Dzieła sztuki i zabytki lilipuciej republiki na Górze Tytana znalazły się na nowej serii monet, wypuszczonych właśnie do obiegu w San Marino. Poprzednia "edycja" monet miała miejsce, gdy Włochy, jak również San Marino przyjęły euro.
Odpowiedź jest prosta: wszystko to, co podoba się rosyjskiemu klientowi. Przede wszystkim zatem "russkije diewoczki", przeważnie tlenione blondyny z wyzywającym makijażem, bez którego byłyby zdecydowanie jeszcze piękniejsze, długonogie, z talią osy. To one chwieją się na niebotycznie wysokich obcasach przed każdym sklepem w San Marino, zachwalając towar tak, aby złowić turystę-rodaka. Tak handluje się w republice na Górze Tytana - właśnie stojąc przed sklepem, po kilkanaście godzin - bez siadania, zapraszając do środka magicznymi słowami w rodzaju: "u nas krasnyje duchi". Perfumy są tu rzeczywiście cudowne, choć nie koniecznie wszystkie markowe - podróbek też nie brakuje, podobnie jak oryginalnych "patrzałek" Armaniego, leżących tuż obok plastikowej tandety. Królują naturalnie butelki - uliczki niemal spływają procentami, gdyż chyba co drugi sklep jest alkoholowy - obok trunków zacnych są też popłuczyny, słodkie jak ulepek likierki, z nalepkami dowodzącymi, że inwencja ludzka granic nie ma, gdy chodzi o biznes. Widocznie sa tacy, których skusi wino z Che Guevarą, Duce czy z Sex Shopu. Dotyczy to też popularnych magnesów na lodówkę, przy czym klasyczne widoczki trzech wież zdystansowały makarony, groszek czy mortadela w miniaturze - jedyne 4,5 euro za sztukę tego urokliwego badziewka.
Moda na witrynach nie zachwyca, gdyż asortyment też dobrano pod rosyjskie gusta: skóra z ćwiekami, mieniące się, powiewne tuniki, błyszczące złotem i cekinami buty. Z biżuterii - Swarovski i inne świecidełka wyparły piękne salony z eleganckimi, złotymi wyrobami przedniej próby. Z "mydła i powidła" uśmiech na twarzy wywołuje to pierwsze w nieskończonej chyba ilości opakowań dla każdego: dla męczącej teściowej, pracowitej żony, leniwego męża itd.
Listę zamyka jedzenie, głównie a' la fast-food.
- Gdyby nie Rosjanie, Sanmaryńczycy musieliby zamknąć kramik - podsłuchałam rozmowę dwóch Włoszek w autokarze z Rimini na Górę Tytana. Jeśli rzeczywiście tak jest, pracowity lud niepodległej republiki wie, co robi umiejętnie "dojąc" turystów, wśród których widać też sporo majętnych Azjatów. A nadwyżkę inwestuje rozsądnie w renowację zabytków, nowoczesne apartamentowce, sztukę i zieleń.
W San Marino spotkałam niespodzianie rycerza nieistniejącego. Kto czytał Calvino, wie, do czego nawiązuje tytuł posta i cytat. Kto zaś jeszcze nie - gorąco zachęcam do lektury :) Nota bene: "Szkoda, że nie istniejesz...".
