7 tys. betonowych bloków, 300 wolontariuszy,
którzy ustawili je jak domino na odcinku 3 km i 30 minut, w ciągu których
betonowe klocki runą, wijąc się przez place, wąskie uliczki, a nawet prywatne
mieszkanie w stolicy Danii. Takim niecodziennym pokazem rozpocznie się jutro
czyli 1 sierpnia br. o 16.30 święto sztuki, teatru i performance „Metropolis
Festival” w Kopenhadze. Jeśli nie możesz tam być obejrzyj video na poniższej
stronie internetowej. Źródło: VisitDenmark.pl Więcej
informacji o festiwalu: http://www.kit.dk/2013/uk-DOMINOES.html
- Aniu, jest bomba w szufladzie – zawołaj panią
Mikołajków! To absurdalnie brzmiące polecenie dziadka mnie nie zdziwiło, choć
miałam 11, a może najwyżej 12 lat. W moim domu nie chroniono mnie przed nawet
najtrudniejszymi czy naokropniejszymi rozdziałami historii, poznawałam ją od
małego, bo ta historia przetoczyła się przez nasz dom wyjątkowo ciężkim kołem.
Pozostawiła niezatarty ślad. Wiedziałam więc, że dziadek ma manię prześladowczą
po więzieniu stalinowskim, w którym spędził 5 długich lat – początkowo z
wiszącą nad nim „czapą”, zamienioną później na dożywocie. Gdy wyszedł na mocy
amnestii, nadawał się tylko do Tworek (dla niewtajemniczonych – szpitala psychiatrycznego),
gdzie spędził dwa długie lata. Nie zdołano go tam uleczyć ze wszystkich urazów nabytych
za kratami. Był cudownym, kochającym dziadkiem piszącym dla mnie powieść o „Misiu
Ani” ( mam ją do tej pory spisaną jego charakterystycznym pismem w czterech
zeszytach 16-kartkowych z niebieską okładką), erudytą władającym kilkoma
językami, do końca życia udzielającym porad prawnych. Ale niekiedy, zupełnie
znienacka dawała znać jego chora strona.
Pani Mikołajków – dla mnie starsza pani „od działki”, z której przynosiła nam świeże warzywa i owoce, dla dziadka była rówieśniczką z placu boju. Również brała udział w Powstaniu Warszawskim, wcześniej ocaliła życie wielu Żydom – będąc w Jerozolimie odnalazłam jej drzewko w Yad Vashem. Dlaczego właśnie dziś o tym wszystkim piszę? Bo śledząc dyskusję w mediach na co roku jak lejtmotyw powracający przez 1 sierpnia temat, czy warto było „Bić się czy nie bić” (swoją drogą polecam książkę Tomasza Łubieńskiego pod tym tytułem) i ja zadaję sobie to pytanie.
A może stawiam je inaczej, gdyż należę do grona przeciwników decyzji Komendy Głównej AK. Nurtuje mnie mianowicie kwestia, podważająca własne przekonanie o tym, że trzeba było działać „w imię zachowania substancji biologicznej narosu” (cytując wstępniak Piotra Zychowicza z bieżącego numeru Historia Do Rzeczy). A zatem co stało by się gdybyśmy wtedy nie podjęli walki? Ci wszyscy wspaniali ludzie przeżyliby i zapewne wsparli pozostałych w walce z systemem, na który i tak byliśmy skazani, bo główni gracze tamtej wojny wcześniej tak postanowili. Czy więcej zatem byłoby ofiar katowni stalinowskich, więcej czap, więcej wywózek, wieloletnich więzień i wreszcie więcej ludzi takich, jak mój dziadek, szukających nieistniejącej bomby w szufladzie? Dodam jeszcze jedno. Niezależnie od mojego poglądu w sprawie Powstanie Warszawskiego jutro przystanę na minutę milczenia w godzinę W i powstrzymam się od zamieszczenia posta na blogu. Pójdę na Powązki Wojskowe i zapalę znicze na kwaterach Szarych Szeregów, Parasola i Lombardu, formacji, w której służył mój dziadek. Chwała bohaterom!
Pani Mikołajków – dla mnie starsza pani „od działki”, z której przynosiła nam świeże warzywa i owoce, dla dziadka była rówieśniczką z placu boju. Również brała udział w Powstaniu Warszawskim, wcześniej ocaliła życie wielu Żydom – będąc w Jerozolimie odnalazłam jej drzewko w Yad Vashem. Dlaczego właśnie dziś o tym wszystkim piszę? Bo śledząc dyskusję w mediach na co roku jak lejtmotyw powracający przez 1 sierpnia temat, czy warto było „Bić się czy nie bić” (swoją drogą polecam książkę Tomasza Łubieńskiego pod tym tytułem) i ja zadaję sobie to pytanie.
A może stawiam je inaczej, gdyż należę do grona przeciwników decyzji Komendy Głównej AK. Nurtuje mnie mianowicie kwestia, podważająca własne przekonanie o tym, że trzeba było działać „w imię zachowania substancji biologicznej narosu” (cytując wstępniak Piotra Zychowicza z bieżącego numeru Historia Do Rzeczy). A zatem co stało by się gdybyśmy wtedy nie podjęli walki? Ci wszyscy wspaniali ludzie przeżyliby i zapewne wsparli pozostałych w walce z systemem, na który i tak byliśmy skazani, bo główni gracze tamtej wojny wcześniej tak postanowili. Czy więcej zatem byłoby ofiar katowni stalinowskich, więcej czap, więcej wywózek, wieloletnich więzień i wreszcie więcej ludzi takich, jak mój dziadek, szukających nieistniejącej bomby w szufladzie? Dodam jeszcze jedno. Niezależnie od mojego poglądu w sprawie Powstanie Warszawskiego jutro przystanę na minutę milczenia w godzinę W i powstrzymam się od zamieszczenia posta na blogu. Pójdę na Powązki Wojskowe i zapalę znicze na kwaterach Szarych Szeregów, Parasola i Lombardu, formacji, w której służył mój dziadek. Chwała bohaterom!
W najbliższą
sobotę 3 sierpnia podczas XIX Międzynarodowego Festiwalu Plenerowego Jazz na
Starówce w Warszawie będzie można posłuchać sławnego, włoskiego pianisty i kompozytora
zarazem, Enrica Pieranunzi. Jego zespół wykona muzykę filmową skomponowaną do
filmów Federica Felliniego. Miejsce: Rynek Starego Miasta. Godzina 19. Wstęp
wolny. (Źródło: Instytut Kultury Włoskiej w Warszawie). Więcej o wykonawcy:
www.pieranunzi.com
Na liście chronionych smaków Slow Food regionu
Friuli-Wenecja Julijska znalazły się dwa niezwykłe produkty. Jeden z nich to
róża z Gorycji nie mająca jednak nic wspólnego z pięknym pachnącym kwiatem. Poza
wyglądem, gdyż właśnie ten rodzaj cykorii (choć nazywana jest sałatą) o
różowych liściach może go przypominać. Smak ma natomiast nieco kwaśny. Drugi
produkt też ma kolor różowy, a chodzi o cebulę z Cavasso i doliny Val Cosa.
Krucha i słodka, doskonała do jedzenia jest również na surowo.
Slow Food to powstała przed 27 laty we Włoszech, a obecnie międzynarodowa organizacja non-profit zajmuje się ochroną i wspieraniem lokalnych producentów żywności.(Źródła: Newsletter FVG lipiec 2013, www.slowfood.it, www.slowfood.com, www.slowfood.pl)
Slow Food to powstała przed 27 laty we Włoszech, a obecnie międzynarodowa organizacja non-profit zajmuje się ochroną i wspieraniem lokalnych producentów żywności.(Źródła: Newsletter FVG lipiec 2013, www.slowfood.it, www.slowfood.com, www.slowfood.pl)
Gdzie rzeka płynie z wolna, bigos paruje, a flisacy oczy rwą (urodą)
Bractwo Flisackie pw. św. Barbary 21:18
Ach, te upały! Wyskoczyłabym nad morze –
wystarczyłby mi drogi Bałtyk, z pewnością dzięki wysokim temperaturom już
odpowiednio nagrzany. Na razie jednak muszę zadowolić się wspomnieniami, choć
niedawnymi. Dwa tygodnie temu „żeglowałam” sobie po dwóch rzekach – Sanie i
Bugu, choć czasownik ten użyty jest grubo na wyrost.
