizgając się na mokrych kamieniach i liściach, walcząc z wilgocią natarczywie wdzierającą się pod ubranie. Widziałam prycze zarzucone słomą pełną robactwa, dotykałam blaszanych menażek, wypatrywałam pozycji wirtualnego wroga ze stanowisk otoczonych workami z piaskiem. A przecież to były tylko spacery – „pokazówka” dla dziennikarzy, bez huku armat i jazgotu broni maszynowej, bez nieustannie, w każdej chwili towarzyszącego strachu o własne życie. Po prostu fajna przygoda, wręcz atrakcja i nawet, jeśli w tych zrekonstruowanych okopach zmarzliśmy, to zaraz potem lądowaliśmy w jakiejś dobrej restauracji, gdzie raczono nas obowiązkowo daniem z dziczyzny, nalewając do kielichów włoskiej i słoweńskie wina. Żyć nie umierać! Tak sobie więc myślałam o smutnym losie budowniczych kościółka znanego bardziej jako Sanktuarium w Jaworcu. O tym, ilu ich potem padło w boju i znalazło się na drewnianych tablicach pokrywających wewnętrzne ściany kościoła. Setki nazwisk wielu narodowości, w tym niemało Polaków, którzy przecież walczyli, nolens volens w szeregach armii austriackiej.
W sumie 2564 ludzkich istnień. Siedząc w prostej, drewnianej ławce kontemplowałam w ciszy zaskakująco piękny wystrój wnętrza w stylu wiedeńskiej secesji – jego autorem okazał się znany scenograf i malarz z nad Dunaju, Remigius Geyling. Dwie rudowłose anielice strzegące ołtarza miały twarze Lady Lilith Rossettiego, mojego ulubionego prerafaelity.
I tu właśnie, pośród słoweńskich gór, na granicy Parku Narodowego Triglav, na kilka dni przed Wigilią Wszystkich Świętych odprawiłam swoje bardzo osobiste, symboliczne Dziady. Zamknęłam na chwilę oczy, a wszyscy ci, którzy już odeszli z tego świata nagle wydali mi się znów tacy bliscy. Przecież granica między naszymi światami jest tak cienka…






