No właśnie – otwarta na Wisłę, z
pięknymi bulwarami wzdłuż królowej rzek polskich i możliwością prawdziwego po
niej żeglowania. Tak sobie o tym zamarzyłam będąc w Budapeszcie, o czym można
przeczytać w moim artykule: http://www.rp.pl/artykul/706827,1058670-Budapeszt-wie--jak-sie-sprzedawac.html
To pytanie zadałam sobie pierwszego wieczoru w
Budapeszcie, który odwiedziłam w końcu ubiegłego miesiąca (o czym wiedzą moi
stali czytelnicy). Otóż błądząc w naddunajskich okolicach, wyszłam
niespodziewanie na most Erzsebet, naprzeciwko którego stoi ogromny śródmiejski
kościół parafialny. Przykryty rusztowaniami, z przyczyn oczywistych wrażenia
nie robił, ale nagle mój wzrok zatrzymał się na wdzięcznej figurce na pomniku. –
To nie może być Jadwiga?! – powiedziałam sama do siebie. – Dlaczego tutaj, a
nie po stronie Budy i zamku, z którego jako 12-latka wyjechała do nieznanej Polski
poślubić niechcianego, starego Jagiełłę. A jednak to był właśnie pomnik naszej
królowej. Okazuje się, że stanął cztery lata wcześniej, niemal dokładnie, bo 18
października. Uroczystość, jak donosi komunikat Radia Watykańskiego, była
doniosła. Wzięliw niej udział m.in.
ambasador RP na Węgrzech Joanna Stempińska, sekretarz Rady Ochrony Pamięci Walk
i Męczeństwa Andrzej Przewoźnik (zginął w katastrofie prezydenckiego samolotu w
Smoleńsku 10 kwietnia 201o r.), burmistrz piątej dzielnicy Budapesztu Antal
Rogan. Poprzedzającą uroczystość mszę św. koncelebrowali biskupi polowi Laszlo Biro
z Węgier i Tadeusz Płoski z ordynariatu Wojska Polskiego. Okazuje się, że jest
to pierwszy pomnik postawiony naszej królowej, której kanonizacja była pierwszą
ogłoszoną na ziemiach polskich.
Chyba każdy z nas marzył na pewnym etapie, aby
zagrać w filmie. Ja naturalnie też, już jako kilkuletnia dziewczynka. W tym
czasie moja Mama pracowała w Wytwórni Filmów Dokumentalnych przy ul. Chełmskiej
w Warszawie, a więc siłą rzeczy miała kontakt z reżyserami. Mimo to nigdy nie
wcisnęła mnie po znajomości do żadnej produkcji, choć ponoć miałam szansę
zagrać żydowską dziewczynkę w „Polskich drogach”. Może dlatego jednak, że zbyt
blisko tego świata filmu była, moja Rodzicielka obawiała się, że może z tego
wyniknąć dla mnie więcej złego niż dobrego. Odbiłam sobie to już jako dorosła:
wystąpiłam w jednej reklamie kremu, psując zresztą nieco wstępną koncepcję scenariusza, bo wyglądałam na niej
za młodo w stosunku do gwiazdy sprowadzonej do tego celu ze słodkiej Francji.
Statystowałam też w jednej z produkcji fabularnych – i jeden dzień zdjęciowy
skutecznie wyleczył mnie z marzeń, bo burdello na planie było okrutne, a
warunki pracy nawet dla ekipy siermiężne. Nigdy nie zapomnę autentycznie
brudnego, żółtego szlafroka, jakim garderobiana usiłowała nakryć jedną z
aktorek grających drugoplanową rolę… Jednak naturalnie chęć poznawania filmowej
kuchni pozostała. Po nieco rozczarowujących studiach włoskiego Cinecitta’ w
Rzymie, nie byłam przekonana, że te pod Budapesztem – w okolicach słynnego z
wina Etyek, zrobią na mnie jakieś
szczególne wrażenie. A tymczasem miło się rozczarowałam. Już wjazd do studiów
Korda przenosi nas w zupełnie inne wymiar – design bramy jest iście kosmiczny.
Po
prawej kuszą dekoracje filmowego miasteczka, zdaje się nie tylko westernowego,
skoro ten entourage zaistniał m.in. w „Rodzinie Borgiów”. Zdaje się, bo gdy
zwiedzałam studia trzy tygodnie temu, akurat kręcono w nim jakąś reklamę i
poruszanie po terenie było ograniczone. Przeszłam zatem śpiesznie pod dach
czyli do mega-wielkiego, klockowatego budynku o wysokości dwóch pięter, a na
spotkanie wyszła mi cała plejada hollywoodzkich gwiazd, w tym Ingrid Bergman
jakby żywcem wyjęta z kadru.
Naklejona na kartonową podstawę jej fotografia z
powodzeniem udawała żywą osobę. Podobnie jak inni „aktorzy” stojący w pierwszej
sali. Tutaj można było poznać historię otwartego w 2007 roku, supernowoczesnego
Studia i Parku filmowego, któremu patronuje Alexander
Korda. A właściwie Sir Alexander Korda, bo jako pierwszy reżyser w historii
kina otrzymał ten tytuł od samego Winstona Churchilla w uznaniu niezliczonych
zasług dla światowego i angielskiego kina. Czy spodziewał się tego urodzony w
rodzinie ubogiego, węgierskiego rolnika w 1893 jako jeden z trzech synów? Ile
trzeba było determinacji, aby w wieku zaledwie 23 lat zbudować swoje własne studio
filmowe w Budapeszcie... A potem były Wiedeń, Berlin, zaś w 1926 już Hollywood,gdzie
ściągnięto go z pierwszą żoną, aktorką – Marią (tych żon miał nota bene trzy).