Na Sanie bowiem tak naprawdę wiosłami machali flisacy, a ja i reszta silnej grupy pod wezwaniem (Dorotki i Karoli z POT - ta ostatnia ze mną na focie) siedziała przy długim stole i powiększała „oponki”. Galara to łódź stabilna, płaskodenna i długa, więc takowy stół na wiele osób można na niej zainstalować i jeszcze dodać ławy, aby towarzystwu zapewnić wszelkie wygody. Na naszym stole zaraz pojawiły się napoje, nie tylko te grzeczne, bez procentów.
Do kieliszków nalewał sam Andrzej Szoja, cechmistrz Bractwa Flisackiego pw. Św. Barbary, które nasz spływ organizowało. Sam nie pił i „młodym wilkom” kierującym galarą alkoholu nie dawał. – Galar to statek znany i używany do żeglugi od stuleci – opowiadał. – Najpierw w lokalnej żegludze na górnej Wiśle i Sanie, a potem wykorzystywano go w spławie towarów aż do Gdańska. Jest kilka rodzajów galarów, ale największy i najsolidniejszy to ten nasz, ulanowski – dodał z dumą, uderzając mocną dłonią w drewnianą burtę.
Ulanów założył cztery wieki temu Stanisław Ulina Uliński, czego pamiątką jest nazwa miasta dziś leżącego w województwie podkarpackim, w diecezji ojca Mateusza czyli sandomierskiej – swoją drogą, dlaczego nasz dzielny kapłan jeszcze nie tropił rozwiązywał zagadki kryminalnej w tym malowniczym miejscu, nie rozumiem!? W Ulanowie natomiast urodził się Wincenty Pityński, który jako ostatni flisak, aż do 1963 zarobkowo spławiał drewno. Dziś flisacy z Bractwa powołanego znów do życia przed 10 laty wożą jedynie turystów po Sanie i wspominają z łezką w oku dawne dzieje, gdy Ulanów cieszył się sławą stolicy polskiego flisactwa.
Zastanawiałam się, czy w dawnych czasach serwowano im równie smakowity żurek z uczciwą wkładką (jajko i kiełbasa) oraz bigos, jakimi nas uraczono. Z pewnością zachowały się zaś z przeszłości szanty flisackie, intonowane na pokładzie. Nota bene, wyczytałam niedawno, że słowo szanty powinno się używać jedynie w odniesieniu do pieśni wykonywanej przy pracy, a nie rozrywkowo, jak to dziś bywa chociażby w przypadku festiwali szantowych (J. Wadowski, Pieśni spod żagli, Gdańsk 1957). Panowie głosy mieli silne i czyste, a przy pieśni czas niepostrzeżenie szybko płynął i tak już trzeba było zawracać przy ujściu Tanwi do Sanu – nigdy wcześniej nie zwróciłam uwagi na moment łączenia się dwóch rzek, odmienny ich koloryt i nurt. Tanew to rzeka czysta, górska – wyjaśniał Andrzej Szoja i zaraz znów wracał do przerwanej strofy piosenki: „Przeorałeś flisie Wisełkę do Gdańska, a teraz przygrywasz na skrzypeczkach z pańska”. Żałowałam, że mój spływ Sanem trwał tak krótko, zaledwie godzinkę, bo była to niezwykła podróż do przeszłości. A i doznań natury estetycznej nie zabrakło, gdyż młodzi flisacy to chłopaki postawne (jeden z „naszych” miał blisko 2 metry wzrostu!) i gładkolice.
Na Sanie bowiem tak naprawdę wiosłami machali flisacy, a ja i reszta silnej grupy pod wezwaniem (Dorotki i Karoli z POT - ta ostatnia ze mną na focie) siedziała przy długim stole i powiększała „oponki”. Galara to łódź stabilna, płaskodenna i długa, więc takowy stół na wiele osób można na niej zainstalować i jeszcze dodać ławy, aby towarzystwu zapewnić wszelkie wygody. Na naszym stole zaraz pojawiły się napoje, nie tylko te grzeczne, bez procentów.
Do kieliszków nalewał sam Andrzej Szoja, cechmistrz Bractwa Flisackiego pw. Św. Barbary, które nasz spływ organizowało. Sam nie pił i „młodym wilkom” kierującym galarą alkoholu nie dawał. – Galar to statek znany i używany do żeglugi od stuleci – opowiadał. – Najpierw w lokalnej żegludze na górnej Wiśle i Sanie, a potem wykorzystywano go w spławie towarów aż do Gdańska. Jest kilka rodzajów galarów, ale największy i najsolidniejszy to ten nasz, ulanowski – dodał z dumą, uderzając mocną dłonią w drewnianą burtę.
Ulanów założył cztery wieki temu Stanisław Ulina Uliński, czego pamiątką jest nazwa miasta dziś leżącego w województwie podkarpackim, w diecezji ojca Mateusza czyli sandomierskiej – swoją drogą, dlaczego nasz dzielny kapłan jeszcze nie tropił rozwiązywał zagadki kryminalnej w tym malowniczym miejscu, nie rozumiem!? W Ulanowie natomiast urodził się Wincenty Pityński, który jako ostatni flisak, aż do 1963 zarobkowo spławiał drewno. Dziś flisacy z Bractwa powołanego znów do życia przed 10 laty wożą jedynie turystów po Sanie i wspominają z łezką w oku dawne dzieje, gdy Ulanów cieszył się sławą stolicy polskiego flisactwa.
Zastanawiałam się, czy w dawnych czasach serwowano im równie smakowity żurek z uczciwą wkładką (jajko i kiełbasa) oraz bigos, jakimi nas uraczono. Z pewnością zachowały się zaś z przeszłości szanty flisackie, intonowane na pokładzie. Nota bene, wyczytałam niedawno, że słowo szanty powinno się używać jedynie w odniesieniu do pieśni wykonywanej przy pracy, a nie rozrywkowo, jak to dziś bywa chociażby w przypadku festiwali szantowych (J. Wadowski, Pieśni spod żagli, Gdańsk 1957). Panowie głosy mieli silne i czyste, a przy pieśni czas niepostrzeżenie szybko płynął i tak już trzeba było zawracać przy ujściu Tanwi do Sanu – nigdy wcześniej nie zwróciłam uwagi na moment łączenia się dwóch rzek, odmienny ich koloryt i nurt. Tanew to rzeka czysta, górska – wyjaśniał Andrzej Szoja i zaraz znów wracał do przerwanej strofy piosenki: „Przeorałeś flisie Wisełkę do Gdańska, a teraz przygrywasz na skrzypeczkach z pańska”. Żałowałam, że mój spływ Sanem trwał tak krótko, zaledwie godzinkę, bo była to niezwykła podróż do przeszłości. A i doznań natury estetycznej nie zabrakło, gdyż młodzi flisacy to chłopaki postawne (jeden z „naszych” miał blisko 2 metry wzrostu!) i gładkolice.
