W Egipcie też segregują śmieci... z rzadka. Tylko w luksusowych obiektach. To zdjęcie zrobiłam na wyspie Elefantynie na Nilu w pięciogwiazdkowym Moevenpick Aswan Resort.
Dwa dni temu znów uczestniczyłam w moich ulubionych Tables Rondes. Są to spotkania organizowane przez Francuską Agencję Rozwoju Turystyki Atout France. A ściśle przez działającą w niej aktywnie, młodziutką, przesympatyczną, a przede wszystkim kompetentną Paulinę - kto zna, wie, o kim mówię, a kto nie zna, to niech zajrzy na strony agencji :) Ich nazwa nawiązuje do okrągłych stołów, przy których zajmują za każdym razem miejsca przedstawiciele polskich biur podróży i touroperatorów. Przy każdym jedno lub dwa miejsca pozostają puste, gdyż zarezerwowane są z kolei dla reprezentantów strony francuskiej: hoteli, miast, regionów, atrakcji turystycznych. Formuła spotkania polega na tym, że podczas wystawnej kolacji - tym razem była to restauracja Concept na najwyższym, piątym pietrze luksusowego domu handlowego Vitkac - po każdym zdaniu następuje zamiana miejsc. To znaczy zmieniają się Francuzi, przesiadając kolejno od stolika do stolika, aby móc się ze wszystkimi spotkać, nawiązać bezpośrednio kontakt. Językiem oficjalnym spotkania jest zazwyczaj angielski. Poprzedzająca kolację prezentacja jest natomiast po francusku, a bezbłędnie tłumaczy ją Paulina. W miniony poniedziałek mogliśmy poznać ofertę Bateaux Parisiens czyli panoramicznych statków turystycznych pływających po Sekwanie, muzeów figur woskowych spod marki Grevin, podparyskiego Disneylandu i parku przyszłości Futuroscope, kolei francuskich SNCF. Byłam niezwykle ciekawa tego wieczoru, gdyż zupełnie inaczej reklamuje się coś, co nagle, z przyczyn niezależnych traci na popularności. A Paryż, więc również i Francja straciły w wyniku dwóch zamachów terrorystycznych w jednym roku. Przy czym ten na Charlie Hebdo, jakkolwiek wstrząsający nie okazał się ani w części tak dramatyczny w skutkach jak ostatni, kiedy straciło życie tak wiele istnień ludzkich. Można powiedzieć, że Europa wstrzymała oddech, a może wręcz na chwilę zabrakło jej powietrza? Rozmawiałam o tej sytuacji z właścicielką hotelu Plaza Elysees, pięknego, XIX-w obiektu tuż przy Polach Elizejskich. Isabelle (Legros) wyznała mi, że przez pierwsze dwa tygodnie ona i grupa przyjaciół siedzieli niemal zabarykadowani w domach, lękając się wychynąć na ulicę. Jednak teraz starają się powrócić do normalności i ponownie spotykają się w kawiarniach, choć zdają sobie sprawę z potencjalnego niebezpieczeństwa. - Nie chcemy, nie możemy dać się zastraszyć - mówiła mi z mocą i spełniłyśmy wspólnie toast z wybornego Chatenuf du Pape za pomyślność jej kraju. A jednak, jak pomyślałam potem, może to być teraz tak, jak w Egipcie, czyli turystyka pod eskortą - przecież w konwoju jechałam z lotniska w Asuanie na wyspę Elefantynę i wcale mi się nie podobała podróż w asyście kałaszy! Choć z pewnością czułam się bezpiecznie ( w miarę przynajmniej). Teraz na statkach na Sekwanie turystom mają towarzyszyć strażnicy z psami tropiącymi materiały wybuchowe, a koleje francuskie rozważają wprowadzenie bramek przed wejściem do wagonów. Z drugiej strony właśnie wprowadzone środki ostrożności mogą zachęcić do odwiedzania francuskich miast i miejsc tak nietuzinkowych jak Pont du Gard, czyli liczący dwa tysiące lat rzymski akwedukt na południu kraju. To jego zdjęcie publikuję właśnie jako ilustrację do tego posta. A moich Czytelników, Miłe Panie i Panów bardzo miłych też zachęcam do lektury:
http://www.rp.pl/Promocja-turystyczna/312099921-Francja-sie-nie-poddaje.html (fot. Pont du Gard)
Gdy żeglowałam po Nilu z Elefantyny do pierwszej katarakty, podziwiałam przede wszystkim malownicze widoki - intensywnie żółtych piasków pustyni, kryjących wzgórza na prawym brzegu, sunące pod pełnymi żaglami feluki, ale i hotel, gdzie rozgrywała się przecież akcja słynnej powieści Agathy Christie. Chwilowo zapomniałam o konwoju, w jakim przyjechałam do Asuanu, wzmożonych kontrolach na lotnisku, nawet krwawych starciach w Kairze. Zresztą stolica kraju była tak daleko, jakby w innym świecie. Tutaj wszystko wydawało się takie spokojne. Naciskając coraz to spust migawki, rejestrowałam kolejne obrazki, w tym przycumowane do pomostów łodzie. Nie te obdrapane, wieloosobowe wodne taksówki- spacerówki, ale eleganckie houseboaty. Nieskazitelna biel drewnianych burt lśniła w promieniach słońca, wyszorowane pokłady też, a okna zdobiły firaneczki - zupełnie, jakbym nagle znalazła się w Tyrolu. Czegoś mi jednak brakowało i nagle doznałam olśnienia. Po prostu jakiegokolwiek ruchu! Houseboaty stały w rzędach, tak jak w Asuanie pływające hotele, ale nikt z nich nie korzystał. Żadnych gości, ani pół turysty. Podobnie Nil, zazwyczaj zatłoczony różnej maści środkami transportu wodnego, był całkowicie pusty. W czasie godzinnego rejsu do cepeliowskiej wioski nubijskiej spotkałyśmy tylko jednego surfera, "tuziemca" zresztą i jedną łódź rybacką.
W samej wiosce liczba kramów przewyższała wielokrotnie liczbę przybyszów, też zresztą przeważnie Egipcjan. Dlatego wraz z koleżanką stałyśmy się mimowolną atrakcją i obiektami szczególnych zabiegów. Niemal wyrywano nas sobie z rąk.
Gdy zbliżałyśmy się do kramów z przyprawami, kuszącymi barwną gamą stożków startej na pył kurkumy, curry, hibiskusa, anyżu, kuminu - już sprzedawca wyciągał plastikową, sfatygowaną, łopatkę, aby pozwolić nam je spróbować. W większości były niestety zwietrzałe - nikt ich przecież nie kupował przez tak długi czas, a wielogodzinna ekspozycja na powietrzu nie pomagała zachować świeżości. Jednak w końcu nabyłam kilka przypraw, dokładając do tego drewniany krzyż egipski, anch - za czasów faraonów symbol życia. Ciągnęły się za nami sznury dzieciaków ubranych w przedziwną kompozycję ciuchów europejskich i nubijskich - Nubię miałyśmy bowiem dosłownie za progiem. - Bon, bon - krzyczały, targając nas za bluzki. - Daj cukierka! Poratował nas, wzgardzony w samolocie i zalegający w torebce, wafelek z czekoladą. Ale apetyt maluchów na tym nie poprzestał: - One euro, one euro! - domagały się natarczywie, a my uświadomiłyśmy sobie, że już kilkuletnie szkraby znały wartość tej waluty, przedkładając ją nad dolara. Wracałyśmy, znów Nilem, do hotelu z mieszanymi uczuciami. Cepeliowa, nubijska wioska, gdzie za symboliczne grosze napiłyśmy się również pysznej, lokalnej kawy i nie dopadła nas "zemsta faraona", odsłoniła prawdziwą twarz.