Cztery lata później zarządzał już francuskim oddziałem Paramount nad Sekwaną, a następnie
angielskim w Londynie. Można by Kordzie poświęcić tony biografii, na co
niestety nie ma tu miejsca, ale trzeba wymienić choć dwa z jego 100 filmów: „Prywatne
życie króla Henryka VIII” czy „Księga dżungli”. http://www.kordafilmstudio.hu/
Moja
wizyta w węgierskich studiach obfitowała w emocje: miałam okazję dowiedzieć
się, jak można na planie redukować lub dodawać komuś wzrostu, jak przygotować
perfekcyjnie wyglądające miejsce zbrodni, albo po prostu jak… zniknąć. I tu
okazało się, że bajkowa czapka-niewidka czy raczej znana nam chociażby z filmu
o Harrym Potterze niewidzialna peleryna rzeczywiście istnieje.
W realu ma kolor
zielony i gdy ją włożyłam na ramiona, sadowiąc się na motorze stojącym na
scenie o równie zielonym tle – po prostu mój korpus zniknął.
Potem podobny
manewr uczyniłam narzucając pelerynę na włosy i wtedy zupełnie straciłam głowę.
To dopiero była zabawa!Więcej szczegółów zdradzę dziś podczas mojej prelekcji
w Domu Kultury w Łomiankach o godz. 18: http://kultura.lomianki.pl/index.php?dc=513
Krople deszczu głośne niczym werbel wyrwały mnie z bardzo głębokiego snu.
Poprzedniego dnia zwiedzałam intensywnie węgierską stolicę, kończąc dzień
degustacją wina w pobliskim regionie Etyek– stąd na początku niekoniecznie
wiedziałam, gdzie jestem. Ulewa za oknem hotelu Mercure (bardzo wygodne
materace, „plastikowe” śniadania) wcale mnie dobrze nie nastroiła. – I jak ja
przy takiej aurze zrobię zdjęcia? Przecież jestem w pracy, nie na wakacjach –
dokumentacja z wyjazdu musi być! – zamartwiałam się, robiąc sobie gorącą
herbatę – dobrze, że w pokojach (nie wszystkich, jak się okazało) sieć Accor,
do której Marcure należy, przewidziała czajniki i spory wybór herbat ulubionego
przeze mnie Pickwicka i omijanej raczej z daleka kawy Alfredo! Poza tym
perspektywa przemoknięcia po pierwszych minutach marszruty przez szerokie ulice
centrum wcale mi się nie uśmiechała. Tymczasem w planach było dalsze
zwiedzanie! Nie ma to jednak, jak doświadczony organizator, który wszystko
potrafi przewidzieć. A, nie da się ukryć, że Bożena Hirling, dyrektor
Narodowego Przedstawicielstwa Turystyki Węgierskiej, która nam wyjazd prasowy
nad Dunaj przygotowała, do takich należy. Dlatego nasza pięcioosobowa grupa
żurnalistek pod egidą sypiącego rozgrzewającymi dowcipami przewodnika-Karola,
już po kwadransie pod parasolami, słabo chroniącymi przed istnym, wodnym
pandemonium, mogła się schronić w ciepłym wnętrzu autobusu.
Nie był to jednak
zwykły autokar, lecz… amfibia River Ride, czyli skrzyżowanie tego pierwszego ze…
statkiem.
Wsiadając do pojazdu po trapie nie mogłam sobie tego początkowo
wyobrazić. Gdy jednak po objeździe głównych atrakcji Pesztu znaleźliśmy się na
nabrzeżu i ruszyliśmy w stronę betonowej pochylni, wstrzymałam oddech. A ze mną
reszta pasażerów. Kierowca włączył odpowiedni dla filmów grozy podkład muzyczny,
jaki spotęgował nastrój pełnego niepokoju oczekiwania. Tymczasem amfibia coraz
bardziej zbliżała się lustra wody aż wreszcie… cały przód autokaru znalazł się
pod wodą!
Krzyczeliśmy chyba głośniej niż na kolejce górskiej w wesołym
miasteczku, ale wszystko trwało zaledwie kilka sekund i z przedniej szyby
spłynęła fala, odsłaniając panoramiczny widok na rzekę. Przeżyliśmy, a nasza
amfibia dzielnie pruła nurt Dunaju, podczas gdy pilotka autokaru opowiadała już
spokojnym głosem o mijanych zabytkach.
Jutro raniutko wsiadam do samolotu do Budapesztu.
Powrót w niedzielę wieczorem, a już we wtorek znów w drogę – tym razem do
Stavanger. Aby moi wierni czytelnicy za bardzo za mną nie zatęsknili, polecam
im, alternatywnie, nasz „Rzepowy” portal: www.rp.pl/turystyka
Najpóźniej jutro powinna się tam znaleźć moja relacja z konferencji prasowej
Boliwariańskiej Republiki Wenezueli. Na początku posta - zdjęcie z mojej podróży sprzed kilku
lat na Isla de Margarita, bodaj najpopularniejsze turystycznie miejsce tego
kraju Ameryki Łacińskiej.