Są momenty, kiedy szczególnie sobie chwalę zawód jaki wykonuję. Za to, że dał mi umiejętność zdobycia namiarów do każdego, z kim pragnę lub muszę się skontaktować. Ponieważ właściwie całą podróż do Bolonii po odbiór nagrody w konkursie Talenti Italiani 2014 (o czym wspominałam już szerzej w poprzednich postach) organizowałam troszkę "na wariata", bo na ostatnią chwilę - pomysł spędzenia dnia w San Marino przyszedł mi do głowy na trzy dni przed wyjazdem. To właśnie w tym lilipucim państewku na Górze Tytana pracowałam w sklepie u Marino (tu chyba co drugi mężczyzna nosi imię świętego patrona republiki) w czasach studenckich, a więc już dosyć zamierzchłych. Wspominam je z dużym sentymentem, aczkolwiek rola sprzedawczyni nie była spełnieniem moich marzeń. Podobno jednak byłam najlepszą "commessą", jaka kiedykolwiek u Marino znalazła zatrudnienie - może dlatego, że jako jedyna potrafiłam postawić na swoim - oboje mieliśmy mocne charaktery. Może też i z tego powodu, że po prostu każdy dzień kończyliśmy z bardzo dobrym utargiem - najbardziej odpowiadała mi sprzedaż perfum (asortyment w sklepie był bardzo zróżnicowany, o czym już też pisałam niejednokrotnie). Przez te wszystkie lata niejednokrotnie wspominałam Marina, bo u niego przeszłam prawdziwą szkołę życia, ale też i jego żonę, Emmę, która gotowała najpyszniejszy pod słońcem rosół z domowymi kluseczkami. Potrafiłam zjeść trzy talerze tego specjału i w tamtych czasach nie miało to wpływu na moją kubaturę. Dlatego postanowiłam po przyjeździe odnaleźć Marina - adres bowiem w międzyczasie zgubiłam.
Nie było to przedsięwzięcie ponad siły, gdyż w San Marino pracuje kilku jego krewnych, stąd już po pół godzinie, zaopatrzona w numer zarówno stacjonarny, jak i komórkowy, wykonałam pierwszy telefon z jakiegoś baru - popijając przy okazji ulubione, bezalkoholowe Crodino z dużą ilością lodu - upał był bowiem dziś odczuwalny również na Górze Tytana. Okazało się, że krzepki ongiś niczym tur Marino, dziś porusza się tylko na wózku, natomiast Emma, która przyjechała po mnie samochodem - wydała mi się znacznie żywsza, niż te 19 lat temu! Prowadziła ze swobodą, jakiej na krętych drogach, gdzie przecież ścigają się ferrari, pozazdrościć by mógł jej nawet Hołek. Trudno mi dziś opisywać szczegóły naszego spotkania, gdyż zbyt świeże są jeszcze emocje, które mu towarzyszyły. Wystarczy dodać, że Marino był dla mnie jak ojciec, którego praktycznie nie miałam. Nim się zobaczyliśmy, zdążyłam obejść wszystkie miejsca z przeszłości. Zajrzałam do mojego domku "na kurzej stopce", który dzieliłam z trzema zwariowanymi Słowenkami, który pozostał w niezmienionym stanie - nawet ogród na jego tyłach był tak samo zachwaszczony! Prześledziłam trasę, którą codziennie przemierzałam do pracy.
Natomiast nie mogłam ustalić dokładnie, w którym sklepie pracowałam, gdyż w międzyczasie przeszedł w posiadanie innych właścicieli, podobnie zresztą jak i sąsiednie placówki handlowe.
Samo San Marino wyraźnie tymczasem wypiękniało,
a nowoczesne windy łączące poszczególne poziomy współczesnej części miasta ułatwiły poruszanie się nie tylko starszym.
Dwanaście godzin zajęła mi podróż z Warszawy do San Marino. Wystartowałam kwadrans po dziewiątej rano z Dworca Gdańskiego, skąd wygodne Koleje Mazowieckie dowiozły mnie do Dworca Kolejowego w Modlinie. I tu cofnęłam się co najmniej do czasów Gierka, bo naturalnie o windach nikt nie pomyślał, a zamiast chodnika ktoś obdarzony wyjątkową inwencją twórczą wymyślił "kocie łby". Ciągnięcie po nich jakiegokolwiek bagażu stanowiło wyczyn nie lada. Cała stacja w Modlinie zresztą to Chandra Unyńska. Natomiast trzeba przyznać, że kolej doskonale zgrana jest z autobusem dowożącym na samo lotnisko - nie ma mowy o tym, aby kierowca uciekł podróżnym sprzed nosa. Wręcz przeciwnie, czeka na ostatniego, nawet najbardziej guzdrzącego się pasażera. Lotnisko w Modlinie czyściutkie i ceny jakby niższe od Okęcia vel Chopina. Najmilsze zaskoczenie przeżyłam natomiast w Ryanairze, Nie tylko dlatego, że ta linia zasponsorowała mi lot do Bolonii. Odprawa przebiegła wyjątkowo sprawnie i nikt nie czepiał się ponad wymiarowej torebki. Szybko też przewieziono pasażerów do samolotu, zawczasu przewidując, że nie cały bagaż podręczny zdołają wziąć ze sobą na pokład - dlatego już na lotnisku pracownik Ryaniaira oznaczył torby nadprogramowe, które trzeba było zostawić na wózeczku przed wejściem do Boeinga - moją różową walizeczkę zobaczyłam dopiero na pasie bagażowym w Bolonii, gdzie nikt na szczęście nie pastwi się nad torbami (nie ma mowy o rzucaniu czy kradzieży, czego nie mogę już niestety powiedzieć o stołecznym porcie). Bardzo spodobał mi się nowy design wnętrza samolotu z dominacją słonecznego żółtego. Co najmniej piątkę z plusem postawiłabym natomiast za menu, które przypomina wyglądem komiks.