Rok 1997. Jestem na dziennikarskim stażu w redakcji Włoskiej Agencji Prasowej ANSA. Naturalnie w Warszawie, gdzie ma swój zagraniczny oddział. Za ścianą z kolei polska „placówka” Francuskiej Agencji Prasowej – AFP. Pracują w niej moi wykładowcy na podyplomowych studiach dziennikarskich, więc kilka razy dziennie tam zaglądam. Z niekrytym podziwem pomieszanym z zazdrością oglądam akredytacje na papieskie „imprezy” Michela Viatteau, zamknięte pod szybką i wiszące nad jego biurkiem. Wówczas „pan redaktor”, dziś po prostu Michel, pozostaje dla mnie do dziś jednym z nielicznych, zawodowych guru. I właśnie wtedy Iza Zawadzka z ANSY, również żurnalistyczny fachura proponuje mi, abym dołączyła do ekipy obsługującej czerwcową pielgrzymkę Jana Pawła II do ojczyzny. Mam asystować jako tłumaczka koledze „z centrali” ANS-y czyli z Rzymu. Skany moich dokumentów wędrują drogą elektroniczną do Watykańskiego Biura Prasowego, a Franco Pisano, czyli „mój” dziennikarz z ANS-y (na zdjęciu ten w czapeczce) wręcza mi błękitną akredytację Volo Papale na lotnisku we Wrocławiu, dokąd przylatuje na pokładzie papieskiego samolotu. Puchnę z dumy – jestem w tzw. „locie papieskim” czyli wśród elity żurnalistów podróżujących z papieżem po świecie. Oficjalnie jako tłumacz, ale w praktyce Franco szybko orientuje się, że będę mu pomocna również merytorycznie. To nic, że moi dwaj dziennikarze z polskich mediów (nie wymienię nazwisk, bo to nie ma sensu) nie mówią mi nawet cześć – no bo przecież ja jestem „tylko” tłumaczką, a oni reprezentują wiodące tytuły i są już „znani”. Ważniejsze jest dla mnie, że witają się ze mną rzeczywiście znani na całym świecie koledzy po fachu Franca i traktują jak swoją. I tak już będzie potem, bo Franco zażąda w centrali, abym to ja pomagała mu przy kolejnych pielgrzymkach Jana Pawła II do Polski. Weźmie mnie też ze sobą na Ukrainę, gdzie również odbyła się wizyta Jana Pawła II. Z Frankiem i już po pewnym czasie przyjaciółmi z La Repubblica, Il Messaggero, telewizji RAI i innych włoskich mediów spotkamy się na Kubie, w Izraelu, w Indiach. A potem, gdy nastanie Benedykt XVI – w Turcji. Obsługiwanie papieskich podróży to ogromny trud (na końcu każdy z nas po prostu padał ze zmęczenia), ale i niezwykłe przeżycie. Niezapomniane i budujące. Oglądam 10 akredytacji z w sumie 10 pielgrzymek, przy jakich mi było dane pracować i już cieszę się na Światowe Dni Młodzieży w Krakowie. Bo ten nowy papież, z równie dalekiego dla zachodniej Europy kraju, jakim w przypadku Jana Pawła II była Polska, to kolejny lider Kościoła, który wymyka się schematom. Namawia młodych na Copacabanie, aby stali się rewolucjonistami, ale on sam nim jest. Można powiedzieć - człowiekiem na właściwym miejscu na te czasy.
Do 18
sierpnia br. trwać będzie Jarmark św. Dominikański. W tym czasie w ulice i na
place gdańskiego Głównego Miasta wypełni
ponad 1000 stoisk ze starociami, antykami, wyrobami artystycznymi, rzemieślniczymi
i regionalnymi. Integralną częścią imprezy są rozmaite wydarzenia kulturalne, artystyczne i
koncerty. Pełen program jarmarku na stronie: http://www.gdansk4u.pl/jarmark-dominikanski?gclid=CJHX-sTD0bgCFYdc3godZRUALg
Tradycja tego wydarzenia sięga 1260 roku
gdański klasztor ojców Dominikanów otrzymał od papieża Aleksandra IV przywilej
udzielania odpustu w dniu święta ich założyciela. Uroczystościom odpustowym
towarzyszył od początku jarmark handlowy. (Źródło: www.gdansk4u.pl/)
Od 5 sierpnia br. sześć kursów
dziennie połączy Gdańsk z Krakowem. To dwa razy więcej niż dotąd. Kurs stanowi
skróconą wersję trasy linii P12 z Gdańska
do Rzeszowa via Toruń, Łódź, Kraków, uruchomionej trzy miesiące temu.
Przewoźnik obsługuje 12 tras krajowych, docierając do 19 największych miast:
Białegostoku, Bydgoszczy, Częstochowy, Gdańska, Katowic, Kielc, Krakowa,
Lublina, Łodzi, Olsztyna, Ostrowca Świętokrzyskiego, Ostródy, Poznania,
Radomia, Rzeszowa, Torunia, Warszawy, Wrocławia i Zakopanego. Poza tym
proponuje bliższe połączenia międzynarodowe – do Berlina i na tamtejsze
lotnisko Schoenfeld, Pragi, Bratysławy i Wiednia. Więcej: www.polskibus.com
Gdzie kolejna, żoliborska inicjatywa, tam i ja. Dlatego naturalnie pojawię się
też jutro, czyli w niedzielę 28 lipca na warszawski ŻOLI Market. Ja i moje
książki – proszę zatem szukać mojego stoiska czy raczej… stoliczka. Postaram
się na nim zgromadzić wszystkie moje publikacje, zarówno przewodniki wydane
przez National Geographic: „Wakacje za
pół ceny”, „Europa za pół ceny”, Włochy jakich nie znacie (do wyboru dwa
wydania)”, jak i gorący „Romans po włosku”, tak chętnie kupowany przez panie
wybierające się na wakacje. Postanowiłam również włączyć do oferty moje teksty
opublikowane w serii „Poznaj miasta w 48 godzin”, też wydane przez NG, a
polecane przez Martynę Wojciechowską. Będzie je możn obejrzeć, nabyć z podpisem
autorki, porozmawiać o podróżach i moim blogu. A przy okazji odbyć też innego rodzaju
podróż, do świata polskiego designu, bo ŻOLI Market to impreza modowa: ubrania
i biżuteria oraz dodatki od rodzimych projektantów. Ceny przewidziano na każdą
kieszeń. Zapraszam więc w godzinach 12-19 do Restauracji „Antrakt” (w budynku,
gdzie mieści się Teatr Komedia, ul. Słowackiego 19a). Do zobaczenia, do jutra! https://www.facebook.com/events/600208833332813/?fref=ts

Przy okazji proszę zajrzeć do zakładki Anna Romana
opowiada, gdyż czeka tam kolejna porcja wspomnień mojej cioci, tym razem z
zapłakanej deszczem Wenecji…
Trasa wiedzie z
miejscowości Kvilda na Szumawie przez lekko pofałdowaną, malowniczą krainę. Po
drodze mija się malownicze miasta i miasteczka, między innymi: Frymburk, Lipno,
Rožmberk nad Vltavou, Czeski Krumlov, Czeskie Budějovice, Hluboką nad Vltavou,
Týn nad Vltavou, Albrechtice nad Vltavou. Następnie przejeżdża się przez Pragę
i Kralupy nad Vltavou, aby dotrzeć do do
Mělníka, gdzie Wełtawa łączy się z Łabą. Szlak prowadzi przeważnie po
asfaltowej nawierzchni, czasami wygodnymi ścieżkami polnymi, niekiedy mało uczęszczanymi szosami. Do
najpiękniejszych należą niemal dziesięciokilometrowy odcinek tak zwanej Trasy
Jeziornej, wiodący z Frymburka do Lipna oraz dwunastokilometrowy odcinek wzdłuż zapory
Hněvkovickiej. Całkowita długość trasy wynosi 456 km, z tego 295 km
przypada na region południowych Czech.
Stanowi ona część międzynarodowej trasy EuroVelo 7. (Źródło: Czechtourism)
Jutro 26 lipca czyli Anny, który spędzę w gronie przyjaciół.