Taką, jaką ma teraz cały Egipt, kraj, który mógłby być mlekiem i miodem płynący, bo ma wszelkie atuty w ręku. Ale brak turystów go zabija i bieda zagląda w oczy. Konferencja naukowa, w której uczestniczyłam pokazała dodatkowo skalę problemów, z jakimi się teraz zmaga. Zachęcam do przeczytania mojej relacji, będącej dziś czołówką wydania na portalu Turystyka rp.pl Rzeczpospolitej, z którą współpracuję: http://www.rp.pl/artykul/705176,1088705-Nad-Nilem-potrzebuja-turystow-i-wody.html
Trzej
południowokoreańscy turyści wraz z kierowcą zginęli przedwczoraj w zamachu
bombowym w egipskim kurorcie Taba nad morzem Czerwonym. Nasz MSZ zareagował od
razu, aktualizując swoje ostrzeżenie dla podróżnych. „W związku z dużą
dynamiką sytuacji wewnętrznej w Egipcie i możliwością wystąpienia realnych
zagrożeń dla bezpieczeństwa obywateli polskich, Ministerstwo Spraw
Zagranicznych odradza wszelkie podróże do Egiptu poza główne ośrodki
turystyczne nad Morzem Czerwonym „ – czytamy na stronie internetowej resortu. „Obywatele
polscy przebywający w Kairze oraz innych większych miejscowościach Egiptu
powinni zachować szczególną ostrożność i ograniczyć poruszanie się do
bezpośredniego sąsiedztwa swoich domów i miejsc pracy. Ponadto, ze względu na
coraz częstsze przypadki zarażenia wirusem H1N1 na terenie całego Egiptu
Ministerstwo Spraw Zagranicznych zaleca unikanie miejsc publicznych: bazarów,
muzeów czy centrów handlowych. Ministerstwo Spraw Zagranicznych uznaje jednocześnie
za możliwe z punktu widzenia bezpieczeństwa obywateli polskich, wyjazdy
zorganizowane z Polski do egipskich ośrodków turystycznych nad Morzem
Czerwonym, kategorycznie ostrzegając jednak przed wszelkimi wyjazdami
indywidualnymi oraz grupowymi poza ośrodki turystyczne. Za szczególnie
niebezpieczne uznaje się wyjazdy do gubernatorstwa Północnego Synaju, ze
względu na znaczny wzrost w ostatnim okresie działalności grup przestępczych
oraz ataków terrorystycznych.” Tyle komunikat, a mnie jednak niepokoi fakt, że
atak nastąpił tym razem właśnie w kurorcie i został przypuszczony na turystów. Przyznała się do niego ekstremistyczna, najbardziej aktywna obecnie w Egipcie dżihadzka organizacja Ansar Bayt al-Maqdis i korzystając z twittera zagroziła kolejnymi, o ile odwiedzający Egiptu nie opuszczą go w ciągu dwóch dni.
To ultimatum bez wątpienia uderza w politykę
obecnych władz starających się za wszelką cenę, aby masowa turystyka będąca podstawą
gospodarki kraju nad Nilem, wróciła pod piramidy.
Widać to było podczas mojego
pobytu w Egipcie przed dwoma tygodniami, gdzie pojechałam na fascynujące
zresztą dla mnie seminarium „Nil jako narzędzie turystycznej komunikacji”,
zorganizowanej pod auspicjami ministra turystyki, Hishama Zaazou w Asuanie.
Spotkali się na niej zarówno egipscy spece od tej dziedziny, jak i zagraniczne
media. A wszystkich nas dotransportowano na miejsce z zachowaniem najwyższych środków
bezpieczeństwa. Na mnie i moją koleżankę z PAP czekało zaraz po wyjściu z
samolotu w Kairze dwóch czy trzech urzędników resortu turystyki, którzy,
przeprowadzając nas przez kolejne kontrole, jednocześnie się zmieniali.
Wreszcie, już w holu lotniska, naszpikowanym, zresztą wcale się nie kryjącymi,
agentami służb specjalnych (eleganckie, granatowe garnitury z
charakterystycznym znaczkiem w klapie), odebrał nas młody człowiek, znakomicie
mówiący po angielsku – również pracownik ministerstwa, aby odstawić na kilka
godzin do pobliskiego hotelu na lekką "siestę", bo wieczorem czekał nas kolejny lot do Asuanu.