Jest dowcipne i przejrzyste zarazem, oferujące bogaty wybór potraw (kanapki, lasagne, hot dogi, hamburgery) oraz napojów, dostosowane do różnych gustów, ale i wyznania klienta: są więc zarówno dania koszerne, wegetariańskie jak i halal!
W Bolonii szybciutko wsiadłam do autobusu lotniskowego kursującego na główną stację kolei i z powrotem (przejazd 6 euro) i po pół godzinie wpadłam w popłoch zdając sobie sprawę, że mogę nie zdążyć na ostatni autobus odchodzący z Rimini do San Marino. Okazało się bowiem, że połowa pociągów na trasie Bolonia-Rimini została tego popołudnia odwołana lub była znacznie opóźniona. Mimo to kupiłam bilet i wysiadłam nad Adriatykiem modląc się o cud, który się zdarzył.
Okazało się bowiem, że jest jeszcze jeden autobus na Górę Tytana, który nie był odnotowany w rozkładzie jazdy w Internecie. Zobaczyć San Marino po 20 latach i to jeszcze o zachodzie słońca, gdyż dotarłam na miejsce po 21 - chyba nie znajduję dziś odpowiednich słów. Kolację - moje ulubione, jedzone tylko na Górze Tytana strozzapreti alla boscaiola z prawdziwkami i groszkiem, popijane kieliszku tutejszego, czerwonego wina stołowego Castelli Sammarinesi, zjadłam w hotelowej restauracji Bellavista.
Tutaj bowiem makaron robiony jest na miejscu, a widok z blanków średniowiecznego muru, o który wspierałam zmęczone wielogodzinną podróżą plecy, był obłędny.
Potem, już po zapadnięciu zmroku błądziłam jeszcze przez pół godzinki po uliczkach, bez trudu odnajdując stare szlaki.
A teraz, w pokoiku hotelu Bellavista, łowię z okna tysiące światełek, które migoczą, rozświetlając czarną niczym smoła noc. Naprawdę jestem znów w moim San Marino.