Będzie naturalnie dobre wino i coś równie smakowitego do pochrupania. Choć nie
wiem, czy będąc nawet pewna mojego kulinarnego kunsztu, zdołam dorównać
mistrzom kuchni Starwoooda. Dopiero co wróciłam bowiem z kolacji, której
przystawkę jadłam w Sheratonie, danie główne w Bristolu - ach ten befsztyk z
paprykowym sorbetem!, a deser w Westinie - fontanny z płynną, białą czekoladą o
smaku truskawkowym jeszcze nie widziałam! A teraz, stukając w klawisze laptopa poddaję
się powoli fali wspomnień. I wracam do „mojego” San Marino, nie po raz pierwszy
na tym blogu i pewnie nie po raz ostatni. Dla tych, którzy moich wpisów nie
śledzą od początku - w San Marino,
lilipucim państewku na Górze Tytana
odległym o rzut kamieniem o Rimini nad Adriatykiem, pracowałam dwa sezony w
sklepie. Zaraz po studiach. I było to doświadczenie niezwykłe, bo w tamtym
czasie młodzi Polacy byli niemal dźwignią tamtejszego handlu. Sanmaryńczycy
zatrudniali nas z radością, bo nie tylko znaliśmy polski, ale dogadywaliśmy się
z Czechami, Słowakami, a przede wszystkim z Rosjanami, którzy przyjeżdżali
robić zakupy do strefy wolnocłowej. Ci z moich rodaków, którzy włoskiego
wcześniej nie znali, uczyli się go „w biegu”. Obok mnie w sklepie z alkoholami
pracowało małżeństwo: Basia i Arek oraz Tomek, z drugiej strony, w butiku Anna.
Stanowiliśmy zgraną paczkę i o ile wieczorami, po 12-14 godzinach prawdziwej
harówki nie byliśmy padnięci, imprezowaliśmy. Jeśli się nie mylę to właśnie w
moje imieniny, przy dobrym, włoskim winie naturalnie, ktoś z nas wpadł na
szaleńczy pomysł, abyśmy wybrali się na koncert Pavarottiego do Modeny. Reszta
zaraz gorąco go poparła, nie bacząc, że do miasta słynnego tenora musielibyśmy
jechać cztery godziny. Jak postanowiliśmy, tak zrobiliśmy. Minęły dwa miesiące
i 12 września wcisnęliśmy się w piątkę do jednego samochodu i po pracy
ruszyliśmy do Modeny. Bilety już wcześniej mieliśmy kupione. Naturalnie nie
zdążyliśmy na czas, więc park Novi Sad, gdzie odbywała się impreza, był już
wypełniony po brzegi tłumem. To był koncert z dorocznego cyklu
Pavarotti&Friends, z którego dochód tym razem był przeznaczony na dzieci
poszkodowane w wojnie w byłej już Jugosławii ( a ściślej na dzieci z Bośni). Na
scenie – oprócz będącego jeszcze w doskonałej formie Big Luciano – same gwiazdy:
Michael Bolton, Zucchero, Jovanotti, Meat Loaf (Marvin Lee Aday). „Miss
Sarajevo” śpiewali razem Bono, Brian Eno i Pavarotti. Piccolo Coro dell’Antoniano,
wspierany przez dorosłych czyli Zucchero i Pavarottiego intonował Cosi’ celeste.
Arie operowe przeplatały się z przebojami współczesnymi i włoskimi piosenkami „regionalnymi”
jak Torna a Surriento. Mimo północy w parku nie czułam chłodu. A może ciepło
biło od otaczających mnie, rozkołysanych muzyką ludzi? Dodatkowo „ogrzewa”
scenografia – chmury, przez które przebijało słońce. Choć sceny praktycznie nie
widziałam, bo jestem za daleko – zainstalowane talebimy pokazywały, co się na
niej dzieje. Od czasu do czasu kamery penetrowały też widownię, zwłaszcza pierwszy
rząd, w którym siedział gość specjalny wieczoru – Lady D. Wtedy jeszcze tak
pełna życia, w pięknej, białej, koronkowej sukni. Od Lagerfelda? Wracaliśmy w
żółwim tempie, bo Arek zasypiał nad kierownicą, więc do łóżka położyłam się o
świcie. Ale to wszystko było nieważne. Taki koncert zdarza się raz w życiu…
Choć pierwszy etap wystartuje dopiero w najbliższą sobotę, 27 lipca br. z Rovereto, emocje już sięgają zenitu. Co widać chociażby po tym "odjazdowym" obrazku zatytułowanym "Pedałując ku niebu". Jego autorem jest artysta z Trentino - Fulber. Poza tym już dziś, z okazji wyścigu odbędzie się wielka feta na rynku w stolicy regionu, Trydencie, organizowana przy współudziale Polskiej Organizacji Turystycznej. To okazja do poznania tego miasta, nad którym nieznacznie góruje monumentalny Castello di Buonconsiglio. W średniowiecznych murach zamku miały miejsce obrady Soboru Trydenckiego (1545-1563). Z kolei w mieście zasługuje na uwagę nowo wybudowane muzeum Mart (www.mart.trento.it). Jest ono uważane za jedną z najważniejszych placówek tego typu we Włoszech. Zaprojektował je architekt z Ticino, Mario Botta. Muzeum ulokowane jest w 4-kondygnacyjnym budynku, którego 6 tys. m2 w całości poświęcone jest sztuce XX i XXI w., a kolejnych 5 tys. m2 zajmują pracownie oraz pomieszczenia dydaktyczne i usługowe. Muzeum gromadzi kolekcję ponad 30 tys. dzieł: obrazów, szkiców i rzeźb. http://tourdepologne.pl/ W Trentino odbędą się dwa pierwsze etapy wyścigu. Można o nich przeczytać również na stronie: http://www.visittrentino.it/pl#ottavo
Od 1 września br. polski przewoźnik będzie
oferować m.in. częstsze połączenia pomiędzy Warszawą a wybranymi portami
regionalnymi. W rozkładzie pojawi się dodatkowy jeden rejs dziennie (od
poniedziałku do piątku), na trasie Warszawa – Gdańsk – Warszawa. Rejs LO3829
będzie startował z Warszawy o godz. 05:55 i lądował w Gdańsku o godz. 06:55. Rejs
powrotny LO3830 wylot z Gdańska o godz. 07:40, lądowanie w Warszawie o godz.
08:40. W rozkładzie pojawią się także dodatkowe rejsy do Katowic. Wykonywane
będą od poniedziałku do piątku oraz w niedzielę. Samolot w rejsie LO3883
wystartuje z Lotniska Chopina o godz. 17:40, aby o godz. 18:30 wylądować w
Pyrzowicach. Rejs powrotny LO3884 z Katowic zaplanowany jest na godzinę 19:05.
Jednocześnie obecnie istniejący w siatce rejs LO3882 będzie wykonywany o 30
minut później. Zmiana ta została wprowadzona ze względu na pasażerów
tranzytowych, którzy przez Warszawę lecą LOT-em za ocean. Rejs LO3882 z Katowic
wyleci zatem o godz. 16:05. LOT zaproponuje również dodatkowe rejsy od
poniedziałku do piątku oraz w niedzielę na trasie Warszawa – Poznań – Warszawa.
Ta propozycja jest szczególnie dogodna dla pasażerów rejsów atlantyckich LOT-u
podróżujących z Poznania. Rejs LO3943 wyleci z Warszawy o godz. 12:10 i
wyląduje na Ławicy o godz. 13:10, rejs powrotny LO3944 zaplanowano z Poznania
na godz. 13:55, a przylot do Warszawy o godz. 14:55. Wraz z wejściem zmian w
krajowym rozkładzie lotów, przewoźnik zawiesza rejsy na „nocowanie”
w Katowicach i w Szczecinie (ze względu na duże zainteresowanie rejsami do Szczecina, przewoźnik zdecydował o pozostawieniu wybranych rejsów w rozkładzie wrześniowym). Jednocześnie przewoźnik zawiesza w sezonie zimowym 2013 połączenie na trasie Warszawa – Bydgoszcz - Warszawa. Więcej na lot.com
w Katowicach i w Szczecinie (ze względu na duże zainteresowanie rejsami do Szczecina, przewoźnik zdecydował o pozostawieniu wybranych rejsów w rozkładzie wrześniowym). Jednocześnie przewoźnik zawiesza w sezonie zimowym 2013 połączenie na trasie Warszawa – Bydgoszcz - Warszawa. Więcej na lot.com
Przy okazji polecam dział Tańsze wojaże na
moim blogu, gdzie znów pojawiły się zaktualizowane informacje o promocjach na
przeloty i rejsy cruiserami.