Radził nam w
międzyczasie nie opuszczać luksusowych murów Fairmont Heliopolis, choć
gwarantowano jednocześnie, że w mieście jest bezpiecznie. My z kolei,
zważywszy, że ludny Kair (jest 16. miastem na świecie pod tym względem) od
zawsze stoi w korkach, również zdecydowałyśmy się nie wybierać do centrum, obawiając
się, że po prostu nie wrócimy z niego na czas. Poza tym jednak gdzieś z tyłu
głowy słyszałyśmy delikatny sygnał ostrzegawczy, żeby nie prowokować losu.
Zwłaszcza, że w tych dniach w Kairze w zamachach zginęli ludzie. Tak więc
koło godziny 21 odleciałyśmy do Asuanu. Tym razem już nie Austrian Airlines, w których delektowałyśmy się (rzadka okazja) znakomitą, trzeba przyznać klasą biznes z Warszawy via Wiedeń do stolicy Egiptu.
Przesiadłyśmy się do Egyptair, kontynuując podróż w bardzo przyzwoitych
zresztą warunkach, bo na pokładzie oferowano duży wybór napojów, włącznie z
lokalnymi, jak sok z mango, a nie jak w LOT – tylko wodę. Mimo, że rejs trwał
tylko godzinę, stewardesy z trzema wózkami bardzo sprawnie obsłużyły ponad
setkę pasażerów. I wreszcie wysiadłyśmy prosto w smoliste, prawdziwie egipskie
ciemności płyty lotniska w Asuanie. Sam budynek to imponująca gabarytami,
nowoczesna konstrukcja, w której wnętrzu poczułam się trochę jak w sejfie.
Panował tam rozgardiasz, bo, jak się okazało, znaczna liczba pilotek naszej
międzynarodowej grupy seminaryjnej próbowała wyłowić poszczególnych jej
członków z przybyłych ostatnim rejsem. Pilotki były Egipcjankami i nasze
nazwiska na ich listach też były zapisane w tym języku, jednak dziewczyny
okazały się równie sprawne językowo co nasz chłopak z Kairu (gdzie pozostał i
miał nas odebrać w drodze powrotnej), więc wreszcie wszyscy
znaleźliśmy się w autokarze i pod bardzo silną eskortą ruszyliśmy do odległego
o 20 minut drogi Asuanu. Przed nami, migając światami sunęły wolno bodaj trzy
wozy policyjne, za nami co najmniej drugie tyle. Co jakiś czas mijałyśmy prowizoryczne
stanowiska strzelnicze, zza których wyglądali uzbrojeni strażnicy. Gdzieś mignęły
mi też jeden czy dwa transportery opancerzone. Miałam automatyczne skojarzenie
z naszym stanem wojennym, ale średnio pewnie poczułam się dopiero, gdy minął
nas, w pełnym pędzie rozklekotany jeep z trzema młodzieńcami dzierżącymi w dłoniach
kałasze. Okazało się jednak, że to nasza dodatkowa ochrona. Przed samym Nilem,
oddzielającym miasto od wyspy Elefantyny, gdzie znajdował się nasz hotel,
czekał nas ostatni punkt kontrolny. Tutaj, przed szlabanem zagradzającym w
poprzek jezdnię prowadzącą w dół ku przeprawie na rzece, wszyscy musieliśmy opuścić
autobus, wziąć w garść nasze bagaże i wsiąść do przestronnej taksówki wodnej.
Wygodne, pluszowe kanapy zaraz mnie otuliły i niepokój ustąpił miejsce
potwornemu zmęczeniu. Niemal przysnęłam, choć żegluga trwała nie dłużej niż
dziesięć minut. W ciemnej, nieprzeniknionej toni odbijały się światła Asuanu i
stojących wzdłuż brzegu, bezczynnie pływających, lux-hoteli. Taki sam komfort,
jakbym nagle znalazła się zupełnie w innym wymiarze, otulił mnie po wyjściu na
brzeg. Zapachy kwiatów i świeżo podlanej zieleni towarzyszyły w spacerze przez
ogród otaczający pięciogwiazdkowy Moevenpick Resort. I tylko już maszyna do
prześwietlania bagaży przypomniała mi na chwilę, że jednak ochrona czuwa. Potem
zanurzyłam się w bajkę.