Rzadko się dzieje, że warszawscy taksówkarze zatrzymują się przed pasami, aby przepuścić pieszych. Zwłaszcza, gdy jest to pojedyncza osoba. Podczas porannego spaceru z Fabiem (czyli moim wielorasowcem steranym życiem) doświadczyliśmy uprzejmości korporacyjnego taksiarza, starszej daty zresztą. Ponieważ zaparkował kilka kroków dalej, postanowiłam od razu zapytać, ile kosztuje teraz kurs na Lotnisko Modlin, bo stamtąd odlatuję jutro do Bolonii. -120 zł - uświadomił mnie kierowca, a ja od razu wiedziałam, że z tej formy transportu nie skorzystam. Rzuciłam się zatem po śniadaniu do Internetu, aby zgłębić inne możliwości połączeń i rzeczywiście jest ich wiele, choć perspektywa przesiadki w Modlinie do lokalnego autobusu dowożącego już do portu jest dla mnie absurdalna. Nic to jednak. Jutro stawiam na Koleje Mazowieckie i mam nadzieję, że mnie nie zawiodą. Podróż odbędę dzięki uprzejmości Ryanair, która zafundowała mi bilety w obie strony - dzięki temu w drodze powrotnej zatrzymam się we Wrocławiu i zwiedzę miasto w towarzystwie długo nie widzianego przyjaciela. W Bolonii, zaraz po przylocie biegnę do pociągu do Rimini, gdzie przesiadam się do autobusu do San Marino. Muszę zdążyć na ostatni, wieczorny, startujący o godz. 19. Na Górze Tytana, na której zbudowano to lilipucie państewko, spędzę dwie noce w uroczym Hotel Bellavista, z którego okien zgodnie z nazwą, rozciąga się panoramiczny widok na Apeniny i wybrzeże Adriatyku. I pomyśleć, że prawie 20 lat temu pracowałam tutaj w jednym ze sklepów. Dwa sezony czyli po cztery miesiące, sześć dni w tygodniu i 12 godzin dziennie zawsze na nogach, bez siadania, które dzieliłam między obsługę klienta a pucowanie półek z rozmaitymi bibelotami, bo w sklepie, gdzie byłam zatrudniona (jak najbardziej legalnie) asortyment był rozmaity, od papierosów po wstrząsająco paskudne fontanny z białego plastiku imitującego karraryjski marmur. Pośród kaskad wodnych, nierzadko migających dyskotekowym światłem, stały sobie Królewny Śnieżki, krasnoludki, jelonki na rykowisku i inne kiczowate postacie. Co mnie jednak fascynowało, właśnie ten towar cieszył się największym zainteresowaniem klientów. Z Polski - dlatego szef potrzebował pracownicy z nad Wisły. Płaca była dobra, a pracodawca, choć wymagający, przesympatyczny. Podejrzewam, że teraz przechadza się już po niebiańskich pastwiskach. Zajrzę jednak do "mojego" sklepiku - może spotkam kogoś z licznej rodziny? Taka podróż sentymentalna do przeszłości...
Wracaliśmy autokarem z Preikestolen – jeszcze z obrazami tej granitowej półki
skalnej zawieszonej nad fiordem przed oczyma. Z daleka płaskiej jak stół, z
bliska – o wyrzeźbionej fochami czterech pór roku powierzchni. W zagłębieniach
pozostało jeszcze troszkę deszczówki, która lśniła tysiącem diamentów w
promieniach słońca. Za tło robiło nam błękitne niebo, poprzecinane białymi
pasami – smugami, jakie pozostawiły pędzące daleko w górze samoloty. Żadna z
fotografiii żadne, nawet najdoskonalsze
słowo nie odda magii tego miejsca, wobec której nawet moje lęki przestrzeni
nagle gdzieś zniknęły. Tak sobie myślałam, gdy nasz autokar ruszał z parkingu
pod Preikestolen w kierunku przystani promowej, a za szybami zapadał szybko wieczór. – Mamy na pokładzie
gości, Włochów – rzucił jeden z kolegów. – Możesz pogadać – zasugerował. Rzeczywiście,
dopiero teraz zauważyłam, że do naszej kilkuosobowej gromadki żurnalistów
dołączyła para obcych. Siedzieli tak cicho na tylnych siedzeniach… -Są z Bari –
uściślił kierowca, a mnie przeszedł początkowy entuzjazm, że oto nadarzyła się
okazja „poparlania”, odnalezienia w konwersacji Italii, za którą zawsze
tęsknię, o ile w niej właśnie nie jestem. Dlaczego straciłam humor? Bo Bari
znaczy Baresi to Baryjczycy, mieszkańcy stolicy Apulii, bardzo już południowego
regionu Włoch. Jak za naciśnięciem guzika z napisem memory ruszyła lawina wspomnień. San Marino połowy lat 90., moja
praca w sklepie z „mydłem i powidłem”, pobliski parking, na którym zatrzymywały
się autokary z wycieczkowiczami. Tymi wyczekiwanymi, z Polski – bo rodacy po
obfitych zakupach w sąsiednim, alkoholowym, rzucali się potem u nas na plastikowe
lampy-fontanny, zapewniając właścicielowi prosperitę. I tymi najmniej chętnie widzianymi
– właśnie przybyszami z Bari. Gdy na parkingu pojawiał się biały autokar z
granatowym bodaj napisem Baresi, ze sklepu do sklepu przekazywano sobie hasłowo
wszystkim zrozumiałą informację: „Przyjechali!”. W pośpiechu zamykano na klucz
witryny zawierające co cenniejsze towary: biżuterię i perfumy, zdejmowano z
półek albo stawiano na wyższe poziomy produkty łatwe do szybkiego zgarnięcia.