Schody aż do nieba. I
praktycznie nic więcej. Gdy stanęłam po pomnikiem wzniesionym ku czci
wszystkich poległych w I wojnie światowej żołnierzy, zdumiał mnie jego ogrom. A
także niezwykła prostota. Czy trzeba jeszcze coś więcej dodać poza tym, że w
pierwszym konflikcie zbrojnym ubiegłego stulecia poległo 698 tys. włoskich żołnierzy?
To największy pomnik tego typu w całych Włoszech, a
zarazem też jeden z największych na całym świecie. Znajduje się w Fogliano
Redipuglia w prowincji Gorycja (region Friuli-Wenecja Julijska) i warto go zobaczyć, nie tylko z tego względu, że stanowi swoiste memento dla nas, ale jest pamiątką po epoce wielkich inwestycji realizowanych z polecenia Duce. Paradoksalnie bowiem ten mega pomnik wzniesiono na rok przed II wojną światową. W otwarciu uczestniczył sam Benito Mussolini z 50 tysiącami (!) weteranów Wielkiej Wojny. Skoro zaś dziś znowu zabrałam miłe Panie i Panów bardzo miłych też do Friuli, to postanowiłam się jeszcze w tym moim ulubionym regionie chwileczkę dłużej zatrzymać.
Na Szlaku Piastowskim
pomiędzy Poznaniem a Gnieznem znajduje się Gród Pobiedziska, drewniana forteca
z okresu wczesnego średniowiecza. Na jego terenie zgromadzono machiny oblężnicze z tamtego okresu zrekonstruowane
w naturalnej skali. Można obejrzeć m.in.: hak niszczycielski, używany zarówno
przez broniących się, jak i atakujących czy onager, urządzenie działające na
zasadzie procy, z której miotano kamieniami lub metalowymi pociskami do 50 kg
na odległość 500 m. Najbardziej imponujący
w kolekcji to trebusz, machina miotająca
1000-kg pociski na odległość 200 m.

W Śmiglu, Środzie
Wielkopolskiej i Białośliwiu z powodzeniem działają kolejki wąskotorowe. Zespół
Śmigielskiej Kolei Dojazdowej to prawdziwy unikat. Świadczy o tym zachowana
niemal w całości infrastruktura, na którą składają się zabudowania
lokomotywowni z czasów uruchomienia kolejki oraz czynne do dziś torowisko. Na
stacji w Środzie Wielkopolskiej pełno jest lokomotyw, wagonów, wózków do przewozu drewna,
a nawet stoi tam pług śnieżny. W Białośliwiu natomiast można zobaczyć wyjątkowy
układ torów, ułożonych na trzech poziomach oraz nietypowy splot torów
normalnych i wąskotorowych. Zachował się tu również cały zespół obiektów z
parowozownią, budynkami zaplecza eksploatacyjnego oraz budynkami gospodarczymi.

Cykliści mogą
skorzystać z systemu GPSwielkopolska i z pomocą urządzeń mobilnych przemierzyć
na rowerach nawet kilka tysięcy kilometrów szlaków. Na amatorów zwiedzania
nietypowych miejsc czekają: Narodowe Muzeum Rolnictwa i Przemysłu Rolno-Spożywczego
w Szreniawie, Browar z 1871 roku w Czarnkowie, gdzie nadal warzy się znakomite
piwo noteckie oraz pałace i kościółki z XV-XVIII w. Więcej informacji o
ciekawych miejscach w regionie na jego stronie internetowej http://www.wotwielkopolska.pl/
Po otwarciu strony
internetowej parku niemal ogłusza świergot ptaków. Zaraz też zza kadru wyłania
się hipopotam. Punta Verde ZOO Park w nadmorskim kurorcie Lignano Sabbiadoro
(włoski region Friuli- Wenecja Julijska) na 10 hektarach zielonego terenu pod
ochroną zgromadził ponad 1000 zwierząt reprezentujących 150 gatunków. Pochodzą
one z całego świata i żyją w warunkach zbliżonych do swojego naturalnego środowiska. Klatki zastępują szerokie wybiegi i pastwiska. Po parku można odbyć spacer wirtualny, a także obejrzeć
piękne zdjęcia. Jak na Włochów, strona jest wyjątkowo nowocześnie przygotowana,
interaktywna i dostarcza informacje w czterech językach (po włosku, niemiecku,
angielsku i słoweńsku). Park jest zamknięty przez cztery miesiące, między
listopadem a grudniem. Więcej informacji na stronach organizacji turystycznej
regionu i samego parku.
http://bit.ly/12DAN0I
http://www.parcozoopuntaverde.it/index.php?lingua_sito=2
Polecam też stronę regionu Friuli-Wenecja Julijska na FB po polsku: https://www.facebook.com/DiscoverFVGPoland
http://bit.ly/12DAN0I
http://www.parcozoopuntaverde.it/index.php?lingua_sito=2
Polecam też stronę regionu Friuli-Wenecja Julijska na FB po polsku: https://www.facebook.com/DiscoverFVGPoland
Nie przypomina Kevina Costnera z filmowej
adaptacji książki Sparksa. Przystojnego aktora nie miałabym zresztą szans
osobiście poznać. Zbigniewa Butryna, bo to o nim mowa, spotkałam tydzień temu
na łąkach wsi Szklarnia, położonej w Parku Krajobrazowym Lasy Janowskie. To
właśnie jego zwą „zaklinaczem koni”. Początkowo nie rozumiem dlaczego
spoglądając na starszego już człowieka, ubranego nieco niedbale, który
podjeżdża do naszej grupy żurnalistów, zwiedzających lubelskie, na
rozklekotanym rowerze. Ale już po chwili Pan Zbigniew wdziewa znoszony już
wyraźnie strój szlachciury i sięga po instrument przypominający na pierwszy
rzut oka altówkę. A mnie, w końcu muzykowi z dyplomem (choć nie wykonującemu
tego zawodu), oczy się świecą, bo po raz pierwszy usłyszę, jak brzmi
samodzielnie suka biłgorajska. Co prawda nie autentyczna, bo żaden oryginalny
instrument nie zachował się do naszych czasów. Pan Zbigniew jednak postanowił
go zrekonstruować podstawie przedstawiającej go akwareli Wojciecha Gersona,
znajdującej się na starym znaczku pocztowym! A następnie, sześć lat temu
założył Szkołę Suki Biłgorajskiej, w której, wraz z synem Krzysztofem nie tylko
uczy, ale prowadzi warsztaty, spotkania oraz dorocznie, w lipcu, festiwal
muzyki tradycyjnej „Na rozstajnych drogach”. I naturalnie koncertuje. Oprócz
niego sukę promuje też Zespół Polski
Marii Pomianowskiej, w którego repertuarze są zarówno utwory również na inne
ludowe instrumenty. I ja na takim koncercie w stolicy byłam.
Jednak to nie to samo, siedzieć w krzesłach w sali o nawet najlepszej akustyce, a uczestniczyć w popisie solo pośród łąk. Bezcenne rzekłabym, cytując pewną popularną reklamę, zwłaszcza, gdy na dodatek wokół hasają koniki biłgorajskie. – Pochodzą one od tarpanów, ale trzeba je było ostatnio krzyżować z arabami, bo tak jak u ludzi, częste żeniaczki między swoimi nie są wcale dobre – opowiada pan Zbigniew.