A następnego dnia rano, gdy odsunęłam światłoszczelne
zasłony, przywitał mnie już Nil w całej krasie. Widziałam go tak na prawdę
pierwszy raz w życiu i była to miłość od pierwszego wejrzenia.
Sięgnęłam machinalnie
po długą lufę aparatu i niczym Japończyk rzuciłam się do fotografowania
okolicy. Już potem, gdy na chwilę przysiadłam na wygodnych krzesełkach balkonu
pojawiła się natrętna myśl: skoro tak dobrze widzę przez obiektyw drugi brzeg,
to i ja stanowię wyśmienity cel. Naturalnie nic mi się nie stało - bo, jak wspominałam, strzeżeni byliśmy solidnie - również podczas wycieczki na Filo.
Całkowicie bezpiecznie żeglowałam też po Nilu do pierwszej katarakty, o czym zresztą pisałam już na blogu. Jednak wspomnienie bardzo niekomfortowego wrażenia wróciło, gdy agencje podały informacje o ostatnim zamachu na Synaju.
Nil.
Pomyśleć, że jakieś 10 tysięcy lat temu płynął sobie przez zieloną, rozległą
sawannę, po której rączo biegały gazele i zebry. Po dorocznych, obfitych
wylewach rzeki, wody jej się cofały, a na podmokłych terenach wylegiwały się
krokodyle i hipopotamy, współistniało wiele gatunków ptaków i zwierząt. Z
czasem polujący tutaj ludzie osiedli i zajęli się rolnictwem. Klimat się
zmieniał, sawanna stała się pustynią. Życie przeniosło się w dolinę Nilui powstały dwa, niezależne ośrodki, które ukształtowały
dwie osobne kultury Górnego i Dolnego Egiptu. Ich życie toczyło się i było
ściśle związane z rzeką.
Tak jest również i dziś. Gdy żegluję w górę Nilu,
liczącą wiele tysięcy lat historię mam na wyciągnięcie ręki. Moim punktem
startowym jest wyspa Elefantyna, położona na wysokości Asuanu – z lądem stałym
nie łączy jej żaden most, a tylko wodna przeprawa. Można zdać się albo na
stateczek hotelu Mövenpick Resort Aswan – w środku wypełniają ją rzędy
miękkich, kanapowych siedzeń, bądź też na wieloosobową, znacznie skromniejszą
łódź, również krytą daszkiem, ale oferującą twarde ławki. Jest jeszcze feluka,
charakterystyczna dla Nilu drewniana łódź z żaglem.
Na wycieczkę wybieram tę
pośrednią opcję, bo z daszku mogę robić panoramiczne zdjęcia, choć Bóg jeden (i
moja towarzyszka podróży), wiedzą, że mam lęk wysokości!
Łódź jest podłużna,
może spokojnie zabrać kilkadziesiąt osób, ale turystów tutaj nie ma – ostatnie
doniesienia medialne okolicznych ofiarach śmiertelnych w Kairze skutecznie ich
przepłoszyły. Ubrany w długą, szarą galabiję Nubijczyk zaciera ręce z myślą o
niespodziewanym zysku – chce mnie skasować 15 dolarów za godzinę. Naturalnie
się targuję!
Mimo stycznia czyli
egipskiej zimy, słońce ostro przypieka – to bóg Re zaprasza mnie w podróż do
przeszłości. Opływamy południowy cypel Elefantyny, gdzie wyrastają betonowe
bloki nowego „resortu”, a potem kierujemy się już w górę Nilu i oglądam z wody
balkon mojego hotelu. Wyspa jest podłużna – ma 1200 metrów długości i do 400
metrów szerokości. Choć w starożytności określana była jako Abu lub Yabu,
wszystkie nazwy, łącznie ze współczesną nawiązują do słonia. Być może dlatego,
że w odległych czasach znajdował się tutaj punkt handlu kością słoniową –
Elefantyna znana była jako jeden z głównych punktów przeładunkowych różnych
towarów. Niewykluczone też, że zawdzięcza swoją nazwę otaczającym ją skałom,
mającym ponoć kształt kąpiących się słoni – wyznam, że moja wyobraźnia, choć
bogata, jakoś nie podsuwała mi tego obrazu i raczej miałam skojarzenia z
wielogarbnym wielbłądem. Natomiast same skały są bez wątpienia bardzo widowiskowe.