Bo Baresi oznaczało jedno – straty. Za pierwszym razie tego nie rozumiałam, bo
co złego mogła uczynić grupa staruszek w czarnych strojach i takich chustach na
głowach, które idąc przebierały w wykrzywionych artretyzmem palcach koraliki
różańca? Ich załzawione oczy zdawały się patrzeć gdzieś daleko, może już w
zaświaty? Wąskie, blade usta bezgłośnie szeptały koronkę. A jednak, gdzieś
między jednym a drugim „Zdrowaś” jakaś dłoń wyciągała się dziwnie sprężystym jak
na podeszły wiek ruchem i w czarnych fartuchach ginęły szklane kule, kubki,
obrazki, koraliki, cukierki, piersióweczki z likierem… Grupa Baresi była niczym
czarna fala, która opadała na kolejny sklep i sunęła przez niego
majestatycznie. Gdy ustępowała, liczyło się straty. Były zawsze – niekiedy mniejsze,
czasem większe, rzadziej bardzo już dotkliwe…
Otrząsnęłam się ze spojrzeń i zaraz zajrzałam do plecaka, gdzie zostawiłam
portfel, aby nie brać go ze sobą w góry. Pieniądze i karta były na szczęście na
miejscu! Wzięłam głęboki oddech i podeszłam do pary Włochów. Okazali się tacy
młodzi – dziewczyna bardziej wyciszona, chłopak – w okularach intelektualisty
idelikatnym wąsikiem pod nosem –
rezolutny. – Mieliśmy szczęście, że mogliśmy się z wami zabrać do Stavanger! –
powiedział. – Poinformowano nas mylnie w biurze podróży, że ostatni autobus
odjeżdża później niż okazało się potem w Preikestolen. I tak biegliśmy całą
drogę w górę, a potem w dół – niewiele mieliśmy czasu na podziwianie widoków –
dodał młodzieniec, ubrany stylowo w dresy Adidasa – chyba jednak nie podróby. Był
taki naturalny, spontaniczny, wzbudzał zaufanie. – Drogo tutaj – zauważyła tymczasem
dziewczyna. – Nie spodziewaliśmy się, że aż tak! A my chcielibyśmy tyle
zobaczyć… - Byliście już na lodowcu? – zapytałam.
- Jakim lodowcu? – błękitne oczy dziewczyny zrobiły się okrągłe ze zdziwienia
jak spodki. – Myślę o Folgefonna, my byliśmy tam dwa dni temu – poinformowałam.
– To w Norwegii są jakieś lodowce – nie wiedzieliśmy, prawda Bruno? – zwróciła się
do chłopaka partnerka. A mnie przypomniały się tak wielokrotnie zadawane przez
Włochów goszczących w Polsce pytania: - To wy macie morze? Jeziora? Góry też?
I jak tu czasem w stosunku do obcych nacji nie generalizować? Bo choć przecież
młodzi Baresi okazali się niegroźni, w niczym nie przypominając cierpiącego na
kleptomanię pokolenia swoich babek, to ich zupełny brak zainteresowania światem
potwierdził moje wcześniejsze, wielokrotnie poczynione obserwacje, iż mieszkańcy
buta są jednak ignorantami. Czy jednak my też nimi nie jesteśmy w innych
dziedzinach? W końcu prawdę mówi stare, włoskie przysłowie - „Tutto il mondo (e’)
paese”.