– Zaczęły się rodzić zwierzątka z błędami, kulawe, ślepe, słabiutkie takie, a po tym krzyżowaniu już nie „wyginom” – dodaje z pięknym, wschodnim zaśpiewem. Przypomina on brzmieniem samą sukę, którą nasz mistrz bierze w ręce i już „muzyka po smykach pomyka”, a konie wydają się rzeczywiście słuchać. Jak zaklęte.
Jednak to nie to samo, siedzieć w krzesłach w sali o nawet najlepszej akustyce, a uczestniczyć w popisie solo pośród łąk. Bezcenne rzekłabym, cytując pewną popularną reklamę, zwłaszcza, gdy na dodatek wokół hasają koniki biłgorajskie. – Pochodzą one od tarpanów, ale trzeba je było ostatnio krzyżować z arabami, bo tak jak u ludzi, częste żeniaczki między swoimi nie są wcale dobre – opowiada pan Zbigniew.
– Zaczęły się rodzić zwierzątka z błędami, kulawe, ślepe, słabiutkie takie, a po tym krzyżowaniu już nie „wyginom” – dodaje z pięknym, wschodnim zaśpiewem. Przypomina on brzmieniem samą sukę, którą nasz mistrz bierze w ręce i już „muzyka po smykach pomyka”, a konie wydają się rzeczywiście słuchać. Jak zaklęte.
Urlopowicze wyruszający na podbój regionu mogą zaopatrzyć
się w bezpłatną kartę Silvretta Card All Inclusive jeszcze przed przyjazdem. Oprócz
bezpłatnych przejazdów środkami komunikacji publicznej w regionie umożliwia ona
przejazd malowniczą drogą Silvretta Hochalpenstraße. Turyści wędrujący po
górach pieszo i na rowerach korzystają z darmowych przejazdów kolejkami
linowymi i wyciągami krzesełkowymi. Oprócz tego posiadacze karty mogą liczyć na
wiele dodatkowych atrakcji, jak udział w tygodniowym programie zajęć, który
obejmuje m.in. safari na lodowcu i rodzinną wyprawę wspinaczkową, oraz wolny
wstęp na baseny i do muzeów.
Ponad 1000 km ścieżek rowerowych czyni Paznaun jednym z największych i najciekawszych regionów rowerowych. Jego oferta sięga od łatwych tras w dolinie, idealnych dla początkujących cyklistów i rodzin, poprzez długie trasy na całodzienne wycieczki i maratony w górskim terenie, aż po freeride’owe trasy ze wsparciem kolejek linowych. W Ischgl znajduje się wiele specjalnych kwater dla rowerzystów, które na miejscu udostępniają materiały informacyjne i karty rabatowe. Goście otrzymują bezpłatny przewodnik rowerowy po Ischgl z mapą „Kompass“ i 34 trasami, a portal ze szlakami GPS na interaktywnej mapie pokazuje je według wybranego stopnia trudności. Oprócz tego na portalu można znaleźć informacje na temat profilu i przebiegu trasy.
Punktami kulminacyjnymi sezonu rowerowego są imprezy MTB - Ischgl Ironbike i Ischgl Overmountain Challenge.
3 sierpnia 2013 już po raz 19. odbędą się rozgrywki Ischgl Ironbike. Za wygraną w tym maratonie MTB przewidziana jest najwyższa na świecie nagroda, w związku z czym najlepsi zawodowcy i najambitniejsi amatorzy dają tutaj z siebie wszystko. Uczestnicy mają do wyboru trzy różne trasy, z których najkrótsza wymaga pokonania ponad 27,5 km długości i 755 m różnicy poziomów, a najdłuższa 79 km długości i 3820 m wysokości. Wszystkie obfitują w solidne podjazdy, ambitne singletracki i widoki na Silvrettę.
Formularze zgłoszeniowe i informacje znajdują się na stronie: www.ischgl.com/de/ironbike-mtb-event-alpen.
Od 13 do 15 września 2013 Ischgl wraz z Cannondale – głównym partnerem imprezy – po raz pierwszy zaprosi na dwudniowe zawody Ischgl Overmountain Challenge. Ta impreza MTB enduro odbędzie się na terenie Silvretta Bike Arena.
Więcej informacji pod adresem: www.ischgl.com
Źródło: www.austria.info
Ponad 1000 km ścieżek rowerowych czyni Paznaun jednym z największych i najciekawszych regionów rowerowych. Jego oferta sięga od łatwych tras w dolinie, idealnych dla początkujących cyklistów i rodzin, poprzez długie trasy na całodzienne wycieczki i maratony w górskim terenie, aż po freeride’owe trasy ze wsparciem kolejek linowych. W Ischgl znajduje się wiele specjalnych kwater dla rowerzystów, które na miejscu udostępniają materiały informacyjne i karty rabatowe. Goście otrzymują bezpłatny przewodnik rowerowy po Ischgl z mapą „Kompass“ i 34 trasami, a portal ze szlakami GPS na interaktywnej mapie pokazuje je według wybranego stopnia trudności. Oprócz tego na portalu można znaleźć informacje na temat profilu i przebiegu trasy.
Punktami kulminacyjnymi sezonu rowerowego są imprezy MTB - Ischgl Ironbike i Ischgl Overmountain Challenge.
3 sierpnia 2013 już po raz 19. odbędą się rozgrywki Ischgl Ironbike. Za wygraną w tym maratonie MTB przewidziana jest najwyższa na świecie nagroda, w związku z czym najlepsi zawodowcy i najambitniejsi amatorzy dają tutaj z siebie wszystko. Uczestnicy mają do wyboru trzy różne trasy, z których najkrótsza wymaga pokonania ponad 27,5 km długości i 755 m różnicy poziomów, a najdłuższa 79 km długości i 3820 m wysokości. Wszystkie obfitują w solidne podjazdy, ambitne singletracki i widoki na Silvrettę.
Formularze zgłoszeniowe i informacje znajdują się na stronie: www.ischgl.com/de/ironbike-mtb-event-alpen.
Od 13 do 15 września 2013 Ischgl wraz z Cannondale – głównym partnerem imprezy – po raz pierwszy zaprosi na dwudniowe zawody Ischgl Overmountain Challenge. Ta impreza MTB enduro odbędzie się na terenie Silvretta Bike Arena.
Więcej informacji pod adresem: www.ischgl.com
Źródło: www.austria.info
Nie lubimy poniedziałków. Nawet po pracy, bo i tak
jeszcze niemal cały tydzień przed nami. Postanowiłam zatem Miłe Panie i Panowie
bardzo mili osłodzić nam ten dzień i zaproponować wycieczkę po smakach. Nie
ograniczam się przy tym do stolicy, ale wskazuję też miejsca poza nią,
wyjątkowe zresztą nie tylko ze względu na oferowane rozkosze stołu. Gdzie?
Proszę zajrzeć do działu kuchnia, który nieco uzupełniłam. Zapewniam, że dla
każdego znajdzie się tam coś pysznego!