Na Elefantynie znajdują się pozostałości świątyni Chnuma, tutejszego boga oraz,
również czczonej na wyspie bogini Satis, która w skomplikowanym panteonie
staroegipskich bogów była prawdopodobnie żoną Chnuma. Ten baraniogłowy bóg,
uważany był niekiedy za stworzyciela, który uformował ludzi na kole
garncarskim. W czasach faraonów nikt nie wiedział, skąd pochodzi rzeka –
sądzono, że wypływa na powierzchnię z głęboko ukrytych pod ziemią źródeł
właśnie z jaskini pod Elefantyną! Dopiero XIX-wieczni odkrywcy udowodnili, że
Nil ma swój początek 6000 km wcześniej, we wschodniej Afryce. Naprzeciwko Elefantyny
przyciąga wzrok mnogością soczystej zieleni i kwiatów wyspa Kitchenera – widzę ją
zresztą dobrze każdego ranka z mojego pokoju hotelowego.
Angielski Lord Horatio
Herbert Kitchener został nią obdarowany po udanej kampanii sudańskiej i
przekształcił w egzotyczny park, dziś ogród biologiczny udostępniany
zwiedzającym.
Podobnie jak w przypadku Elefantyny, na tę mniejszą o połowę
wysepkę dotrzeć można jedynie wodą. Gdy przepływam obok niej, prowadzące od
lustra rzeki ku górze schodki przywodzą mi na myśl Wenecję… Poruszając się w
górę rzeki spotykam jedynie parę rybaków wyciągających puste sieci i jakiegoś
tubylca, balansującego niewprawnie na desce
windsurfingowej.
A także, zaparkowaną na "dziko" luksusową barkę z wędkami moczącymi się w wodzie - może jednak odważyli się tu przyjechać jacyś Brytole?
Po prawej stronie mam pożółkłe trzciny, a dalej piaszczyste,
pustynne wydmy. Po lewej – ostatnie skały Elefantyny, przechodzące w pierwszą
kataraktę – termin wywodzi się od greckiego słowa oznaczającego wodospad. Sześć
katarakt na Nilu wyznaczało zasięg potęgi państwa faraonów – dziś w obrębie
Egiptu jest tylko pierwsza katarakta, na wysokości Asuanu.
Gdy mijam tę
granitową, naturalną zaporę na rzece przypomina mi się „Śmierć na Nilu” Agathy
Christie. Akcja kryminału rozgrywała się właśnie w tej okolicy. Główna bohaterka,
zepsuta bogactwem i bezwzględna acz śliczna Linnet Ridgeway-Doyle wyruszy w
swoją ostatnią podróż eleganckim hotelem pływającym właśnie z Asuanu, z hotelu
Katarakta – dziś pięciogwiazdkowego Sofitel Legend Old Cataract. Zobaczę go
wracając z wycieczki, jak dominuje nad okolicą z wysoko nad lustrem Nilu
zawieszonych skał.
To tu będzie namawiała genialnego detektywa Herkulesa Poirot,
aby pomógł jej wyzwolić się od Jacquelline de Belleford, której skradła
narzeczonego – Simona Doyle'a, za co dawna przyjaciółka mściła się teraz ruszając
ślad w ślad za parą świeżo upieczonych małżonków. Tragedia rozegra się już na „mojej”
trasie, w górę rzeki – Linnet zginie we śnie, zastrzelona z rewolweru w kajucie
luksusowego hotelu pływającego. Czy jednak morderczynią okaże się Jacqueline?
Tego nie mogłam sobie przypomnieć w przeciwieństwie do generalnego wrażenia z
lektury, że Agatha Christie wręcz bezwstydnie reklamuje w niej Egipt. To według
niej idealne miejsce na zimowy urlop – pochwały na temat walorów kraju nad
Nilem sypią się zresztą z ust wszystkich dramatis personae powieści.
Materiał
wprost idealny dla sprytnego PR-owca – myślę, porzucając Poirota i jego
kompanię, którzy popłyną aż za Wielką Tamę Asuańską. Ja udam się tam dopiero
następnego dnia, a na razie wysiadam w… Cepelii, ale o tym następna część egipskiej
opowieści.