O 1,6 km2 (12,3 km linii brzegowej) terenu będzie można zawalczyć 1 października br. w sardyńskiej miejscowości Santa Maria di Gallura, gdzie nastąpi otwarcie ofert. Szczęśliwy nabywca musi jednak pamiętać, że użytkowanie wyspy obwarowane jest licznymi, bardzo rygorystycznymi przepisami ochrony środowiska. Do tego stopnia, że na Budelli można przebywać tylko w towarzystwie przewodnika Parku Narodowego, który obejmuje cały archipelag. www.lamaddalena.com
Kilka dni przed eskapadą na południowo-wschodnie rubieże naszego kraju miałam pojechać na krótki reportaż do Piastowa. Wsiadłam zatem do pociągu na „moim” Dworcu Gdańskim (gdzie w piekarni w przejściu podziemnym czasami nabywam dla mojego czworonoga kajzerki, od których jest wręcz uzależniony). Stosunkowo niedawno remontowany z pewnością nie jest architektoniczną perełką, ale przynajmniej zarówno sama stacja, jak i perony są czyste, zadbane i w miarę nowoczesne. Niecałe pół godziny i już wysiadałam na Dworcu Zachodnim, z którym „kontakt” miałam przez lata jedynie przez okno pociągu wiozącego mnie lub przywożącego z jakiegoś odleglejszego miejsca. Gdy tylko opuściłam przedział, odniosłam wrażenie, że znalazłam się w zupełnie innym, jakby żywcem wyjętym z wiersza Tuwima miejscu: „Na stacji Chandra Unyńska, gdzieś w mordobijskim powiecie…”. Tylko telegrafisty Piotra Płaksina zabrakło. Zamiast niego czekały mnie betonowe perony pamiętające czasy nieodżałowanego przez niektórych obdarzonych historyczną demencją towarzysza Gierka, pełne dziur asfaltowe przejścia przez tory, „ozdobione” dziwnym meandrem bramek mających chronić podróżnego przed tragiczną śmiercią pod kołami lokomotywy. Piszę dziwnym, bo labirynt ten jednocześnie skutecznie zatrzymałby w pół drogi matkę z dzieckiem na wózku czy niepełnosprawnego. Ponieważ dawno nie byłam na Zachodnim, nie wiedziałam, w którą stronę się kierować, aby dotrzeć do budynku stacji, aż wreszcie zdałam się na intuicję. Jego wnętrza, choć już wyraźnie odnowione, w detalach okazały się ziszczonym snem idioty – schody prowadzące na perony pociągów dalekobieżnych miały co prawda pochylnię dla wózków. Nikt przy zdrowych zmysłach nie odważyłby się ich jednak pokonać na kołach, zwłaszcza w dół, bo kąt nachylenia jest tak ostry, że odpowiedni tylko na stok narciarski. Generalnie Dworzec Zachodni po prostu straszy, podobnie jak Centralny, któremu lifting niewiele pomógł.
I oto w mijającym tygodniu wylądowałam nieoczekiwanie w Przemyślu na dworcu kolejowym i… wpadłam w zachwyt.Neorenesansowy budynek, który aż czterokrotnie odwiedzał sam cesarz Franciszek Józef I, przetrwał szczęśliwie dwie wojny światowe, a przed półtora rokiem oddano go do ponownego użytku po pieczołowitym remoncie. Dariusz Hop, autor kieszonkowego przewodnika po Przemyślu słusznie porównuje elegancki hol dworca do pałacowych wnętrz.
Kolumny, stiuki, złocenia,
herby oraz 12 malowideł autorstwa Feliksa Wygrzywalskiego i Jana Talagi robią
wrażenie. Na podróżnych czekają takie udogodnienia jak pomieszczenie dla matki
z dzieckiem.
Od niedawna zaś działa punkt informacji turystycznej z przemiłą
obsługą, zaopatrzony w imponującą liczbę folderów, przewodników, map.
Nie ma tu
udziwnień w postaci szklanych piramidek, jakie zafundowano na stołecznym Centralnym
zamiast zainwestować na przykład w windy. Zamontowane podczas ostatniego remontu
czyli tuż przed Euro 2012 mają teraz ponoć zniknąć podczas kolejnego, który
czeka nas lada chwila. Będzie on kosztować 22 mln zł. Dla porównania, generalny
remont dworca w Przemyślu zamknął się kwotą 25 mln zł i żadnych poprawek
wymagać nie będzie.
O pensjonacie „Uroczysko Zaborek” krążą legendy – że
sypiają tam szejkowie i koronowane głowy oraz VIP-y. Nie bez pokrycia w
rzeczywistości, o czym przekonuję się przybywając do niego ciemną już nocą.
Pewna jestem jednego, że w położonym na terenie Parku Krajobrazowego „Podlaski
Przełom Bugu miejscu” musi być pięknie. I tak jest rzeczywiście. Spośród
gąszczu zieleni okalających wąską drogę dojazdową wyłania się powoli
XIX-wieczny dwór.
Na progu, staropolskim zwyczajem czekają gospodarze –
Lucyna i Arkadiusz Okoniowe. Przez otwarte drzwi dostrzegam suto zastawiony
stół.
Ale nim przyjdzie czas na kolację, każdy z naszej grupy, z którą podróżuję,
dostaje klucz do pokoju. Proszę o parter i dostaję klucz z napisem „Muzyczny”. –
To właśnie tutaj co roku nocuje Charlie Watts, towarzyszący żonie Shirley, która
przyjeżdża na aukcje koni do Janowa – mówi mi pani Lucyna, a mnie aż dech
zapiera z wrażenia. Będę spała tam, gdzie słynny perkusista Rolling Stonesów!
Po chwili mogę już podziwiać jego zdjęcia z pobliskiego Janowa (stadnina jest
odległa od Zaborka zaledwie o kilka kilometrów), zdobiące ścianę pokoju.
Przypominam sobie, że w ubiegłym roku Shirley nabyła do swojej stajni klacz
Etnologię za 370 tys. euro. - Żona Wattsa w swoich zakupach rywalizuje z
obecnymi na aukcjach szejkami – gdy nawet nie nabędzie najdroższego araba, to możemy
być pewni, że zabierze ze sobą kolejnego z listy – dodaje pani Lucyna.
Wnętrze wypełniają instrumenty muzyczne, nuty oprawione w ramki i wizerunki słynnych artystów.
Wnętrze wypełniają instrumenty muzyczne, nuty oprawione w ramki i wizerunki słynnych artystów.
Na boku szafy wisi frak.
Drewniane, skrzypiące łoża kuszą
pachnącą lawendą pościelą… Już wiem, że czekają mnie bardzo kolorowe sny.
A rano błądząc po rozległym kompleksie Zaborka, na który składają się chaty i
inne, stare obiekty jak młyn czy kościół ściągnięte z całego Podlasia, dokonuję
jeszcze innego odkrycia.
Na świeżo ściętej murawie widzę kilka rachitycznych
jeszcze dębów z tabliczkami. Są wśród nich dwa drzewka posadzone przez Charliego
i Shirley Wattsów.
I pomyśleć, że to wszystko dane mi było przeżyć nie dalej niż wczoraj!
Już wkrótce znacznie dokładniej opiszę Zaborek.
Już wkrótce znacznie dokładniej opiszę Zaborek.
To właśnie na południu Francji odbywa się co roku najwięcej festiwali Podczas, gdy koncerty muzyki klasycznej elektronicznej i jazzowej rozbrzmiewają na Festiwalu Francuskiego Radia i Regionu Montpellier Langwedocja-Roussillon, amatorzy teatru kierują swoją uwagę na słynny festiwal awinioński. Został on stworzony przez Jean Vilara w 1947 roku. Na tegoroczną edycję składa się ponad 40 spektakli wystawianych w przeszło 20 różnych lokalizacjach w różnych punktach miasta: od uroczych kapliczek po Pałac Papieży z ponad 2 tysiącami miejsc na widowni.
W oddalonym o kilka kilometrów drogi od Aix-En-Provence, parku Zamku Floran odbędzie się natomiast Międzynarodowy Festiwal Pianistyczny La Roque d’Anthéron, który potrwa aż cztery tygodnie.