-Ihha, Ihha – z głębokiego snu budzi mnie
ryk osła. Zupełnie jakby biedne zwierzę ktoś odzierał ze skóry. Otwieram oczy,
ale wokół panują ciemności egipskie. Fakt, uświadamiam sobie, przecież jestem w
kraju faraonów! Po omacku, obijając się boleśnie o nieznane mi sprzęty po
drodze, docieram do okna i odsuwam zasłonę. Zalewa mnie fala światła tak
intensywnego, że mrużę oczy, a potem otwieram je szeroko – przede mną rozciąga
się Nil. Wychodzę na balkon i obserwuję, jak rzeka oblewa wyspę Elefantynę, na
której stoi mój hotel. Od strony piaszczystych wzgórz jest granatowo-stalowo-rudawa, a z
przeciwnej, od Asuanu – bardziej błękitna.
W tym błękicie odbijają się,
przycumowane czwórkami do miejskiego nabrzeża pływające hotele. Stoją w
większości puste, bo turyści, dodatkowo zniechęceni ostatnimi wypadkami w
Kairze, niechętnie przyjeżdżają do Egiptu.
Dostrzegam jednak ruch na Nilu – to taksówka
wodna odbija od przeciwnego brzegu i zmierza ku hotelowej przystani. Taką
taksówką, podłużną łodzią pod daszkiem, z miękkimi siedzeniami wyściełanymi
barwnym welurkiem, przypłynęłam poprzedniej nocy i ja. W poprzek rzeki sunie
faluka, pchana wiatrem, który dmucha w wyginający się na nim jak balon, biały
żagiel.
Marzy mi się rejs tą typową dla Nilu łodzią, albo taką większą, która zabiera już cały "garnizon" turystów, ale nie mam czasu.
Przyjechałam
tu przede wszystkim służbowo. Tymczasem przypominam sobie osła i zaczynam go
szukać z niepokojem, aby znaleźć, spokojnie pasące się zwierzę na linii „strzału”
mojego obiektywu.
Jest w wyraźnej ekstazie, bo dorwało się do soczystej, zielonej
trawy, której kępki wystają z ziemi przy granicy z hotelowym ogrodem. Wyrosły
zapewne dzięki wodzie ze spryskiwaczy, jakie pracują non-stop w „resorcie” – inaczej
pod palącym, nawet grudniowym, a więc zimowym słońcem nic by się nie uchowało. Sam
ogród natomiast tonie w kwiatach, których nazw naturalnie nie znam, zaś rabatki i
wypielęgnowane, żwirowe alejki ocieniają korony palm. Tak tu „nienormalnie”
czysto i „sielsko-anielsko”, bo wystarczy tylko opuścić hotelowy teren, aby
natknąć się na góry śmieci, gruzów, wszelkiego rodzaju odpadów.
I biedy. Połowa Egipcjan żyje dziś na granicy ubóstwa albo wręcz i poza nią.
Szalona to będzie wyprawa. Docelowo do
Asuanu, via Wiedeń i Kair. Z kilkugodzinnymi posiadami na lotniskach. No cóż,
darowanemu koniowi w paszczękę się nie zagląda, a ja jadę służbowo. Na miejscu
zaś, na własnej skórze przekonam się, na ile jest (nie)bezpiecznie nad Nilem.
Naturalnie już ogarnia mnie reisefieber, gorączka podróżna, choć przecież to
kolejny, błyskawiczny wyjazd dziennikarski. Takie jednak chyba lubię
najbardziej, gdyż zawsze coś się dzieje. A urlop, wakacje – chyba zapomniałam,
co te słowa znaczą J
Choć przecież i
ja się przecież w Egipcie wywczasowywałam, i to w samym Shark &Shake jak
rodacy wyjątkowo zgrabnie przechrzcili znany kurort nad Morzem Czerwonym. Po pierwszym dniu zalegania pod palmą jednak nie zdzierżyłam i zmieniłam rytmy na bardziej aktywne. Co
widać na załączonym obrazku.