Więcej szczegółów na:
Festival de Radio France et Montpellier Languedoc-Roussillon
( 11 -25 lipca 2013)
Tel. : +33 (0)4 67 02 02 01
www.festivalradiofrancemontpellier.com
Festival d’Avignon (du 5-26 lipca 2013)
www.festival-avignon.com
Festival international de piano de La Roque d’Anthéron
(20 lipca - 18 sierpnia 2013):
Tel. : +33 (0)4 42 50 51 15 – www.festival-piano.com
Źródło: Atout France – Francuska Agencja Rozwoju Turystyki http://pl.franceguide.com/
WWF Miramare Marina Nature Reserve położony jest w pobliżu stolicy regionu Friuli-Wenecja Julijska. Tuż obok malowniczego zameczku, który widać z triesteńskiej przystani rozciąga się przeszło 30 hektarów chronionego rezerwatu. Można tu podziwiać podglądać morskie życie, a także nurkować na głębokośc do 18 metrów. Chętni mogą odbyć certyfikowane kursy. Oferta dostosowana jest również dla potrzeb osób niepełnosprawnych oraz szkół i firm (wyjazdy intergracyjne): http://www.riservamarinamiramare.it/riserva_eng/index.htm
Uwielbiam wiklinowe kosze. Przez całe lata służyły mi podczas zakupów - jeden z nich nawet miałam na stałe przyczepiony do bagażnika mojego roweru. Jednak chyba do końca nie zdawałam sobie sprawy z "możliwości", jakie oferuje wiklina. Co prawda to właśnie ona ozdobiła czy też ściślej stała się głównym budulcem naszego pawilonu w japońskim Aichi na Expo 2005. Wtedy jednak jakoś chyba do mnie nie dotarło, że ta wiklina pochodziła z konkretnego miejsca w Polsce, z Rudnika. Tam, nad piękną rzeka San, po której można sobie też pożeglować z flisakami, w Miejskim Domu Kultury znajduje się Centrum Wikliniarstwa. Już na podwórku przyjezdnych witają mega-figury z wikliny - koń w galopie i... bazyliszek.
Są tak artystycznie wykonane, że wydaje mi się iż smok zaraz będzie ział ogniem.
Przyznam, że wraz z grupą dziennikarzy, z którą dziś do Rudnika dotarłam (dzięki Polskiej Organizacji Turystycznej, która nam całą eskapadę zorganizowała), od pierwszych chwil byliśmy pod wrażeniem tego miejsca. Może również dlatego, że zaraz wpadliśmy w objęcia szefowej ośrodka, pani Krystyny Wójcik, która nas bez zbytnich ceregieli wyściskała. I zaraz zaprosiła do środka budynku na... pokaz mody. Sukienki z wikliny? Pomyślałam zrazu nieco sceptycznie, ale... proszę miłe Panie, która z nas nie chciałaby mieć takiej kreacji?
Potem zaś, pani Krystyna, niczym mama, ugościła nas pysznymi pierogami, przygotowanymi przez Kolo Gospodyń Wiejskich. I ruszyliśmy na zwiedzanie... Achom i ochom końca nie było, bo otóż okazało się, że z wikliny rzeczywiście można wykonać wszystko. Zarówno maciupieńki bucik, jak i fasadę ultranowoczesnych budynków, które właśnie powstają pośród piasków pustyni w Abu Zabi
Centrum wikliniarstwa można zwiedzać, ale i odbyć w nim profesjonalne warsztaty:
http://morudnik.pl/cw.php
Są tak artystycznie wykonane, że wydaje mi się iż smok zaraz będzie ział ogniem.
Przyznam, że wraz z grupą dziennikarzy, z którą dziś do Rudnika dotarłam (dzięki Polskiej Organizacji Turystycznej, która nam całą eskapadę zorganizowała), od pierwszych chwil byliśmy pod wrażeniem tego miejsca. Może również dlatego, że zaraz wpadliśmy w objęcia szefowej ośrodka, pani Krystyny Wójcik, która nas bez zbytnich ceregieli wyściskała. I zaraz zaprosiła do środka budynku na... pokaz mody. Sukienki z wikliny? Pomyślałam zrazu nieco sceptycznie, ale... proszę miłe Panie, która z nas nie chciałaby mieć takiej kreacji?
Potem zaś, pani Krystyna, niczym mama, ugościła nas pysznymi pierogami, przygotowanymi przez Kolo Gospodyń Wiejskich. I ruszyliśmy na zwiedzanie... Achom i ochom końca nie było, bo otóż okazało się, że z wikliny rzeczywiście można wykonać wszystko. Zarówno maciupieńki bucik, jak i fasadę ultranowoczesnych budynków, które właśnie powstają pośród piasków pustyni w Abu Zabi
Centrum wikliniarstwa można zwiedzać, ale i odbyć w nim profesjonalne warsztaty:
http://morudnik.pl/cw.php
Jutro wyruszam na moją kolejną wyprawę – tym razem „w
Polskę” i nie sama, bo w dziennikarskim gronie na tzw. study tour. Poniekąd
zatem służbowo. Zajrzę w kilka miejsc jeszcze mi nieznanych i odwiedzę ulubioną
stadninę w Janowie Podlaskim, nota bene najstarszą w Polsce, gdzie podczas
aukcji Pride of Poland konie kupują szejkowie za gigantyczne kwoty (najbliższa
odbędzie się już za miesiąc, 18-19 sierpnia). Przyznam, że gdy po raz pierwszy
tam zawitałam, to zdziwiło mnie, że do tak bezcennych arabów i angloarabów każdy może mieć dostęp.
Pasą się na wielohektarowych łąkach stadniny, ale, gdy tylko przy ogradzających pole belkach dostrzegą człowieka, zaraz truchcikiem przybiegają, trącając poklepujące je ręce, aby dać mi coś do połasuchowania. A ludzie przynoszą im jabłka, marchewki i inne smakołyki, które zwierzęta delikatnie biorą w pyski i ze smakiem chrupią. Nie ma w nich żadnego lęku, raczej, powiedziałabym wręcz zbytnia ufność. A czasami, rzekłabym wprost – nachalstwo. Potrafią czasem niegroźnie uszczypnąć wargami jakąś gapę, która nic do im do jedzenia nie przyniosła! Janowieckie konie gromadnie odwiedzają całe rodziny z dziećmi – alejki pomiędzy łąkami pełne są wózków i spacerówek. Starsze dzieci, jak „spuszczone ze smyczy” pędzą do zagród, do „koników”. Byleby tylko zdążyć je zobaczyć przed godziną, gdy wszystkie zapędzane są do stajni. Warto zobaczyć ten niezwykły spektakl, którego nie odda żadne zdjęcie czy film, choć mnie skojarzył się z ulubionym „Cwałem” w reż. Krzysztofa Zanussiego ze wspaniałą muzyką Wojciecha Kilara i znakomitą rolą Mai Komorowskiej (1995 rok).
Pasą się na wielohektarowych łąkach stadniny, ale, gdy tylko przy ogradzających pole belkach dostrzegą człowieka, zaraz truchcikiem przybiegają, trącając poklepujące je ręce, aby dać mi coś do połasuchowania. A ludzie przynoszą im jabłka, marchewki i inne smakołyki, które zwierzęta delikatnie biorą w pyski i ze smakiem chrupią. Nie ma w nich żadnego lęku, raczej, powiedziałabym wręcz zbytnia ufność. A czasami, rzekłabym wprost – nachalstwo. Potrafią czasem niegroźnie uszczypnąć wargami jakąś gapę, która nic do im do jedzenia nie przyniosła! Janowieckie konie gromadnie odwiedzają całe rodziny z dziećmi – alejki pomiędzy łąkami pełne są wózków i spacerówek. Starsze dzieci, jak „spuszczone ze smyczy” pędzą do zagród, do „koników”. Byleby tylko zdążyć je zobaczyć przed godziną, gdy wszystkie zapędzane są do stajni. Warto zobaczyć ten niezwykły spektakl, którego nie odda żadne zdjęcie czy film, choć mnie skojarzył się z ulubionym „Cwałem” w reż. Krzysztofa Zanussiego ze wspaniałą muzyką Wojciecha Kilara i znakomitą rolą Mai Komorowskiej (1995 rok).
A gdybym w najbliższych
dniach nagle zamilkła, nie opublikowała postów, to miłe Panie i Panowie bardzo
mili też – wybaczcie i nie zapominajcie o mnie! Po powrocie dostarczę bowiem
kolejne, ciekawe opowieści…








.jpg)





















